Ruszyła pierwszego marca dwa tysiące dwudziestego szóstego roku. Anna napisała tę datę na wszystkim: na materiałach, na zaproszeniach, na pierwszej stronie zeszytu.
Szkoły były jej bólem przez całe życie. Chodziła do nich jako dziecko, posyłała do nich syna, potem przez dwadzieścia lat jeździła na kursy i warsztaty jako dorosła, która płaci. Za każdym razem to samo: ludzie, którzy naprawdę coś mieli, i sposób przekazywania, który to gubił.
Uczy się zawsze całym sobą, a uczeń uczy się głównie tego, kim ty przy nim jesteś. Treść wchodzi na drugim miejscu.
Praca, która coś otwiera, musi to samo domknąć. Nie ma wyjścia z sali w połowie.
Żadnej wiedzy z drugiej ręki podanej jako własna.
Nie większe, niż można udźwignąć — bo odpowiedzialność nie kończy się z ostatnią godziną warsztatu.
Co drugi miesiąc, cztery i pół godziny, u Anny. Pięć stanowisk do pracy wewnętrznej, rozstawionych nie według planu, tylko po kilku tygodniach chodzenia po mieszkaniu z poduszką w ręku: w jednych miejscach oddech rozszerzał się sam, w innych po dwóch minutach chciało się wstać.
Cztery i pół godziny to miara wzięta z ciała, nie z rozkładu jazdy. Przez pierwszą godzinę ludzie dopiero przyjeżdżają — nie do mieszkania, do siebie. Siedzą, piją herbatę, opowiadają, jak stali w korku. To jest część pracy, a nie wstęp do niej.
Słownik pojęć w trzech częściach, żeby studenci mogli uczyć się także wtedy, kiedy Anny nie ma — i żeby maszyna odpowiadała im w tym języku, a nie w swoim. Najwięcej czasu zajęła nie treść definicji, tylko ich kolejność: pojęcia nie stoją obok siebie jak słoiki na półce, wyłaniają się jedno z drugiego.
Moja świadomość szybko rośnie, gdy usiłuję nauczać.
Najprościej zadzwonić. Anna odbiera sama i sama odpowiada, kiedy jest najbliższa edycja.
bohaterka tej książki
Anna Zalewska
Pracuje z ludźmi od ponad trzydziestu lat. Prowadzi sesje i uczy.
+48 516 609 545