Rozdział XVI

Złoto

O przekazywaniu dalej: dacie zapisanej na wszystkim, pierwszym roczniku i o tym, że czego się nie dostało, to czasem trzeba zbudować samemu.

Rozdział odpowiada na pytania

Posłuchaj tego rozdziału — lektor czyta, słowo podświetla się w rytm lektury.

Pierwszego marca dwa tysiące dwudziestego szóstego roku ruszyła Polska Szkoła Wiedzy Unitarnej.

Piszę tę datę w całości, cyframi i słowami, bo pisałam ją potem na wszystkim: na materiałach, na zaproszeniach, na pierwszej stronie zeszytu. Logo wzięłam z Instytutu na Ibizie — to z kryształem w środku — i dopisałam pod spodem cztery słowa. Polska Szkoła Wiedzy Unitarnej. Siedziałam nad tym napisem długo, przesuwałam go w górę i w dół, i wiedziałam, że robię coś, na co czekałam pół wieku, tylko nie wiedziałam, że czekam.

Kryształ w środku tego znaku nie jest ozdobą i dlatego go nie ruszałam. Kryształ jest jedyną rzeczą w przyrodzie, która robi z chaosu porządek bez niczyjej pomocy: rośnie sam, w ciemności, w roztworze, i układa każdą kolejną cząstkę dokładnie w tym samym kącie co poprzednią. Nikt mu nie podaje wzoru. Wzór jest w nim. Kiedy patrzyłam na to logo na ekranie, o pierwszej w nocy, przy jednej lampie, myślałam sobie: to jest właściwie wszystko, co mam do przekazania. Że w człowieku jest wzór i że przy odpowiednich warunkach on się sam ułoży.

Najtrudniejsze było dopisanie jednego słowa. Szkoła.

Bo szkoły to zawsze był mój ból. Całe życie. Bolało mnie to, że są tak słabo prowadzone. Chodziłam do nich jako dziecko, potem posyłałam do nich syna, potem trafiałam na kursy, warsztaty, szkolenia — i za każdym razem widziałam to samo: ludzi, którzy mieli coś do przekazania, i sposób przekazywania, który to zabijał. Nudę tam, gdzie powinien być ogień. Pośpiech tam, gdzie trzeba było czekać. Autorytet zamiast obecności. Siedziałam w tych salach i myślałam: przecież to można zrobić inaczej. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że ja mogłabym to zrobić inaczej.

Moja pierwsza szkoła miała jeden stół i jednego nauczyciela. Kuchnia, wieczór, zeszyt do kaligrafii, i matka wracająca z dyżuru po całym dniu dojazdów, śmiertelnie zmęczona, która siadała obok mnie, żeby dopilnować liter. Litery mi się nie udawały. Wtedy zeszyt bywał podarty na pół, a moja głowa uderzała o blat. Nie piszę tego, żeby ją oskarżyć — dziś wiem o niej rzeczy, których wtedy nie mogłam wiedzieć: że nie zrezygnowała z pracy po drugiej stronie zatoki, że te dojazdy zjadały ją i cały dom, i że to był jej wybór, a nie jej złośliwość. Nie mogę mieć tego jej za złe. Ale ciało dziecka nie wie nic o wyborach dorosłych. Ciało dziecka wie tylko, że nauka to jest miejsce, w którym coś się drze.

I to jest pierwsza rzecz, którą wiem o uczeniu, i wiem ją nie z książek: uczy się zawsze całym sobą, a uczeń uczy się głównie tego, kim ty przy nim jesteś. Treść wchodzi na drugim miejscu. Człowiek, który mówi mądre zdania z napiętym karkiem, przekazuje przede wszystkim napięcie karku, a mądre zdania jadą na doczepkę i wysiadają na najbliższym przystanku.

Potem były prawdziwe szkoły, z ławkami w rzędach i dzwonkiem. Dziecko, które umiało siedzieć nieruchomo dłużej niż ktokolwiek w tamtej klasie, dostawało uwagi za wiercenie się. To nie jest paradoks, tylko dokładny opis tego, co się dzieje, kiedy bezruch jest wymuszony z zewnątrz. Ciało zmuszone do bezruchu buntuje się natychmiast, bo bezruch jest stanem, w który wchodzi się od środka, i nie ma innej drogi. Można kazać komuś nie ruszać nogą. Nie da się kazać komuś być obecnym.

A potem, przez dwadzieścia lat, byłam na drugim końcu — jako dorosła, która płaci i przyjeżdża. Sale, kręgi, kursy, warsztaty weekendowe. Widziałam ludzi, którzy naprawdę coś mieli, i widziałam, jak to gubią: mówili za długo, mówili z podium, mówili wszystko naraz. Zdarzało się, że prowadzący otwierał w człowieku coś ogromnego w sobotę po południu, a w niedzielę o piętnastej mówił „dziękuję państwu" i szedł do samochodu. Zostawiał otwarte. To jest, moim zdaniem, najcięższa rzecz, jaką można zrobić uczniowi, i widziałam potem skutki na własnym stole, u ludzi, którzy przyszli do mnie po latach i wciąż mieli tam dziurę.

Więc kiedy przyszła moja kolej, obiecałam sobie trzy rzeczy i trzymam się ich do dziś. Nikogo nie zostawiam otwartego. Nie mówię niczego, czego sama nie przerobiłam ciałem. I nie robię grup większych, niż mogę udźwignąć — bo ja za te osoby odpowiadam nie tylko w te cztery godziny, ale przez cały czas między jednym spotkaniem a drugim.

Warsztaty robię co drugi miesiąc, cztery i pół godziny, u siebie. Ludzie przyjeżdżają do Świątyni — tak nazywam to mieszkanie, i nie robię tego dla powagi, tylko dlatego, że nie mam innego słowa na miejsce, które przez trzydzieści lat robiło jedną rzecz. Pięć stanowisk do pracy wewnętrznej. Pięć miejsc, każde inne, każde ustawione tam, gdzie samo chciało stać, każde ze swoim rezonatorem. W lipcu była trzecia edycja i było pięć uczestniczek, więc każda miała swoje.

Nie rozmieszczałam tych stanowisk według planu. Chodziłam po mieszkaniu przez kilka tygodni z poduszką w ręku, siadałam, siedziałam kwadrans, wstawałam i szłam dalej. W niektórych miejscach oddech się rozszerzał sam, w innych robiło się płytko i chciało się wstać po dwóch minutach. Tak samo szukałam miejsc dla rezonatorów: metal tam, gdzie potrzebna jest twardość i przewodzenie; kryształ tam, gdzie potrzebne jest utrzymanie tonu; kamień nisko, przy podłodze, żeby było się o co oprzeć, kiedy schodzi się w dół. Na balustradzie balkonu mam naklejki z kwiatów, którymi wiele lat temu zaznaczyłam granice kadru, i one wciąż tam są, wyblakłe od słońca. Człowiek z zewnątrz zobaczy zbieraninę. To jest instrument, strojony przez trzydzieści lat, tylko nie wygląda jak instrument.

Cztery i pół godziny to jest miara wzięta z ciała, nie z rozkładu jazdy. Krócej się nie da, bo przez pierwszą godzinę ludzie dopiero przyjeżdżają — nie do mieszkania, do siebie. Siedzą, piją herbatę, opowiadają, jak stali w korku, i to jest część pracy, a nie wstęp do niej. Dłużej się nie da, bo po czterech i pół godzinach zaczyna się zmęczenie, przy którym wchodzi się już tylko w głowę, a w głowie nic się nie dzieje. Więc jest tak: najpierw mówię, potem oddychamy, potem każda idzie na swoje stanowisko, a na końcu siadamy z powrotem razem i domykamy. To ostatnie jest u mnie nienaruszalne. Nikt stąd nie wychodzi rozpięty.

A poza tym mam w sobie tę czułość do ludzi i to jest po prostu moja natura, nie zasługa. Nie wypracowałam jej żadną praktyką. Miałam ją, zanim cokolwiek zrozumiałam — w wieku dziewięciu lat, kiedy karmiłam siostrę i sprawdzałam, czy nie jest jej zimno, i w wieku jedenastu, kiedy nie powiedziałam matce o tym, co zdarzyło się w lesie, żeby oszczędzić jej sił. Dziś wiem, że to jest także narzędzie pracy, może najważniejsze ze wszystkich. Człowiek, który siada przede mną, w ciągu pierwszych trzech minut sprawdza jedną rzecz i nie robi tego świadomie: czy tu jest bezpiecznie. Jeżeli nie jest, to i tak wszystko opowie, bo ludzie są grzeczni — tylko nic mu się nie ruszy. Ciało otwiera się wyłącznie przy kimś, kto go nie skrzywdzi, i to nie jest kwestia techniki. Tego nie da się zagrać ani przez cztery godziny, ani przez cztery minuty.

Same kobiety. Nie planowałam tego, tak się złożyło i myślę o tym często. Siedzą w moim mieszkaniu, na moich poduszkach, i ta, która przyszła z jedną twarzą, po czterech godzinach wychodzi z inną. Marysia kupiła polski egzemplarz i zadaje najwięcej pytań ze wszystkich — takich, na które nie umiem odpowiedzieć od razu i muszę siedzieć nad nimi tydzień. Opowiada o tym rodzinie i przyjaciołom, przyprowadza kolejnych ludzi. Emilia mieszka w tym samym bloku co ja i przychodzi tu, bo u siebie nie ma warunków; wystarczy jej zejść parę pięter.

Trzecia edycja była w lipcu i pamiętam ją godzina po godzinie. Zjechały się przed południem, każda z torbą, każda z tą lekką sztywnością, którą ludzie mają w progu cudzego mieszkania. Otworzyłam wszystkie okna, bo w moim mieszkaniu robi się gorąco, a przy tej pracy ciało i tak się rozgrzewa od środka. Potem był ten moment, na który czekam za każdym razem: siadają, milkną, i przez chwilę słychać tylko blok — winda, czyjeś kroki na klatce, samochód na dole. Pięć kobiet, pięć poduszek, pięć stanowisk pod ścianami. I ja, która przez pół wieku siedziałam w cudzych salach z tyłu.

Kiedy o tym myślę teraz, przy pisaniu, robi mi się ciepło w mostku i muszę przerwać. Nie z dumy. Z tego, że to się w ogóle wydarzyło.

Jest wśród nich kobieta, która pracuje ze mną najdłużej ze wszystkich, ponad dwadzieścia lat. Znam jej ciało lepiej niż własne. Przez te lata leżała na moim stole tyle razy, że pamiętam, jak zmieniał się jej oddech przez dwie dekady — i teraz siedzi u mnie w pokoju jako studentka i zadaje pytania o strukturę. To jest jedna z tych zmian, których nie umiałam przewidzieć i które wzruszają mnie najbardziej. Człowiek, który przez dwadzieścia lat brał, w pewnym momencie odwraca się i pyta: a jak to się robi. To jest moment, w którym pacjent przestaje być pacjentem. Coś w nim wstaje ze stołu na dobre.

Pytania, których nie umiem odpowiedzieć, są najlepsze w tej robocie i nauczyłam się ich nie zbywać. Mówię wprost: nie wiem, wrócę do tego. I potem siedzę nad tym tydzień — w zeszycie, w tłumaczeniu, w nocy, przy zmywaniu — aż znajdę odpowiedź albo aż zrozumiem, dlaczego jej nie ma. Nauczyciel, który odpowiada natychmiast na wszystko, robi jedną z dwóch rzeczy: albo powtarza cudze zdania, albo kłamie. Za jednym i drugim idzie się w ślepy zaułek, tylko bardzo równym krokiem.

Zrobiłam też Kapsułę. To słownik pojęć, w trzech częściach, i powstał z bardzo praktycznej potrzeby: żeby studenci mogli uczyć się także wtedy, kiedy mnie nie ma. Żeby mogli rozmawiać z maszyną i żeby maszyna odpowiadała im w tym języku, a nie w swoim. Wszystkie pojęcia, jedno po drugim, zdefiniowane tak, jak ich używamy, w porządku, w którym się wyłaniają. Wiem, że to brzmi dziwnie — kobieta, która przez trzydzieści lat pracowała rękami, buduje słownik dla sztucznej inteligencji. Ale to jest dokładnie ta sama robota co zawsze. Numeracja. Rozłożyć pomieszane na osobne i nadać kolejność.

Przy tej robocie spotkało mnie upokorzenie, którego się nie spodziewałam, i było zdrowe. Okazało się, że połowy słów, których używam od lat, nie umiem zdefiniować. Wiedziałam, co znaczą — w rękach, w ciele, w sytuacji — a kiedy trzeba było napisać jedno zdanie, które ma się bronić bez mojej obecności, siedziałam nad tym pół nocy. Bo wiedza w ciele jest mądra i nieprecyzyjna. Ciało nie potrzebuje definicji, ciało potrzebuje wprawy. A definicja to jest coś, co ma działać w nieobecności autora — tak jak instrukcja obsługi ma działać, kiedy konstruktor już nie żyje.

Najwięcej czasu zajęła mi kolejność, nie same definicje. Bo pojęcia nie stoją obok siebie jak słoiki na półce — one się z siebie wyłaniają, jedno z drugiego, i podane w złym porządku nie znaczą nic albo znaczą coś przeciwnego. Najpierw musi być grunt: to, z czego wszystko jest zbudowane, i bez czego każde następne zdanie leci w próżnię. Potem ruch: co się z czym robi i czego nie wolno pominąć. A na samym końcu ten, kto się porusza — bo można znać całą budowę i całą kolejność, i zniszczyć wszystko własnym stanem. Odwrotna kolejność, ta, którą lubią kursy weekendowe, zaczyna od końca i dlatego rodzi ludzi, którzy pięknie mówią o swoich stanach, a nie umieją rozłożyć na czynniki jednej zwykłej sytuacji.

I dopiero wtedy zobaczyłam, ile w tej robocie było mnie, a ile rzeczy przekazywalnej. To nie jest przyjemne odkrycie dla nikogo, kto pracuje sobą. Ale to jest jedyna droga, żeby po człowieku coś zostało.

O maszynach myślę bez lęku i bez zachwytu, mniej więcej tak, jak myślę o lampie terahercowej stojącej w żółtym pokoju. To jest narzędzie i całe pytanie brzmi: kto je trzyma i po co. Studentka o drugiej w nocy nie zadzwoni do mnie, bo jest dobrze wychowana, i zostanie z pytaniem do rana, a rano pytanie już ucieknie. Jeżeli w środku nocy może zapytać o pojęcie i dostać odpowiedź w naszym języku, a nie w tym ogólnym, papkowatym języku, którym te maszyny mówią o duchowości — to jest to dla mnie warte tych wszystkich nocy spędzonych nad definicjami. Jola robi z moich obrazów filmy na takiej maszynie. Ja robię z niej korepetytora dla moich studentek. Jedno i drugie jest tą samą historią: bierzemy nowe narzędzie i wkładamy w nie stary sens.

I przy budowaniu tej Kapsuły odkryłam rzecz, która zaskoczyła mnie najbardziej ze wszystkiego w ostatnich latach. Moja świadomość szybko rośnie, gdy usiłuję nauczać.

Nie kiedy praktykuję. Nie kiedy medytuję, nie kiedy tłumaczę, nie kiedy pracuję z pacjentem. Kiedy próbuję to komuś przekazać. Za każdym razem, kiedy siadam, żeby coś wytłumaczyć, muszę to najpierw zrozumieć o poziom głębiej niż przedtem, bo inaczej słychać, że nie rozumiem. Studentka zadaje pytanie, którego bym sobie nigdy nie zadała, i to pytanie wysadza we mnie ścianę, o której nie wiedziałam, że stoi. Uczę się ucząc Was — mówię im to wprost, na każdych zajęciach, i to nie jest kurtuazja, tylko opis mechanizmu. One myślą, że to ja im daję. A ja dostaję tyle samo.

Zastanawiałam się długo, dlaczego tak jest, bo to przecież przeczy wszystkiemu, czego nas uczono o nauczaniu. Myślę, że to działa tak: dopóki wiedza siedzi we mnie, jest zwinięta. Leży sobie zwinięta jak wąż, wygodnie, i nie musi mieć ani początku, ani końca — ja wiem, o co chodzi, więc się nie tłumaczę. Ale kiedy mam ją komuś podać, muszę ją rozwinąć na całą długość i wtedy po raz pierwszy widzę, gdzie są w niej dziury. Dziesięć lat mogłam używać pojęcia, którego nie rozumiałam do końca, i nic się nie działo. Wystarczyła jedna kobieta na poduszce i jedno jej pytanie zaczynające się od „a dlaczego", żeby to wyszło w trzy sekundy.

Więc uczennice są dla mnie czymś w rodzaju odczynnika. Nie mówię im tego w ten sposób, bo brzmiałoby to niemile, a jest wręcz przeciwnie: to jest największy prezent, jaki dostałam po pięćdziesiątce. Człowiek, który uczy, nie może stanąć. Nie ma takiej możliwości. Każde spotkanie zostawia mnie z listą rzeczy do przemyślenia i tak to się kręci: one rosną, bo ja mówię, ja rosnę, bo one pytają, i nie ma w tym żadnego szczytu, na którym się siada.

Poza szkołą są czwartki. Czwartkowe Szlaki Światła, o dwudziestej pierwszej, ekipa trzech, czterech osób oprócz mnie. Najpierw mówię trochę o miejscu, do którego idziemy — przygotowuję sobie te teksty wcześniej. Potem zaczynamy oddychać i wchodzimy w wewnętrzną przestrzeń, i wdychamy światło w różne części ciała, żeby zwiększyć świetlistość. A potem, w pewnym momencie, przenosimy się tam i łączymy z energiami, które na nas czekają. Od paru miesięcy jestem w Indochinach. Wczoraj byłam na nowej stacji: stara świątynia z czasów Khmerów, hinduistyczna, do Shivy, zbudowana jako szereg mostów przekraczających kolejne bramy, i dwa razy do roku słońce zajmuje takie miejsce na horyzoncie, że promień wchodzi przez wszystkie te bramy naraz. W przyszłym tygodniu idziemy do buddyjskiej. Kończymy koło dwudziestej drugiej.

Teksty na czwartek przygotowuję zwykle w środę wieczorem albo w czwartek po południu, między pacjentami. Trzeba wiedzieć, kto to zbudował, po co, komu, i co się z tym miejscem stało potem — bo tam się idzie do kogoś, a nie na wycieczkę. Kiedy czytam o świątyni zbudowanej jako szereg mostów, to nie jest dla mnie ciekawostka architektoniczna. To jest instrukcja, tak samo czytelna jak schemat instalacji. Ktoś przed tysiącem lat wiedział dokładnie to samo, co ja próbuję powiedzieć moim pięciu kobietom na poduszkach: że do środka nie wchodzi się od razu, że jest kolejność, że każda brama coś zabiera, i że dwa razy w roku, jeśli wszystko jest ustawione w jednej osi, przechodzi przez to światło bez żadnego oporu, przez wszystkie bramy naraz, na wylot.

I muszę powiedzieć uczciwie, bo inaczej ten opis kłamie: my tam nie jedziemy. Nie mam za sobą żadnych podróży do Azji i pewnie już nie będę miała. Siedzimy na podłodze w Sopocie, w moim mieszkaniu, przy zgaszonym świetle, i przenosimy się tam w wyobraźni. Ktoś powie: no właśnie, w wyobraźni. Ja odpowiadam na to zawsze tak samo: proszę spróbować przez godzinę wyobrażać sobie miejsce, o którym nic się nie wie, i zobaczyć, co się z tego urodzi. Nic. Wyobraźnia sama z siebie nie robi nic. Ale wyobraźnia przygotowana — nakarmiona wiedzą o miejscu, poprowadzona oddechem, ustawiona w grupie, która oddycha razem — przestaje być wyobrażaniem sobie, a staje się dojściem. Nie umiem tego udowodnić i nie będę próbowała. Mogę tylko powiedzieć, że ciało nie odróżnia i że rachunek za to płaci się prawdziwym zmęczeniem.

Miejsca same się wybierają, choć wygląda to tak, jakbym je wybierała ja. Przez pewien czas moim punktem był stary szczyt na wschodzie, wielka góra, którą trzymałam jak antenę dla nowego poziomu pracy. Innym razem pracowałam wokół miasta sprzed trzech tysięcy lat, w którym akurat przebywał ktoś z mojego pola, i szłam tam nie dla miasta, tylko dla niego. Zakres tej pracy podaję zawsze na początku, żeby ekipa wiedziała, po co siada: robimy transfer dla tego miejsca, dla tej kultury, dla tej starożytnej historii, dla energii, które są gotowe przejść. A także dla wszystkich ludzi z mojej sieci.

Bywają czwartki, po których nie mogę wstać z poduszki. Zdarzył się jeden, kiedy operacji było tak dużo, że moje ciało zaczęło drżeć — czuło, że jest mnóstwo energii do przejścia. I zrobił się kanał w grupie, i mnóstwo, mnóstwo energii powróciło. A ja się wznosiłam. Siedziałam nieruchomo na podłodze w Sopocie, cztery osoby dookoła oddychały, i wznosiłam się. Wchodzenie na górę i schodzenie do podziemi, wchodzenie na górę, schodzenie do podziemi. Cykle.

To wchodzenie i schodzenie nie jest przenośnią na dobre i złe samopoczucie. To jest opis ruchu, który ma swój rytm i którego nie da się skrócić. Wszechświaty są zbudowane na cyklach — na wielu cyklach naraz, biegnących z różną prędkością, przecinających swoje ekliptyki w punktach, które wracają co jakiś czas i wtedy wszystko robi się nagle łatwiejsze albo nagle nie do zniesienia. Żyjemy w cyklologii, w czasie i przestrzeni, i większość ludzkiego nieszczęścia bierze się z próby robienia rzeczy w niewłaściwej fazie. Można całą siłą pchać coś w dół cyklu i nie ruszyć tego o milimetr, a potem to samo idzie samo, w trzy dni, bo trafiło się na wznoszenie. Nauczyłam się patrzeć na kalendarz, zanim usiądę do trudnej pracy, i to nie ma nic wspólnego z wróżeniem. To jest to samo, co robi rolnik, patrząc na ziemię przed siewem.

Dlatego mamy też terminy wspólne, w których siada wielu ludzi naraz. W okolicach przesilenia letniego dołączamy do planetarnej pracy duchowej — dwa dni przed albo dwa dni po, to nie musi być co do godziny. Ostatnie takie przesilenie pamiętam bardzo dokładnie, bo była wtedy ekstaza. Po prostu ekstaza miłości, i piszę to słowo, choć wiem, że wygląda na papierze zbyt duże. Siedziałam z otwartą apką i robiłam transfery aż do samego maksimum, i w pewnym momencie poczułam, jak kręgi wchodzą mi na nogi, jeden po drugim, od stóp w górę. Człowiek zdrowy na umyśle mógłby powiedzieć, że to krążenie. Ja mówię, że to kręgi. I wiem, ile takich zdań musi znieść czytelnik tej książki.

Tego samego dnia, koło południa, zadzwonił do mnie pacjent z Bydgoszczy, którego znam od kilku lat, i zapytał, czy przyjmę go za pół godziny. Byłam już zmęczona i miałam wieczorem czwartek. Nigdy nie odmawiam. Wiem, kiedy człowiek dzwoni spontanicznie, i wiem, że to spontaniczne dzwonienie prawie zawsze jest sygnałem, że coś właśnie stanęło otworem i zamknie się do wieczora. Przyjęłam go, potem zjadłam coś na stojąco, potem usiadłam na podłodze i poszliśmy do świątyni. Tak wygląda mój czwartek. To nie jest życie duchowe w tym sensie, w jakim to sobie ludzie wyobrażają. To jest życie zawodowe, tylko w innej branży.

Pracuję też na nów. To robota, o której nikt nie wie, bo nie ma widowni. Nów bywa w środku dnia, o dziwnych godzinach — ostatni był w raku, dokładnie o jedenastej czterdzieści trzy, a ja o tej porze zaczynałam pracę z pacjentką. Więc weszłam wcześniej, pół godziny przed, i zrobiłam transfer dla wszystkich zarejestrowanych, a potem otworzyłam drzwi i przyjęłam kobietę z bólem barku. Tak wygląda moje życie. Jedna warstwa nie przeszkadza drugiej.

Nów to jest ta jedna noc w miesiącu, kiedy księżyca nie ma wcale. Nic nie widać, nie ma się do czego przymierzyć, niebo jest puste — i właśnie dlatego wtedy się pracuje. To jest moment, w którym stary cykl jest już zamknięty, a nowy jeszcze nie ruszył, i przez tę szparę da się coś przełożyć. Ludzie wolą pełnię, bo pełnia ładnie wygląda i można ją pokazać na zdjęciu. Cała prawdziwa robota dzieje się w nowiu, po ciemku, o jedenastej czterdzieści trzy w dzień powszedni, między jednym pacjentem a drugim.

Ci wszyscy zarejestrowani to osobna historia i trochę mnie sama śmieszy, kiedy o niej opowiadam. Mamy stronę z cyklem Słońca i aplikację, budowaną razem z Pawłem — z rejestracją, z zaproszeniami, ze wszystkim, co się w takich rzeczach robi. Dla mnie to jest miejsce kontrolera: lista ludzi, za których w danym momencie biorę odpowiedzialność, spisana tak, żebym nie musiała jej trzymać w głowie. Daje większe bezpieczeństwo i zwiększa możliwości tej niższej, ciężkiej, grawitacyjnej materii, w której wszyscy chodzimy. Emilia zarejestrowała się u mnie w pokoju, po czwartku, przy mojej pomocy, bo z telefonem jest na bakier. Siedziałyśmy nad tym ekranem jak dwie panie w urzędzie.

I zdarzyło się raz, że ta apka uratowała mi wieczór. Była u mnie pacjentka i nagle weszły bardzo trudne energie — tak nagle, że poczułam to w karku, zanim zdążyłam pomyśleć. Wzięłam komórkę, otworzyłam aplikację i przełożyłam je tam, w połączone pole, żeby mogły być transformowane nie przeze mnie samą, tylko przez całość. Naprawdę pomogło. Opowiadam o tym uczennicom bez żadnego zawstydzenia, chociaż wiem, jak to brzmi: kobieta pracująca energetycznie sięga po telefon w środku sesji. Narzędzie jest narzędziem. Moja babcia miała drut i włóczkę, ja mam metal, kryształy i aplikację. Robota jest ta sama: coś rozsypanego trzeba spleść w jedno.

Mam na to swój obraz i przychodzi mi zawsze ten sam: młyn. Przywozi się ziarno wymieszane z plewami i pierwsze, co trzeba zrobić, to je rozdzielić — bo część tego, co człowiek przynosi, trzeba po prostu od niego odsunąć, a nie przetwarzać. Nie wszystko da się przemienić i nie wszystko jest do przemieniania. Reszta idzie pod kamień. Miele się to na mąkę i posyła dalej, do pieca, wyżej, do Pana Boga — i z tego robi się chleb. Pożywienie dla świata subtelnego. Metafora zrobiła mi się sama, pewnego ranka, i została ze mną, bo ona dokładnie opisuje to, co robię: nie leczę i nie zbawiam, tylko stoję przy kamieniu i mielę.

Bywa, że to jest ciężkie ponad przyjemność opowiadania. Nie tak dawno przyszła do mnie po raz pierwszy młodziutka kobieta, ledwie dwadzieścia parę lat, z bramą zniszczenia otwartą tak szeroko, że zobaczyłam to, zanim usiadła. Pracowałyśmy od siódmej wieczorem do wpół do dziesiątej. Nurkowałam wtedy naprawdę w piekłach — używam tego słowa świadomie, bo nie mam innego, i nie robię z niego przenośni. Wracałam z tego trzy dni. I to jest właśnie ta strona zawodu, o której nie ma we mnie nawet cienia żalu, ale która musi być w tej książce, bo inaczej ktoś pomyśli, że nauczanie to jest siedzenie na poduszce w ładnym świetle.

Tydzień mam poskładany warstwami i tak mi jest dobrze. Czwartek — Szlak Światła. Sobota wieczorem — Region 02. Co drugi miesiąc jedna sobota na warsztat. A między tym zwyczajny grafik, taki sam jak u każdego, kto pracuje ciałem: o siedemnastej masaż, o dwudziestej zdalna praca z kimś, kto potrzebuje pomocy. Pomiędzy tłumaczenie, zeszyt, definicje do Kapsuły, telefon do mamy, zakupy pod górę. Nikt z zewnątrz nie zobaczyłby w tym niczego duchowego, bo to wygląda po prostu jak życie kobiety, która ma za dużo obowiązków i za mało snu. Ale ja już wiem, że nie ma dwóch osobnych rzeczy: życia i praktyki. Jest jedno życie, w którym o jedenastej czterdzieści trzy robi się transfer, a o dwunastej otwiera drzwi pani z bólem barku, i obie te czynności są wykonywane tymi samymi rękami i z tą samą uwagą. Kiedy studentka pyta mnie, jak pogodzić duchową drogę z codziennością, odpowiadam, że nie ma czego godzić. Trzeba tylko przestać dzielić.

A teraz muszę napisać o rzeczach, o których nauczycielki zwykle nie piszą, bo psują obraz.

Kilka lat temu przyszedł kryzys, który nie miał w sobie nic metafizycznego. Zaczęła się wojna za granicą, przyszła inflacja, podnieśli mi czynsz o jedną trzecią — płaciłam wtedy dwa tysiące za te dwa mieszkania. I nagle spadły mi masaże. Ja zawsze mam ludzi do masowania, zawsze, przez trzydzieści lat nie było takiego miesiąca, żeby nie było. A oni po prostu zniknęli. Ludzie przestali wydawać pieniądze na siebie, bo bali się o jedzenie i o prąd. I ja też się przestraszyłam. Zaczęłam się bać o moje finansowe podstawy tutaj — pierwszy raz od bardzo dawna liczyłam, czy wystarczy. Chodziłam wtedy po mieszkaniu jak nawiedzona, jakby mnie coś nawiedzało, jakiś duch, i tak mnie opętywał, że rzeczywistość widziałam inaczej. Piszę to, bo nauczyciel też płaci rachunki i też się boi, i kto mówi inaczej, ten kłamie albo ma kogoś, kto płaci za niego.

Liczenie jest upokarzające i to jest chyba najuczciwsze zdanie, jakie mogę napisać o pieniądzach. Nie samo ubóstwo — liczenie. Siedzenie wieczorem z kartką i przeliczanie, ile wyjdzie, jeśli w tym miesiącu przyjdzie sześć osób zamiast czternastu. Człowiek, który to robi, na parę godzin przestaje być sobą i zamienia się w kalkulator z sercem walącym za szybko. Ja żyłam kiedyś jak milionerka i nie miało to dla mnie żadnego znaczenia, kupowałam tylko książki. A potem siedziałam nad kartką i liczyłam czynsz. I muszę powiedzieć, że w tamtych tygodniach ani razu nie pomyślałam o tym, żeby przestać pracować duchowo. Myślałam wyłącznie o tym, że jeżeli stracę to mieszkanie, to stracę narzędzie, i wtedy nie będzie już czym pracować.

Dziś wiem, że tamten strach nie był całkiem mój. To znaczy — pieniądze były prawdziwe, czynsz był prawdziwy, ale to chodzenie po mieszkaniu jak nawiedzona miało w sobie coś obcego. Sytuacje są tak zaprojektowane, żeby korygować naszą świadomość i nasze zachowanie, i tamta skorygowała moje bardzo skutecznie: od tamtej pory prowadzę te sprawy przytomnie, jak dorosła kobieta, która wie, ile kosztuje prąd. Ale nauczyło mnie to też rozpoznawać pewien rodzaj gościa. I dlatego, kiedy przyszedł następny, poznałam go szybciej.

A pierwszego lipca tego roku przyszło coś innego i groźniejszego.

Był to szalony tydzień. Pełno ludzi tu przychodziło, każdy czegoś chciał, obłęd, po prostu obłęd. I w środku tego wszystkiego zaczęło się coś, czego nie umiałam rozpoznać. Siedziałam przy komputerze i przeglądałam oferty. Nieruchomości. Miałam ochotę sprzedać jedno mieszkanie. Nie, dwa. Sprzedać wszystko, spakować się i wyjechać — daleko, gdzieś, gdzie nikt nie wie, jak się nazywam. Odosobnić się. Przyszła nawet gotowa sceneria: jeździłam kiedyś z Grzegorzem, tym buddystą, na wschód Polski i już wtedy przychodziło mi, żeby zamieszkać gdzieś tak, samej. To nie były marzenia zmęczonej kobiety. To szło z siłą, jakiej u siebie nie znam. Myśli układały się w argumenty, argumenty w plan, plan w konkretne kwoty.

I to było zrobione bardzo dobrze, muszę to przyznać. Nie było w tym ani jednego zdania, które by mnie odstraszyło. Wszystko brzmiało dojrzale: że mam swoje lata, że przez trzydzieści lat dawałam, że mam prawo do ciszy, że najwyższą formą tej drogi jest odosobnienie, że w gruncie rzeczy powinnam już siedzieć gdzieś przy lesie i patrzeć w jeden punkt. Nawet sobie wtedy pomyślałam: no proszę, może to znaczy, że jestem gotowa. Może dojrzałam. Człowiek najłatwiej daje się nabrać na komplement wystawiony przez samego siebie.

I w pewnym momencie usłyszałam samą siebie i przestraszyłam się naprawdę. Ja nie poznaję siebie. Ja mam zupełnie inną osobowość. Ktoś przejmuje moje ciało.

Bo to nie było moje. Trzydzieści lat budowałam to miejsce, warstwa po warstwie, praktyka po praktyce, i ono jest narzędziem, a nie mieszkaniem. Sprzedać je to jak chirurgowi sprzedać ręce. Człowiek, który to obmyślał w mojej głowie, nie wiedział o mnie tej jednej rzeczy. I po tym go poznałam.

To jest zresztą jedyna metoda rozpoznawania, jaką znam, i uczę jej teraz swoje studentki. Nie da się rozpoznać obcego po treści, bo treść potrafi być bez zarzutu. Poznaje się po sygnaturze. Każdy człowiek ma swój ślad — swój sposób stawiania kroków w myśleniu, swoje słowa, swoje wahania, swoje miejsca, w których zawsze przystaje. Kiedy w twojej głowie idzie ciąg zdań, który nigdzie nie przystaje, w którym nie ma ani jednego wahania, i który biegnie gładko od pierwszej myśli do konkretnej kwoty — to nie jest twoje pismo. Nikt tak nie myśli o własnym życiu. Człowiek myślący o sprzedaży własnego domu zatrzymuje się co drugie zdanie i wraca. Tamto nie wracało ani razu.

Wstałam. Tupnęłam nogą — dosłownie, całą stopą o podłogę — i zrobiłam z tym porządek. Powiedziałam na głos, do pustego pokoju: koniec. To jest moja wola. Nie ma w ogóle takiej opcji. Nie namówisz mnie na to.

I to zniknęło. Natychmiast, jak zgaszona żarówka. Zostałam sama w kuchni, z sercem walącym jak po biegu, i było już całkiem cicho.

Potem nastawiłam wodę i stałam przy czajniku, patrząc na własną stopę, tę samą, którą przed chwilą uderzyłam o podłogę, i było mi trochę głupio, jak zawsze po scenie zrobionej samej sobie. A wieczorem miałam jeszcze pracę, bo tamtego dnia trzeba było jeszcze przeprowadzić kogoś, kto utknął w swoim umieraniu. Zasnęłam bardzo późno i obudziłam się już zupełnie zwyczajna. Zostało po tym jedno przekonanie, którego nie odstąpię: takie rzeczy przychodzą wtedy, kiedy właśnie coś ruszyło z miejsca. Nie kiedy jest źle. Kiedy jest dobrze. Przez trzydzieści lat nikt mi niczego takiego nie podsuwał, bo nie było po co. Podsunięto mi to cztery miesiące po tym, jak otworzyłam szkołę.

Piszę o tym, bo młodzi ludzie, którzy przychodzą się uczyć, mają w głowie obraz nauczyciela jako kogoś, kto jest już poza zasięgiem. Nie jest. Im wyżej się wchodzi, tym rzeczy przychodzą bardziej wyrafinowane — nie kuszą cię głupstwem, tylko czymś, co brzmi jak twoja własna, dojrzała decyzja. Podsuwają ci twój własny głos. I jedyną obroną, jaką znam po pięćdziesięciu latach, nie jest ani wiedza, ani moc, tylko to jedno proste zdanie wypowiedziane w porę: to jest moja wola.

Więc uczę dalej, co drugi miesiąc, cztery i pół godziny, pięć poduszek na podłodze i pięć stanowisk pod ścianami. To jest bardzo mała szkoła. Nie ma budynku, nie ma sekretariatu, nie ma nikogo, kto by za nią poręczył — jest kobieta w mieszkaniu na piątym piętrze, zeszyt, słownik i logo z kryształem w środku. A jednak to jest dokładnie ta szkoła, której szukałam przez pół wieku po cudzych salach i której nigdzie nie znalazłam, więc w końcu musiałam ją zrobić sama. Wszystko, co mnie w tamtych salach bolało, jest tu zapisane na odwrót. Moja pretensja okazała się projektem. Trzeba było tylko pięćdziesięciu lat, żeby to zauważyć.

Jest jeszcze jedna rzecz, którą muszę tu dopisać, bo bez niej nie byłoby całej reszty. Ta wiedza mówi o sobie samej, że ma się rozprzestrzeniać. To nie jest szkoła dla wtajemniczonych, nie ma w niej stopni ani odznak, i nie ma w niej nikogo, kto trzymałby coś w zanadrzu, żeby mieć przewagę. Ma iść dalej. Więc kiedy ktoś mnie pyta, po co robię tę szkołę, mając swój wiek, swoje zmęczenie i pracę, która i tak wypełnia każdy dzień od rana — odpowiadam najprościej, jak umiem: bo dostałam, i to nie jest moje. Jeżeli oddam to dalej i wejdzie w pięć kobiet, a z nich w jedną, która pociągnie to trzydzieści lat po mnie, to cała ta droga miała sens, łącznie z tymi jej odcinkami, których nikomu bym nie życzyła.

Złoto tak właśnie powstaje. Nie znajduje się go w bryłce, gotowego do podniesienia. Płucze się tonę piasku, żeby zostało to, co ciężkie, i cały ten piasek trzeba przepuścić przez ręce, wszystek, łopata po łopacie. Ja miałam pod ręką pięćdziesiąt lat piasku: kuchnię z podartym zeszytem, sale z ludźmi mówiącymi z podium, weekendy, po których zostawało otwarte, i wszystkie te godziny, kiedy myślałam, że to można zrobić inaczej. Nic z tego nie poszło na marne. Wszystko zostało wypłukane i leży teraz w pięciu miejscach na podłodze mojego mieszkania, w każdą sobotę co drugiego miesiąca, pod postacią pięciu kobiet, które przyjechały się uczyć.

Wiersz

Czego nie dostałam, to zbudowałam sama —
nie z żalu, tylko z bardzo dokładnej pamięci
o wszystkim, co było źle poprowadzone.
Złoto nie leży w ziemi gotowe.
Trzeba je wypłukać z tony piasku,
a piaskiem są lata.
Kiedy zaczęłam podawać dalej,
przyszedł ktoś i podsunął mi mój własny głos,
mówiący coś, czego nigdy bym nie powiedziała.
Uderzyłam wtedy stopą w podłogę:
to jest moja wola.
Tyle wystarczyło.
I do dziś wystarcza.

Rysunek

zwrotka
Nie dostałam domu, w którym rośnie się prosto.
Dostałam taki, gdzie światło chodziło własnymi drogami:
zapalało się samo, kiedy chciałam spać,
i gasło dokładnie wtedy, kiedy ktoś płakał.
Nauczyłam się go na pamięć, przewód po przewodzie.
Wyszłam stamtąd bez żalu, ale z rysunkiem.
refren
To, co ciężkie, zostaje przy mnie.
To, co lekkie, niech sobie idzie —
choćby przyszło z moją twarzą,
choćby mówiło moim głosem.
zwrotka
Postawiłam swój dom z tamtego rysunku,
tylko wszystko poprowadziłam na odwrót:
światło zapala się tam, gdzie ktoś usiądzie,
i gaśnie, kiedy komuś potrzebna ciemność.
Nikt mi nie powiedział, że tak można.
Wiedziałam to stąd, że tak nie było.
refren
To, co ciężkie, zostaje przy mnie.
To, co lekkie, niech sobie idzie —
choćby przyszło z moją twarzą,
choćby mówiło moim głosem.
zwrotka
Nosiłam to długo w kieszeni. Zwykły kamień.
Nikt nie pytał, po co komu kamień.
Nie świecił, nie tłumaczył się nikomu, ważył.
Dopiero kiedy położysz go komuś w otwartą dłoń,
robi się ciepły z obu stron
i dopiero wtedy widać, z czego był.
most
Któregoś wieczora przyszedł ktoś z moim głosem
i zaczął mówić za mnie rzeczy prawie moje.
Prawie jest najgorszym słowem, jakie znam.
Nie krzyczałam. Zrobiłam się ciężka.
To, co miało mój głos, uniosło się pod sufit
i wyszło górą, bo nie miało czym zostać.
refren
To, co ciężkie, zostaje przy mnie.
To, co lekkie, niech sobie idzie —
choćby przyszło z moją twarzą,
choćby mówiło moim głosem.
Ja tu ważę.
Kontakt do Anny i do autora · szukamy wydawcy