W książce jest siedemnaście piosenek — po jednej na rozdział. Nie są dodatkiem ani ilustracją: każda pada w miejscu, do którego rozdział dochodzi, i mówi to samo, tylko krócej. 9 z nich są już nagrane i można je stąd wziąć.
Wykonawca to PabloGFX x Nabu — ja i to samo narzędzie, które pomogło złożyć książkę. Pliki są otwarte, w pełnej jakości 320 kbps, z okładką, tekstem i opisem rozdziału w środku, więc każdy odtwarzacz od razu wie, co dostał.
Wiedziałam wcześnie rzeczy bez nazwy. Spały we mnie pod podłogą, ciepłe. Kiedy przechodził ktoś dorosły, podnosiły łeb i zasypiały z powrotem. Nie miałam dla nich słowa i wcale nie było im ono potrzebne. Byłam domem bez okien i niczego mi nie brakowało. Pukali z zewnątrz: czy ci tam nie ciemno? Nie było mi ciemno. Byłam zajęta. Miałam w środku pogodę, która nie potrzebuje słońca. Przychodzili do mnie z dobrocią w obu rękach, ostrożnie, żeby nie rozlać. Zapalali mi nad głową moje imię i wszystko, co właśnie widziałam, znikało. Dziękowałam ładnie. Potem czekałam, aż wyjdą i znowu zrobi się widać. Byłam domem bez okien i niczego mi nie brakowało. Pukali z zewnątrz: czy ci tam nie ciemno? Nie było mi ciemno. Byłam zajęta. Miałam w środku pogodę, która nie potrzebuje słońca. Przysłano mnie tu na chwilę. Chwila trwa do dziś i nie narzekam. Nie tęskniłam za tamtą stroną — niosłam ją przy sobie, zaszytą w oddechu, w miejscu, którego nikt nie sprawdza. Byłam przez to osobna i cicha i nie robiłam z tego nikomu kłopotu. Dziś już wiem, czego wtedy pilnowałam. Ciszy, która nie została po nikim. Ona nie przyszła po ludziach. Ona była pierwsza. Byłam domem bez okien i niczego mi nie brakowało. Pukali z zewnątrz: czy ci tam nie ciemno? Nie było mi ciemno. Byłam zajęta. Miałam w środku pogodę, która nie potrzebuje słońca.
Nie znałam go z rozmów. Znałam go z powietrza. W naszym domu przez okrągły rok stała jedna zima i mieszkała w korytarzu. Kiedy przechodziłam, dotykała mnie w kark — nie żeby przestraszyć, tylko żeby sprawdzić, czy urosłam. Nikt jej nie widział oprócz mnie. Został po nim przeciąg i ten przeciąg do dziś otwiera mi drzwi. Idę zawsze tam, gdzie chłodniej, bo tam jest więcej świata, i ani razu się nie pomyliłam. Niczego mi nie podał do ręki. Rano miałam to już w rękach i nigdy nie ustaliłam, kiedy. Uczył mnie przez ścianę, milczeniem, a ja zdawałam egzaminy, o których nie wiedziałam, i zdawałam je dobrze. Został po nim przeciąg i ten przeciąg do dziś otwiera mi drzwi. Idę zawsze tam, gdzie chłodniej, bo tam jest więcej świata, i ani razu się nie pomyliłam. Latami myślałam, że dostałam za mało, że reszta leży gdzieś dalej i kiedyś po nią pójdę. Aż zobaczyłam własną rękę. Podnosiła coś ruchem, którego nigdy nie widziałam, a który był jego. Nie było żadnej reszty. Całość leżała we mnie od początku. Nie umiem opowiedzieć, jaki był. Umiem tylko pokazać ręce i to, jak stoję, kiedy jest ciężko. Cała jego mowa zmieściła się w moim kręgosłupie. Został po nim przeciąg i ten przeciąg do dziś otwiera mi drzwi. Idę zawsze tam, gdzie chłodniej, bo tam jest więcej świata, i ani razu się nie pomyliłam.
W naszym domu palono tak mocno, że grzała się od nas cała ulica. Obcy ludzie przystawali pod oknem i rozpinali płaszcze. W kuchni stał szron. Nikt tego nie tłumaczył i nikt o to nie pytał. Tak było ustawione i tak szło. Żal potrzebuje drugich drzwi. U nas były jedne i przez te same drzwi wchodziło wszystko: i to, co ratowało, i to, co bolało. Nie mam żalu. Nie było go gdzie postawić. Byłam mała i miałam bardzo dużo czasu, więc patrzyłam. Rzemiosła nie podaje się dziecku do ręki — ono wchodzi przez oczy i siada w palcach, i czeka trzydzieści lat, aż będzie potrzebne. Nauczyłam się wtedy więcej, niż ktokolwiek zamierzał mnie nauczyć. Żal potrzebuje drugich drzwi. U nas były jedne i przez te same drzwi wchodziło wszystko: i to, co ratowało, i to, co bolało. Nie mam żalu. Nie było go gdzie postawić. Ogień nie wie, że parzy. Wie tylko, że jest ogniem, i robi, co umie. Kiedy urosłam, wzięłam go do siebie — nie po to, żeby zgasić, bo zimno jest gorsze, tylko żeby stanął w środku mieszkania i grzał do wewnątrz, nie na ulicę. Pytają czasem, czy wybaczyłam. To złe słowo. Nie było tu nic do oddania. Wzięłam ten ogień, bo innego nie było, i przez całe życie uczyłam go dobrych manier. Żal potrzebuje drugich drzwi. U nas były jedne i przez te same drzwi wchodziło wszystko: i to, co ratowało, i to, co bolało. Nie mam żalu. Nie było go gdzie postawić.
Dostawałam po odrobinie. Tyle, ile mieści się pod paznokciem, raz dziennie, bez zapowiedzi i bez słowa. Przez pół życia liczyłam to jako brak, bo nie umiałam liczyć inaczej i nikt mi nie pokazał innej miary. Sto razy nic. Sto razy nic. A potem w środku popołudnia, bez powodu, wszystko naraz. I nikt nie umie pokazać, w którym miejscu to przeszło. Raz jeden ktoś przesunął mi krzesło o dwa centymetry bliżej okna. Nie powiedział przy tym ani słowa i zapomniał o tym jeszcze tego samego dnia. Ja nie zapomniałam. Do dziś mam z tych dwóch centymetrów ciepło na całą zimę. Sto razy nic. Sto razy nic. A potem w środku popołudnia, bez powodu, wszystko naraz. I nikt nie umie pokazać, w którym miejscu to przeszło. Są ludzie, którzy nie umieją dawać dużo. Dają cienko, po jednym oddechu, i trzeba mieć czas, żeby to w ogóle zobaczyć. Ja miałam czas. Układałam te oddechy jeden na drugim i uzbierał się z nich dach. To, co przez lata wyglądało na pustą ścianę, było ogrodem oglądanym za blisko. Trzeba było odejść bardzo daleko, żeby zobaczyć, że ktoś go podlewał zawsze wtedy, kiedy spałam. Sto razy nic. Sto razy nic. A potem w środku popołudnia, bez powodu, wszystko naraz. I nikt nie umie pokazać, w którym miejscu to przeszło.
Tamto lato nie zostało odwołane. Chodzi po pustych pokojach i nie wie, że wyszłam. Powietrze nie ma tam dokąd opadać. Słońce stoi w oknie na jednej godzinie i nikt go stamtąd nie rusza. Dopóki tam byłam, nic z tego nie było ładne. Powiedziałam wtedy jedno zdanie bez głosu. Byłam o wiele za mała na takie zdania. Nikt go nie słyszał, nikt nie zapisał, a stoi na nim dach, piętro i cały dalszy ciąg. Do dziś nie zmieniłam w nim ani słowa. Potem ktoś nalał w tamto miejsce żywicy. Nie tłumaczył. Nie było zresztą komu tłumaczyć. Zastygło ze wszystkim, co miało w środku: z hałasem, z niedzielą, ze mną, która jeszcze nic nie wie. Dopiero zamknięte rzeczy zaczynają grzać. Powiedziałam wtedy jedno zdanie bez głosu. Byłam o wiele za mała na takie zdania. Nikt go nie słyszał, nikt nie zapisał, a stoi na nim dach, piętro i cały dalszy ciąg. Do dziś nie zmieniłam w nim ani słowa. Zostawiłam tam kogoś, kto był mną, i nie zabrałam go ze sobą — nie było jak. Siedzi w tym samym świetle i pilnuje mi ognia. Kiedy tutaj gaśnie, tam się nie gasi. Dlatego nigdy nie zmarzłam do końca. Nie chcę tam wracać. Wracanie kruszy żywicę. Wystarczy, że noszę to w kieszeni i że w zimne dni świeci przez materiał. Powiedziałam wtedy jedno zdanie bez głosu. Byłam o wiele za mała na takie zdania. Nikt go nie słyszał, nikt nie zapisał, a stoi na nim dach, piętro i cały dalszy ciąg. Do dziś nie zmieniłam w nim ani słowa.
Był rok, w którym dorośli w moim domu zrobili się bardzo lekcy. Przeciąg przenosił ich z pokoju do pokoju i nikt tego nie komentował. Ktoś musiał być ciężki, żeby dom stał na miejscu. Stałam najbliżej. Mam w gardle wagę. Kładę na niej zdanie, zanim komuś je podam. Prawie zawsze zdejmuję połowę. Reszta zostaje u mnie i to nią się uśmiecham. Nikt mnie tego nie uczył. Ktoś podał mi coś ciężkiego i nie powiedział, co to jest. Nie wolno było postawić, więc nie stawiałam. Nauczyłam się spać na stojąco, z jedną ręką zawsze pod spodem. Do dziś budzę się z tą ręką pod spodem, chociaż od lat nic na niej nie leży. Mam w gardle wagę. Kładę na niej zdanie, zanim komuś je podam. Prawie zawsze zdejmuję połowę. Reszta zostaje u mnie i to nią się uśmiecham. Nikt mnie tego nie uczył. Teraz przychodzą ludzie i kładą mi na dłoni swoje ciężkie rzeczy. Nie pytają, czy uniosę — widzą, że dłoń nie drgnie. Nie mówię im, skąd ta dłoń. Ważę, ile są w stanie usłyszeć, i podaję dokładnie tyle. Raz na dziesięć lat trafia się ktoś, kto niczego mi nie podaje. Siada i mówi: postaw to na chwilę. Nie umiem. Ale słucham go do rana. Mam w gardle wagę. Kładę na niej zdanie, zanim komuś je podam. Prawie zawsze zdejmuję połowę. Reszta zostaje u mnie i to nią się uśmiecham. Nikt mnie tego nie uczył.
Pokój pochyla się bardzo powoli i wszyscy zsuwają się w stronę wieczora. Nikt tego nie czuje, bo dzieje się od zawsze. Rozmowa idzie dalej, śmiech przechodzi po twarzach, a twarze zużywają się od środka. Ja się nie zsuwam. Nie umiem powiedzieć dlaczego. Nic nie zrobiłam, żeby to przyszło. Nie da się tego zamówić ani powtórzyć. Otwiera się bez powodu, w samym środku hałasu, trwa tyle, co jeden oddech, i przez ten oddech nic mnie nie zużywa. Wtedy godzina zdejmuje buty i zostaje. Nikt jej nie zapraszał. Zegary chodzą dalej, ale już nie o mnie. Wszystko jest naraz: to, co było, i to, co dopiero, i nic z tego nie robi mi krzywdy. Potem wkłada buty i wychodzi bez pożegnania. Nic nie zrobiłam, żeby to przyszło. Nie da się tego zamówić ani powtórzyć. Otwiera się bez powodu, w samym środku hałasu, trwa tyle, co jeden oddech, i przez ten oddech nic mnie nie zużywa. To światło nie jest moje i nie jest o mnie. Jestem miejscem, w którym mu przez chwilę wygodnie. Kiedy odchodzi, nic mi nie zabiera, bo nigdy nie było moje. Zostaje ciepłe miejsce i nikt nie wie, po kim. Nie umiem o tym mówić przy ludziach. Brzmi to jak chwalenie się czymś, czego nie zrobiłam. Więc siedzę cicho i mówię o pogodzie, a to i tak przechodzi przeze mnie do nich. Nic nie zrobiłam, żeby to przyszło. Nie da się tego zamówić ani powtórzyć. Otwiera się bez powodu, w samym środku hałasu, trwa tyle, co jeden oddech, i przez ten oddech nic mnie nie zużywa.
Wyprowadziłam się z siebie w środku tygodnia. Nikt nie pomagał. Nie było co nosić. Na ścianie zostały jaśniejsze prostokąty po wszystkim, czym byłam dla ludzi. Ktoś zapytał, kim teraz jestem. Powiedziałam: jeszcze nikt się nie wprowadził. A potem zrobiło się jasno. Nie od okna. Nie od lampy. Weszło od strony, której nie ma, i stało we mnie do wieczora. Nie pytało, kim jestem. Ciało chodziło beze mnie po mieście, wracało zdyszane i nie mówiło skąd. W nocy siadało na brzegu łóżka i patrzyło na mnie, aż robiło się szaro. Nie znałam go. Mieszkaliśmy razem. A potem zrobiło się jasno. Nie od okna. Nie od lampy. Weszło od strony, której nie ma, i stało we mnie do wieczora. Nie pytało, kim jestem. Przynieśli mi słowo i położyli na stole. Nie pasowało do niczego w tym domu, ale było ciężkie i nic się pod nim nie ruszało. Pytania, które latały pod sufitem, usiadły i złożyły skrzydła. Nie zabrało mi niczego. Zabrało pytania. Nikt mi wtedy nie powiedział, że pusty pokój też ma swój kolor. Że woda, w której coś stało za długo, robi się głęboka — i dopiero wtedy można nią malować. A potem zrobiło się jasno. Nie od okna. Nie od lampy. Weszło od strony, której nie ma, i stało we mnie do wieczora. Nie pytało, kim jestem.
Dostałam wszystko, czego się ludziom życzy, w jednym kawałku, bez rysy. Podali mi to do rąk, jeszcze ciepłe. Podziękowałam bardzo ładnie, a potem stałam z tym pośrodku pokoju i nie miałam gdzie tego postawić. Klucze pasowały do wszystkich drzwi. Drzwi otwierały się na mój dom. Chodziłam po nim na palcach, żeby nie zbudzić właścicieli. Właścicieli nie było. Nocowałam u siebie przez połowę życia. Rano ścieliłam łóżko tak gładko, żeby nie było znać, że ktoś tu spał. Nie przestawiłam ani jednego krzesła. Sama nie wiem, na co czekałam — chyba aż wróci ten, kto to wszystko ustawił. Klucze pasowały do wszystkich drzwi. Drzwi otwierały się na mój dom. Chodziłam po nim na palcach, żeby nie zbudzić właścicieli. Właścicieli nie było. Wieczorami zakopywałam po jednym zdaniu za domem, w ziemi, gdzie nikt nie chodził. Nie było do kogo mówić i nie bolało. Robiłam to tak, jak się robi rzeczy bez powodu. Ziemia brała i milczała. Nie wiedziałam, że sadzę. Nie mam żalu do rzeczy. Rzeczy stały wiernie i czekały, aż zrobię się głodna. Nie zrobiłam się. Głód miałam gdzie indziej, w miejscu, które nie miało jeszcze adresu. Klucze pasują do wszystkich drzwi. Drzwi otwierają się na mój dom. Już nie chodzę po nim na palcach. Właścicieli dalej nie ma. Za domem, gdzie nikt nie chodził, jest teraz droga.
Pozostałe
Tekstów jest siedemnaście, nagrań na razie 9. Reszta czeka w książce — słowa są, muzyka dojdzie. Oto, co jeszcze przed nami:
Pobieranie i słuchanie u siebie jest wolne i bez ograniczeń — po to te pliki tu są. Nie wolno ich natomiast rozpowszechniać dalej: publikować, wgrywać do serwisów, dołączać do nagrań ani przesyłać jako pliki. Jeśli chcesz podzielić się utworem, poślij odnośnik do tej strony — to jedyna droga, na którą zgadzamy się z góry.
Wszystko inne wymaga pisemnej zgody obojga autorów. Prawa i zgody.