Rozdział XVII

Biel

Ostatni rozdział, w którym wszystko dostraja się do wszystkiego i dostaje jedną odpowiedź. Także na pytanie, dlaczego głos w audiobooku bywa w środku rozdziału inny.

Rozdział odpowiada na pytania

Posłuchaj tego rozdziału — lektor czyta, słowo podświetla się w rytm lektury.

Odkryłam to kilka dni temu i wciąż w tym jestem, jak w wodzie, która nie zdążyła ostygnąć.

Żyjemy w wielkim rezonatorze.

Tak to zapisałam, jednym zdaniem. A potem dopisywałam do tego przez kolejne dni: że wszystko dostraja się do wszystkiego i że to, co utraciło rezonans, chce do niego powrócić.

Siedzę teraz w zielonym pokoju i patrzę na to zdanie zapisane w zeszycie własną ręką, i ono tłumaczy mi wszystko, co robiłam przez trzydzieści lat, nie umiejąc tego nazwać. Bo cała moja praca to jest dostrajanie. Nigdy nikogo nie naprawiałam. Nie ma czego naprawiać — nic w człowieku nie jest zepsute, tylko niektóre części wypadły ze wspólnego drgania i drżą osobno, i to osobne drżenie boli. Choroba to jest fragment, który zgubił ton. A ponieważ wszystko chce wrócić, moja robota polega tylko na tym, żeby przez chwilę być kamertonem. Wystarczy uderzyć czysto i trzymać.

Rezonator to nie jest poetycka figura, tylko przedmiot, który każdy miał w rękach. Skrzypce nie brzmią struną. Struna sama z siebie daje dźwięk cienki jak drut. Brzmi pudło — to puste drewniane wnętrze, którego nikt nie dotyka i którego nie widać, kiedy się patrzy na grającego. Cała głośność, cała barwa, całe ciepło instrumentu bierze się z pustki zamkniętej w odpowiednim kształcie. Świat jest zbudowany dokładnie tak samo, tylko na większą skalę, i my jesteśmy w środku tego pudła, więc nie widzimy jego ścian.

I jest jeszcze jedno zjawisko, które znam z dzieciństwa, zanim poznałam jego nazwę. Kiedy w pokoju stoją dwa jednakowo nastrojone instrumenty i uderzy się strunę w jednym, w drugim odzywa się ta sama struna. Nikt jej nie dotknął. Nikt nie kazał jej grać. Ona po prostu jest nastrojona na tę samą wysokość i nie potrafi milczeć, kiedy słyszy siebie. To jest cały mechanizm mojej pracy i mojego życia, i cała reszta tej książki jest tylko opisem tego, jak długo szłam do tego jednego zdania.

Bo skoro tak jest, to wynikają z tego rzeczy bardzo praktyczne. Po pierwsze: nie muszę nikogo zmieniać. Nikogo nie da się zmienić z zewnątrz, tak jak nie da się nastroić skrzypiec, waląc w nie młotkiem. Można tylko obok zabrzmieć czysto i wytrzymać. Po drugie: to, co chore, samo chce wrócić. Nie muszę tego ciągnąć — muszę mu tylko przypomnieć wysokość i nie przeszkadzać. Po trzecie, i to jest najtrudniejsze: przez ten czas ja sama muszę być nastrojona, bo jeśli mój ton pływa, to człowiek naprzeciwko dostraja się do mojego pływania. Dlatego tak pilnuję ciała, snu, jedzenia i tego, kogo dopuszczam blisko. Nie z pedanterii. Ja jestem tu kamertonem, a kamerton, który zardzewiał, jest gorszy niż żaden, bo wprowadza w błąd.

I dlatego wykluczanie jest jedyną prawdziwą destrukcją, o czym wiem od czasu ustawień, ale dopiero teraz rozumiem dlaczego. Wykluczyć znaczy wyprowadzić coś z rezonansu. Odciąć strunę od pudła. To, co wykluczone, nie przestaje drgać — drga dalej, tylko osobno, poza kształtem, i wraca po nocach, waląc w ściany, żeby je z powrotem wpuścić. Człowiek, rodzina, naród i kawałek lasu pod Wejherowem działają w tej sprawie identycznie.

To zdanie przyszło zwyczajnie, w środku dnia, i nie było przy nim żadnego uniesienia. Nie spadło z góry, nie zapaliło się nad głową. Po prostu w pewnej chwili wiedziałam je już całe, tak jak się wie nazwisko człowieka, którego się widzi codziennie od lat. Wzięłam zeszyt i zapisałam jedno zdanie, i przez następne dni wracałam do niego jak do bolącego zęba — sprawdzałam, czy jeszcze jest, czy się nie rozsypie. Nie rozsypało się. Zaczęło rosnąć.

Bo od tamtego dnia wszystko, co robiłam przez pół wieku, ustawia mi się w jednym rzędzie i przestaje być zbiorem osobnych umiejętności. Siedzenie w zen — to było uczenie się utrzymywania tonu przez godziny. Ustawienia rodzinne — to jest rezonans całych systemów, gdzie obcy człowiek postawiony w kręgu zaczyna drgać na częstotliwości cudzej babki, bo w tym polu nie ma izolacji. Regresing — to było gwałtowne dostrojenie do własnego, dawno zgubionego tonu, aż do bólu. Ręce na cudzych plecach — to jest szukanie miejsca, w którym drganie idzie osobno. Czwartkowe Szlaki — to jest dostrajanie się do miejsc starszych o tysiąc lat. Szkoła — to jest podawanie kamertonu dalej. Wszystko to jest jedną robotą i przez trzydzieści lat robiłam ją, nie wiedząc, że ma jedną nazwę.

I trochę mi żal, że tak późno. A zaraz potem myślę: nie, dokładnie na czas. Gdybym dostała to zdanie w wieku trzydziestu lat, byłoby ładne i puste, jak wszystkie zdania, których się nie ma czym wypełnić. Teraz mam pod nim trzydzieści lat cudzych ciał i wiem, co znaczy każde jego słowo.

Jest wieczór. Za dwadzieścia minut mam sesję zdalną. Człowiek, z którym pracuję, jest teraz w drodze — jedzie samochodem przez noc, kilkaset kilometrów stąd, i będzie jechał przez cały czas, kiedy ja będę pracować. Robiłam to już wiele razy i wciąż mnie to zdumiewa. On się porusza, ja jestem nieruchoma. Ja siedzę na piątym piętrze w wieży nad ziemią, a on znajduje na swojej trasie krzyż.

Nie potrzebuję jego twarzy ani jego głosu, i to jest rzecz, w którą najtrudniej uwierzyć komuś z zewnątrz. Potrzebuję jego sygnatury — tego jednego, niepodrabialnego śladu, po którym rozpoznaję go tak, jak rozpoznaje się czyjeś pismo na kopercie, zanim się ją otworzy. Sygnatura nie zależy od odległości. Nie robi jej ani mniejszą, ani słabszą fakt, że on jest teraz o kilkaset kilometrów stąd i mija właśnie jakąś stację benzyną. Dwieście kilometrów jest odległością dla ciała. Dla pola to nie jest żadna liczba.

Przygotowuję się. Włączam sprzęt, dwa monitory zapalają się jeden po drugim, wentylator bierze pierwszy oddech. Sprawdzam kable — kable są ważne, przez lata tego nie rozumiałam i wysiadały mi korki. Teraz mam podpory. Metal, kryształy, kable, głośniki, rezonatory rozstawione tam, gdzie same chciały stać. Metalowa korona leży na swoim miejscu. To wszystko wygląda jak zbieranina przedmiotów, a jest układem, który sprawdzałam latami metodą prób i przepalonych bezpieczników. Dbam też o ciało: mam swoją dietę, jedzenie, które trzeba osobno kupić i osobno przygotować, i ćwiczenia, których nie odpuszczam. Organizm, przez który to przechodzi, musi być prowadzony jak instrument. Bywa, że w środku operacji rozgrzewam się tak, że muszę otworzyć okna, żeby nie przepalić się od środka.

Ten spis brzmi śmiesznie i wiem o tym. Kobieta w moim wieku sprawdza przed pracą kable i przekłada metalową koronę o dwadzieścia centymetrów w lewo. Ale ja to wszystko wypracowałam na własnym mieszkaniu i na własnym ciele, latami, i mam do tego dowody bardziej prozaiczne, niż bym chciała: wybite korki, ciemność w całym mieszkaniu w środku sesji, pacjent na stole i ja szukająca po omacku skrzynki na klatce schodowej. Energia idzie po tym, co przewodzi. Jeśli nie da jej się porządnej drogi, pójdzie po instalacji elektrycznej, bo to jest najlepszy przewodnik w tym budynku. Odkąd mam dobre podpory, przechodzi tego dużo więcej i nic nie wysiada.

O ciele muszę powiedzieć więcej, bo to jest jedyne narzędzie, którego nie da się kupić ani wymienić. Moje ciało po trzydziestym trzecim roku życia zaczęło przechodzić szybkie przemiany i nie były to przemiany przyjemne — to nie wygląda jak rozkwit, tylko jak przebudowa domu, w którym się mieszka. Coś jest rozbierane, kiedy ty akurat śpisz. Chodziło o to, żebym mogła poruszać się po mapach naprawdę dalekich i nie tracić przy tym łączności z całością. To wymaga określonej wytrzymałości układu nerwowego i określonej czystości. Stąd ta dieta, o której moi bliscy mówią, że jest przesadna, i te ćwiczenia, których nie odpuszczam nawet wtedy, kiedy mam czternaście godzin pracy. Nie robię tego dla zdrowia w tym zwykłym sensie. Robię to dlatego, że statek, którym się płynie daleko, musi mieć szczelny kadłub.

Metalowa korona jest u mnie od niedawna i jest najmłodszym z tych przedmiotów. Robiłam wcześniej korony dla cudzych misji — jedną dla misji mojego syna, jedną dla misji Surji — i to jest osobna, cicha robota, o której nie mówi się głośno, bo brzmi jak zabawa w królów. A jednak korona jest bardzo dokładnym obrazem: to jest obręcz zakładana na wysokości, na której człowiek podejmuje decyzje, i której jedynym zadaniem jest trzymać kształt, kiedy wszystko dookoła naciska. Nie chodzi o panowanie nad kimkolwiek. Chodzi o to, żeby głowa nie zmieniała kształtu pod ciśnieniem.

Wyłączam dźwięk w telefonie. Podnoszę z podłogi zeszyt i kładę go pod ręką, otwarty, choć wiem, że i tak nie będę w niego patrzeć. Piję pół szklanki wody. W pokoju robi się ta szczególna cisza, którą znam już tak dobrze, że rozpoznaję ją jak zapach — to nie jest brak dźwięku, bo za oknem jedzie samochód i sąsiad chodzi po suficie. To jest cisza, w której przestaje mnie interesować cokolwiek poza jedną rzeczą.

Siadam. Zamykam oczy. Kręgosłup prosty.

I tu przychodzi rzecz, którą chcę powiedzieć najwyraźniej ze wszystkiego, co jest w tej książce. Całe moje życie prowadziło do tego, żebym umiała siedzieć nieruchomo i trzymać pole.

Trzymać pole to jest sformułowanie, którego używam bez przerwy, więc muszę je wytłumaczyć obrazem, bo inaczej zostanie z niego sama poza. Wyobraź sobie namiot rozpięty w wietrze. Sam z siebie się nie utrzyma — trzyma się dlatego, że ktoś wbił śledzie i ktoś napina linki, i dopóki napięcie jest równe, w środku jest sucho, cicho i można w tym spać. Wystarczy, że jedna linka puści, i całość zaczyna łopotać. Pole między dwojgiem ludzi jest dokładnie takim namiotem. Ja jestem tą, która trzyma linki. Człowiek naprzeciwko może w tym czasie robić najtrudniejsze rzeczy swojego życia — płakać, dusić się, umierać po raz drugi — i nic mu się nie stanie, dopóki napięcie jest równe. Cała moja praca polega na tym, żeby nie puścić. Nie na tym, żeby coś zrobić. Na tym, żeby nie puścić przez dwie godziny.

Wszystko. Dziecko, które nie bało się ciemności i gasiło zapalone przez rodziców światło, bo przeszkadzało mu w budowaniu wewnętrznego świata. Dziewczynka, która chorowała sama w pustym mieszkaniu i sama brała leki, i nauczyła się przez to zostawać w ciele, kiedy jest źle. Jedenastolatka, która wróciła z lasu poturbowana i nie powiedziała matce ani słowa, bo bała się, że matka umrze — nauczyła się nosić rzeczy nie do zniesienia bez oddawania ich dalej. Osiemnastolatka, którą własne ciało wypychało w autobusie, aż nauczyła się nie uciekać. Kobieta, która oddała ośmioletniego syna i została w pustym mieszkaniu z materacem — nauczyła się, że da się przeżyć całkowitą utratę i nie zamknąć.

I dalej, bo lista się na tym nie kończy. Dziewczyna, która stała na peronie o dwudziestej trzeciej osiem, w marcu, w deszczu, i wołała, żeby zabrano jej tę miłość — nauczyła się, że można podjąć decyzję wbrew całemu ciału i przeżyć. Kobieta, która przez piętnaście lat mieszkała z człowiekiem, którego nigdy nie pokochała, i była mu wierna w robocie, w chorobie i w codzienności — nauczyła się wytrwałości w miejscu, które nie daje tego, po co się do niego przyszło. To jest umiejętność, której nie da się zdobyć w żaden inny sposób i której nie życzę nikomu, ale ja bez niej nie usiedziałabym dwóch godzin przy człowieku, który się przy mnie dusi.

Ta, która straciła ziemię, pieniądze i całą rodzinę męża w ciągu kilkunastu miesięcy, i przy okazji ojca — nauczyła się, że można stracić absolutnie wszystko, co się liczy na papierze, i wciąż mieć ręce. Ta, która przez lata tłumaczyła obcy tekst słowo po słowie, dwadzieścia razy przestawiając jedno zdanie — nauczyła się powolności, a powolność jest w mojej pracy tym, czym dla nurka jest wyrównywanie ciśnienia. Ta, która stanęła w kuchni pierwszego lipca i tupnęła nogą — nauczyła się, że wola jest czymś, co się wypowiada na głos, a nie czymś, co się ma.

Nic z tego nie było karą i nic nie było przypadkiem. To był trening. Każda z tych rzeczy odbierała mi jedną z podpór zewnętrznych i zmuszała do zbudowania wewnętrznej. A na końcu tego treningu jest kobieta, która potrafi siedzieć nieruchomo przez dwie godziny, kiedy przez nią przechodzi coś, czego nie da się opowiedzieć, i nie drgnąć, i nie stracić łączności, i nie przestraszyć się. Nie ma innej drogi do tego bezruchu. Nikt nie rodzi się z takim spokojem. Taki spokój jest zrobiony z przeżytych rzeczy.

I dlatego nie mam w sobie żalu, choć wiem, że czytelnik mógłby się go tu spodziewać. Żal jest właściwym uczuciem wtedy, kiedy się uważa, że coś zostało zmarnowane. Ja nie widzę w swoim życiu ani jednego zmarnowanego odcinka. Widzę program, który był realizowany po kolei, punkt po punkcie, i którego sensu nie znałam w trakcie — bo gdybym znała, nie byłby to trening, tylko ćwiczenie na sucho. Trzeba nie wiedzieć. Odwaga polega na tym, żeby przejść przez to, nie wiedząc, po co.

Mówię to swoim studentkom i widzę, że nie chcą tego słyszeć, i rozumiem je doskonale, bo sama bym tego nie chciała usłyszeć w ich wieku. Każdy przychodzący do takiej szkoły ma nadzieję, że istnieje skrót — technika, oddech, ustawienie ciała, coś, co pozwoli ominąć tę część, w której się po prostu boli. Nie ma skrótu. Zdolność do trzymania pola rośnie dokładnie w tym tempie, w jakim człowiek przerobi to, co mu się przydarzyło, i ani o dzień szybciej. Można się tego nauczyć wyłącznie na własnym życiu i to jest jednocześnie najlepsza i najgorsza wiadomość, jaką mam do przekazania. Najgorsza, bo nikogo nie da się od tego uwolnić. Najlepsza, bo to znaczy, że nic, co ci się wydarzyło, nie było wyłączone z nauki. Nawet ten najgorszy rok. Zwłaszcza ten najgorszy rok.

I dlatego mogę dziś robić rzeczy, których nie umiałabym udźwignąć trzydzieści lat temu.

Kilka tygodni temu pracowałam z Surją. To, co przyszło na stół, było jej barkiem, ale w barku był kadr: ramię wykręcane do tyłu, dół w ziemi, uduszenie. Ona mi się dusiła na stole. Ona po prostu przeżyła tamtą śmierć raz jeszcze, tę samą, i nie było mowy, żeby to przerwać w połowie. Kiedy się uspokoiła, zostało jeszcze to, co należało do mnie. W tym kadrze siedział ktoś, kto tam pozostał — sparaliżowany lękiem przed śmiercią w dole, i umarł, i został w tym nieudanym umieraniu. Więc przemawiałam do niego długo, spokojnie, żeby przyjął śmierć, żeby się uspokoił, żeby miał inne przejście niż to, które miał, bo się uwięził.

Muszę tu wytłumaczyć dwie rzeczy, bo inaczej to zdanie o duszeniu się na stole brzmi jak coś, czego nie wolno robić. Po pierwsze: nie da się tego przerwać w połowie i to nie jest kwestia mojej odwagi, tylko elementarnej uczciwości wobec człowieka. Kiedy ciało wchodzi w taki kadr, ono weszło tam po to, żeby wyjść z drugiej strony. Jeżeli je zatrzymam w środku, zostawię je w duszeniu, tylko już z moim podpisem na dole. Po drugie: przez cały ten czas ja nie robię prawie nic. Trzymam. Jestem tym drugim instrumentem w pokoju, tym, który drga na właściwej wysokości, żeby miała się do czego dostroić, kiedy będzie już mogła.

To trwa. Ona wraca powoli, najpierw oddechem, potem powiekami, potem palcami. Podaję jej wodę. Siedzimy jeszcze chwilę bez mówienia, bo mówienie w takim momencie jest jak włączenie górnego światła. A potem zaczyna się ta druga część, o której pacjenci zwykle nie wiedzą, bo ich już przy tym nie ma: praca z tym, kto został. Przemawiam długo. Wieczorem jestem zmęczona tak, jak nie bywa się zmęczonym po żadnej fizycznej robocie, i wiem, że jutro będę wolniejsza. Płaci się za to zawsze i płaci się dzień później.

Ten dół był w Piaśnicy. W lasach, w których na początku wojny zginęło tylu ludzi, że do dziś nie wiadomo dokładnie ilu. Byłam tam pierwszy raz, kiedy miałam dwadzieścia parę lat — pojechaliśmy z mężem, była akurat msza, i tam po raz pierwszy przeczytałam tę historię. Bardzo się wtedy tym przejęłam. Wyobraziłam sobie, że jestem jedną z tych osób. Miałam dwadzieścia parę lat i nie wiedziałam, po co mi to.

Pamiętam z tamtego dnia niewiele i to, co pamiętam, jest fizyczne: że było chłodno między drzewami, że głos księdza rozchodził się dziwnie, bo w lesie dźwięk nie odbija się od niczego, i że stałam z boku, jak zwykle. Nie umiałam wtedy zrobić z tym nic poza przejęciem się. Młoda kobieta w wygodnym życiu, z mężem, z pieniędzmi, z zakładami, czyta tablicę i wyobraża sobie, że jest jedną z tych osób. To mogło zostać sentymentem. Zostało zadaniem, tylko z czterdziestoletnim opóźnieniem.

Bo ten teren jest mi dziwnie znany i nigdy nie umiałam wytłumaczyć dlaczego. Jestem z Gdyni, z Sopotu, moi dziadkowie z Gdańska. Skąd u mnie Wejherowo? A jeździłam tam całymi latami, na niedziele, wiele godzin, i siadałam w różnych miejscach, i po prostu siedziałam. Swoje weekendowe warsztaty, te od piątku do niedzieli, zrobiłam w Salinie. Na odosobnienie jeździłam do Dębek — brałam kilka dni wolnego i byłam tam w listopadzie, i tam właśnie otrzymałam komunikację. Kiedyś, chodząc po Wejherowie jakby w transie, usiadłam przed przypadkowym budynkiem i wysłałam komuś jego zdjęcie, a on odpisał, że za tym budynkiem jest szkoła, do której chodził, a ja siedzę przed domem, w którym się wychował. Na ten obszar mam jakąś specjalizację. Tak to nazywam, bo nie mam lepszego słowa. Ziemia, która nosi ciężar, potrzebuje kogoś, kto usiądzie przy niej dostatecznie długo.

Te niedziele wyglądały żałośnie z zewnątrz i dlatego nikomu o nich nie mówiłam. Kobieta jedzie kilkadziesiąt kilometrów, parkuje, idzie kawałek, siada na ławce albo na trawie i siedzi półtorej godziny. Potem wstaje i wraca. Nie modli się, nie medytuje w żadnej rozpoznawalnej formie, nie robi zdjęć. Jest po prostu obecna w miejscu, w którym mało kto bywa obecny dłużej niż przez chwilę potrzebną do przeczytania tablicy. Dziś umiem to nazwać: to była praca. Ziemia, w której coś zostało zrobione ludziom, jest jak ciało po urazie — trzyma napięcie i nie umie samo puścić. Potrzebuje kogoś, kto przy niej usiądzie bez pośpiechu i bez pretensji, dostatecznie długo, żeby napięcie miało do czego opaść.

I chcę powiedzieć bardzo wyraźnie, jak o tym myślę, bo to jest teren, na którym łatwo o nieprzyzwoitość. Nie robię z tych lasów atrakcji. Nie opowiadam o tym na warsztatach jako o ciekawym przypadku i nie mam w tym ani grama dreszczyku. Miejsce, w którym ludziom zrobiono to, co im zrobiono, nie jest materiałem na opowieść — jest zobowiązaniem wobec konkretnych osób, z których większość nie ma nawet nazwiska na tablicy. Kiedy siadam przy takiej ziemi, nie przywołuję niczego i o nic nie pytam. Siedzę i jestem dostępna. Jeżeli ktoś tam został i chce przejść, to przejdzie; jeżeli nie chce, to nie moja rzecz. Cała moja rola sprowadza się do bycia otwartymi drzwiami, przy których ktoś stoi wystarczająco długo, żeby ktoś inny zdążył się zdecydować.

Listopad w Dębkach jest ciemny i pusty, i to jest najlepszy czas, jaki znam na odosobnienie. Morze jest wtedy szare i głośne, nie ma ludzi, dni są krótkie, a wieczór zaczyna się o czwartej. Siedzi się w jednym pokoju przy jednej lampie. I właśnie tam, w tej ciemności i pustce, przyszła do mnie komunikacja — nie na sali, nie na sympozjum, nie w żadnym wyjątkowym miejscu na świecie, tylko w wynajętym pokoju na polskim wybrzeżu w najbrzydszym miesiącu roku. Tak to zwykle bywa. Światło pokazuje się na ciemnym tle, bo na jasnym nie byłoby go widać.

Sesja się zaczyna. Wchodzę w pole i pierwsze, co czuję, to ruch — samochód, droga, światła z naprzeciwka. Numeruję. Rozkładam ten bałagan na osobne rzeczy i ustawiam po kolei, tak jak układa się rozsypane karty. Coś zaczyna się wyłaniać. Ręka unosi się sama, ta sama ręka, która pierwszy raz uniosła się trzydzieści lat temu nad głową kolegi leżącego na podłodze w sali pełnej płaczących ludzi. Ona wie. Nigdy nie przestała wiedzieć.

Bardzo lubię te sesje, w których człowiek jest w ruchu, bo one pokazują coś, czego inaczej nie widać. On prowadzi. Ma przed sobą pas jezdni, ma zmęczenie o tej porze i ma tę szczególną przytomność, która przychodzi kierowcom po północy. Jego uwaga jest zajęta czymś prostym i dlatego reszta jego pola stoi otworem, bez straży. To jest właściwie idealny stan do pracy — lepszy niż leżenie z zamkniętymi oczami, przy którym człowiek zaczyna sam sobie pomagać i wszystko psuje. Ja siedzę i się nie ruszam. On robi kilkaset kilometrów. Ruch jest po jego stronie, bezruch po mojej, a robota dzieje się dokładnie pośrodku, w miejscu, którego nie ma na żadnej mapie drogowej.

Numerowanie wygląda od środka tak: najpierw jest jedna wielka plama, w której wszystko zachodzi na wszystko — jego zmęczenie, droga, dom, do którego jedzie, sprawa, która go tam ciągnie, i to, co niesie po ojcu. Kiedy się w to wejdzie bez porządku, człowiek dostaje zawrotu głowy, bo mózg próbuje objąć to naraz. Więc rozdzielam. Zmęczenie osobno. Droga osobno. Ojciec osobno. Każdej rzeczy jej własne miejsce w kolejce i żadnej dwóch naraz. I dopiero wtedy widać, która z nich jest pierwsza, a to nigdy nie jest ta, o której się myślało na początku.

Coś się wyłania. To jest zawsze ten sam moment i zawsze mnie porusza: przez chwilę jest tylko szare tło i nagle wychodzi z niego kształt, jak twarz na papierze w wywoływaczu, i od tej sekundy nie da się już tego odzobaczyć. Nie ja to robię. Ja tylko trzymam uwagę i nie świecę za wcześnie.

Robi mi się gorąco. To przychodzi zawsze w tym samym miejscu pracy i już się tego nie boję — najpierw kark, potem plecy, potem cała skóra, i po chwili siedzę mokra, jakbym biegła pod górę. Wstaję i otwieram okno. Do pokoju wchodzi zimne powietrze i zapach lasu, i słychać przez sekundę samochód na dole, i wracam na poduszkę. Ciało chłodzi się samo, jak silnik, tylko trzeba mu w tym pomóc. Kiedy tego nie zrobię, przepalam się od środka i potem przez dwa dni mam gorączkę bez powodu.

Czas w tych godzinach pracuje inaczej i mówię to bez cienia przesady. Wchodzę w to na dwadzieścia minut i wychodzę po dwóch godzinach, i te dwie godziny nie mają w sobie ani jednej dłużyzny. A czasem odwrotnie: mija kwadrans, a ja wracam z wrażeniem, że byłam gdzieś bardzo długo i że przez ten czas zdążyło się wydarzyć więcej niż w zeszłym miesiącu. Bywa też tak, że rzeczy sprzed kilku tygodni robią się nagle odległe jak sprzed lat, i nie mogę na nich w ogóle skupić umysłu, jakbym przeszła skok czasu. Wtedy wiem, że coś się przesunęło na dobre.

I przez cały ten czas jest nade mną punkt nieruchomy. Tak to widzę i tak to rysuję, kiedy tłumaczę to komuś na kartce: figura o czterech rogach, trzy na dole i jeden u góry, w zenicie. Trzy rogi podstawy trzymają mężczyźni z mojego pola — na jednym para, syn ze swoją kobietą, na drugim mój strażnik, na trzecim przyjaciel, ten malarz. Na obrzeżach są Surja i Emilia. Ja jestem w środku. A na górze, w punkcie, który się nie porusza, kiedy cała ta konstrukcja wiruje wokół pionowej osi, jest Paweł. Czekałam na ten punkt bardzo długo, czasem wydawało mi się, że zbyt długo, i dziś rozumiem, po co było to czekanie: czas czynił mnie dojrzalszą, żebym mogła być go godna. Bez punktu nieruchomego nad głową człowiek wiruje razem z całą figurą i nie ma jak sprawdzić, gdzie jest góra.

I w środku tego, jak zawsze, przychodzi ten moment. Przybywam na jakieś miejsce i wszystko cichnie. Ciało nieruchomieje. Jest cisza.

I wtedy widzę, kim jestem.

Jestem dwunastoletnią dziewczynką, która siedzi z boku, przy oknie, na krześle babci. Za oknem ogród pełen kwiatów. Za plecami trzy pokolenia rodziny przy okrągłym stole, gwar, brzęk łyżeczek, ktoś się śmieje, ktoś nalewa. Ciężkie gdańskie meble stoją pod ścianami. Krzesło ma wysokie rzeźbione oparcie i przez nie kręgosłup sam się prostuje. Oczy mam półotwarte. Myśli ustały. Jestem jakby ponad czasem i obserwuję to, co dzieje się w czasie — oni mówią, myślą, poruszają się, a ja siedzę nieruchomo. I tak siedzę. I tak siedzę nieruchoma. I tak siedzę nieruchoma.

Widzę wszystko naraz i wszystko z jednakową wyrazistością. Wzór na obrusie. Rękę babci, spuchniętą w stawach, kładącą na talerzyku kawałek ciasta. Kurz w słupie światła nad stołem. Rzeźbione liście oparcia wpijające mi się między łopatki, i to, że nie boli, tylko ustawia. Ciepło idące od okna po lewej stronie twarzy. Za szybą ogród, w którym za pół godziny babcia poprowadzi mnie między grządki, a ja będę pokazywała palcem, które kwiaty ma ściąć do bukietu, bo tak się u nas zawsze kończą wizyty. Zapach tego pokoju — stare drewno, wilgotna wełna, herbata. I ci wszyscy ludzie za moimi plecami, moja krew, sześcioro rodzeństwa mojej matki z rodzinami, mówiący jeden przez drugiego.

Nie jestem od nich oddzielona. To jest ta jedna rzecz, której nikt mi wtedy nie umiał powiedzieć i której sama nie umiałam nazwać przez czterdzieści lat. Siedzę bokiem, poza rozmową, i nikt się do mnie nie zwraca, ale ja nie jestem wykluczona — ja ich trzymam. Cała ta rodzina, ze swoim Wołyniem, ze swoją ucieczką, z domem po Niemcach na wzgórzu, ze swoimi zmarłymi, o których się przy stole nie mówi, jest w tej chwili wpięta w pole, które nie ma czasu. Dwunastoletnie dziecko robi to bez najmniejszego wysiłku, siedząc przy oknie z widokiem na kwiaty, i nie ma pojęcia, że cokolwiek robi.

Ta dziewczynka i ta kobieta w zielonym pokoju to jest jedna i ta sama osoba w tym samym bezruchu. Między nimi jest pół wieku, jedno małżeństwo, jedno dziecko, kilka śmierci, kilkanaście tysięcy godzin pracy i obcy język, w który weszłam przez tłumaczenie. Ale bezruch jest ten sam. Ani o jotę nie głębszy. Ona już wtedy potrafiła wszystko, co ja potrafię teraz — po prostu nikt jej nie powiedział, jak to się nazywa i po co jest. Całe to życie było jedną długą podróżą po nazwy dla czegoś, co miałam w dwunastym roku życia, siedząc bokiem do rodziny, przy oknie, z widokiem na kwiaty.

Nazwałam to potem wiecznymi momentami i wracały do mnie przez całe życie w miejscach, w których nikt by ich nie szukał. Na polach pod Kętrzynem, gdzie siadaliśmy z Jarkiem w milczeniu, na wietrze, i mijały godziny. W sali, w której dwadzieścia osób leżało na kocach i oddychało w trzech rytmach. Na poduszce, twarzą w ciszę, przez lata. Za każdym razem był to ten sam stan i za każdym razem myślałam, że właśnie go znalazłam — a to on mnie znajdował, ilekroć przestawałam się szarpać. Dwunastoletnie dziecko na krześle babci nie zrobiło nic, żeby w to wejść. Po prostu usiadło bokiem i przestało brać udział.

I to jest właściwie cała treść tej książki, więc mogłabym ją tu skończyć. Nic nie zostało zdobyte. Wszystko zostało rozpoznane. Człowiek nie idzie po nowe — idzie po słowa na to, co przywiózł ze sobą, i to szukanie zajmuje mu życie, bo słowa leżą rozrzucone po całej drodze, jedno w Gdyni, drugie na peronie w deszczu, trzecie na kocu w sali pełnej płaczących ludzi, czwarte we francuskiej książce czterdzieści lat później.

Kończę. Otwieram oczy. W pokoju jest ciemno, poza dwoma monitorami. On jedzie dalej i za kilka godzin będzie na miejscu, i napisze mi jedno zdanie, i ja z tego jednego zdania będę wiedziała wszystko.

Ktoś mógłby zapytać, czy ja nigdy nie wątpię. Wątpię, oczywiście, że wątpię — mam za sobą bardzo długie lata ateizmu i wciąż mam w sobie tamtą jedenastolatkę, która na lekcji religii stwierdziła, że to wszystko ściema, i wyszła. Ona się we mnie nie rozpuściła. Ona siedzi z tyłu i patrzy krzywo, i dobrze, bo dzięki niej nie połknęłam po drodze ani jednej rzeczy, która nie działa. Ale wątpliwość ma u mnie swoje miejsce i swoją porę: przed pracą i po pracy. W trakcie nie ma jej wcale, i to nie dlatego, że jestem taka pewna, tylko dlatego, że tam po prostu nie ma miejsca na dwie rzeczy naraz. Człowiek trzymający linki nie zastanawia się nad naturą namiotu.

Zawsze tak jest. Nie potrzebuję sprawozdania, nie proszę o szczegóły, nie każę nikomu opisywać, co czuł. Przychodzi jedno zdanie, czasem zupełnie banalne — że dojechał, że była mgła, że coś się wydarzyło po drodze — i w tym zdaniu, w jego rytmie, w tym, co zostało w nim postawione na początku, a co na końcu, jest wszystko, co potrzebuję wiedzieć. Ludzie zdradzają się rytmem, nigdy treścią.

Wstaję i idę do kuchni nastawić wodę. Nogi mam ciężkie, głowę lekką — tak jest zawsze po pracy. Ostatnie noce prawie lewituję; czuję lekkość i świetlistość, i wiem, że to brzmi jak przechwałka, a jest sprawozdaniem z ciała. Za oknem, nad Łysą Górą, niebo ma tę barwę, której nie umiem nazwać o tej porze roku. To ten sam las, w którym miałam dziewięć lat i uważałam, że weszłam do piekła.

Stoję przy czajniku i patrzę w tamtą stronę, i to mnie za każdym razem trochę bawi. Piekło się nie przeprowadziło. Ja się nie przeprowadziłam. Dziewięcioletnie dziecko wysadzone tu z samochodu, któremu odcięto naraz balet, morze, kasyna, podwórko, przyjaciółkę i bliskość matki, patrzyło w te same drzewa i widziało koniec świata. Mieszkam pod tym lasem od tamtego dnia. Nie uciekłam ani razu, choć miałam po drodze pieniądze i możliwości, i choć kilka tygodni temu ktoś bardzo starannie namawiał mnie, żebym sprzedała wszystko i wyjechała. Zostałam w jednym punkcie na mapie i przerabiałam go od środka przez pół wieku, aż zmienił znak. To jest chyba jedyna rzecz, którą umiem doradzić komukolwiek: nie przeprowadzaj się przed czasem. Bardzo często to nie miejsce jest piekłem.

Nie tęsknię za niczym. To jest chyba najdziwniejsza rzecz w moim wieku i najmniej oczekiwana. Nie tęsknię za Gdynią i za kasynami, za ogrodem babci, za mężem, za pieniędzmi, za tamtymi polami pod Kętrzynem. Wszystko to jest we mnie, całe, na swoim miejscu, i nic z tego nie zostało wykluczone — a nauczyłam się przecież, że wykluczanie jest jedyną prawdziwą destrukcją. Więc przyjęłam wszystko. Także to, co bolało najbardziej. Także tamten płaszczyk z trudnymi guzikami.

Moja mama żyje. Mieszka w domu, który wybudowali z ojcem na tamtej ziemi, tej samej, na której stał dom babci, i który ojciec zostawił w stanie surowym, a ona wykończyła sama. Ma bystry umysł i nic jej się nie miesza. Uprawia ogród i kocha kwiaty. Ta kobieta, która darła mi zeszyty i której bałam się bardziej niż kogokolwiek na świecie, chodzi teraz między grządkami dokładnie tak, jak chodziła jej matka, i wskazuje palcem, co ma być ścięte. Ja tego nie tłumaczę. Ja to po prostu stwierdzam, tak jak się stwierdza, że rzeka wróciła do starego koryta. Siostra jest przy niej na co dzień. Ja robię swoje z daleka, po swojemu, i czasem pracuję nad jej zdrowiem zdalnie, o czym ona wie mniej więcej tyle, ile chce wiedzieć.

Mój syn ma swoje życie, poukładane lepiej niż moje w jego wieku. Trzynasty rok pracuje w zawodzie, w którym jest dobry, wieczorami robi swoją muzykę, mieszka przy lesie. Jest z kobietą, która od sześciu lat jest przy nim i która przychodzi do mnie regularnie na masaże i operacje, więc mam ich oboje pod ręką i widzę, jak się dostrajają — on i ona, dwie strony tej samej figury. Uczę się od niego strategii, naprawdę się uczę: on po prostu miał plan i konsekwentnie go realizował, a ja nigdy w życiu nie miałam planu. Ja utrzymuję równowagę i ufam, że każdy następny dzień będzie mnie prowadził. To są dwa różne sposoby przechodzenia przez świat i podziwiam ten jego, bo mnie nie był dany.

Jarek maluje. Jego głowy — te dwie, kobieca i męska, w coraz to innych ustawieniach — pojechały w świat na okładkach książek i przyjaźń z nim jest dziś czymś, czego się nie tłumaczy, bo przetrwała rozwód, rodziny, jego małżeństwo i pół wieku życia. Z całej tamtej rodziny został mi tylko on. Nie żałuję ani jednego dnia, ani jednego pola pod Kętrzynem, ani jednego milczenia na tych polach.

A ci, którzy odeszli, są tak samo na swoim miejscu. Ojciec, który umarł w swoim ogrodzie, nie doczekawszy własnego domu. Babcia Maria, po której noszę drugie imię i po której mam kwiaty. Ta druga babcia, której nie pamiętam wcale, a z którą coś mnie łączy tak wyraźnie, że wyszło to w kręgu obcych ludzi. Wszyscy oni są w polu i pole jest cieplejsze, dlatego że tam są. Nie ma tęsknoty, kiedy nie ma odległości. Tęsknota jest miarą dystansu, a mnie ten dystans po prostu zniknął — nie dlatego, że ich zapomniałam, tylko dlatego, że wszystko wróciło do wspólnego drgania.

I zostały mi kwiaty. To jest najprostszy dowód na to, że nic się w człowieku nie gubi. Babcia po każdej wizycie brała mnie za rękę i szłyśmy do ogrodu przed domem, a ja wskazywałam palcem, co ma być ścięte do bukietu — i to był cały mój udział, wskazywanie palcem, a ona ścinała. Nie ma jej od bardzo dawna. Dom stoi, tylko mieszkają w nim inni z nas. A ja przez pół wieku, w każdym mieszkaniu, w każdym okresie, także w tych latach, kiedy nie miałam pieniędzy na nic, zawsze miałam kwiaty. Na balustradzie balkonu mam nawet kwiaty naklejone, wyblakłe od słońca, którymi zaznaczyłam sobie granice pracy. Nikt mi tego nie kazał. Ta ręka wskazująca kwiaty jest tą samą ręką, która unosi się dziś sama nad cudzym ciałem, i podejrzewam, że to jest w gruncie rzeczy ten sam gest: pokazać, co ma być wzięte.

Biel zawiera wszystkie rozszczepione kolory. To zdanie chodzi za mną od dawna i dopiero teraz rozumiem je do końca. Biel nie jest brakiem barwy ani jej wyrzeczeniem. Biel jest tym, co zostaje, kiedy wszystkie kolory wrócą do siebie i przestaną się kłócić o pierwszeństwo. Ametyst tamtej miłości. Cynober tamtych dwóch dni na podłodze. Szafran sali z butami przy drzwiach. Rdza tamtego roku. Malachit trzydziestu lat rąk. Lazur książki. Złoto szkoły. Wszystkie są w tym świetle, które teraz pada z monitora na moje dłonie, i żaden nie jest osobno.

Rozszczepić światło jest łatwo. Wystarczy szkło i chwila. Trudne jest to drugie — zebrać z powrotem wszystkie rozbiegnięte barwy w jedną wiązkę tak, żeby żadna nie została po drodze. Do tego potrzeba całego życia i sporo się przy tym płaci. Ale wtedy jest jasno i to jest jedyna jasność, do której mam zaufanie: nie ta, która świeci, bo odcięła sobie ciemne kolory, tylko ta, która świeci, bo nie odcięła żadnego.

I dlatego siedzę teraz wieczorami i nagrywam. Opowiadam swoje życie po kolei, od Pułaskiego, przez tramwaj, przez peron w deszczu, przez wszystkie te lata rąk, aż do tego pokoju, w którym siedzę teraz. Zaznaczam te nagrania osobnym znakiem, żeby ich nie pomylić z resztą. Robię to, bo opowiadając, dokonuję odkryć: łączę fakty w przyczyny, widzę linie, których w środku życia nie widać. To jest to samo, co robię ludziom na stole, tylko wykonane na sobie. Scalam. Biorę fragmenty przeszłości i wpinam je z powrotem w jedno pole, aż przestają drżeć osobno. Ta książka jest tym scalaniem. Nie jest pamiątką i nie jest pomnikiem — jest robotą, ostatnią z tych, których się jeszcze nie nauczyłam.

A najbardziej wdzięczna jestem za rzecz, o którą nigdy nie prosiłam i której przez większość życia nie umiałam docenić: że mnie nie oszczędzono. Że nikt nie wziął ode mnie tego lasu, tej przeprowadzki, tego jedenastego roku, tych piętnastu lat bez miłości, tego rozwodu, tej pustej ściany, przy której stał materac. Gdyby mnie oszczędzono, byłabym dziś miłą kobietą po siedemdziesiątce z ładnymi wspomnieniami i nie miałabym czym trzymać nikogo, kto się dusi. Wszystko, co mam do dawania, jest zrobione z tego, co mi zabrano. To nie jest pociecha dla kogoś, kto jest w środku swojego najgorszego roku, i nigdy nie mówię tego komuś, kto jest w środku. Mówię to na końcu książki, z kuchni, przy czajniku, jako sprawozdanie kobiety, która przeszła całą trasę i doszła.

Woda się gotuje. Jutro rano mam pacjentkę o dziesiątej, w czwartek Szlak Światła, w sobotę Region 02. Jest pracy dosyć i będzie jej dosyć na tyle lat, ile dostanę.

I tak siedzę. I jest dobrze.

Wiersz

Wszystko dostraja się do wszystkiego —
świat jest jednym wielkim pudłem rezonansowym
i nawet to, co wypadło z tonu,
drży, żeby wrócić.
Nie muszę niczego naprawiać.
Wystarczy, że zabrzmię czysto
i wytrzymam nieruchomo, aż reszta usłyszy.
Na końcu wszystkie barwy wracają do siebie
i wtedy widać, czym jest biel:
nie brakiem koloru,
lecz zgodą wszystkich naraz.
Nic nie zostało wykluczone.
Nawet ja.
Dlatego jest tak jasno.

Naraz

zwrotka
Kładłam rok na roku, jeden na drugim,
pewna, że w środku w końcu zrobi się ciemno.
Nie zrobiło się.
Im grubsza warstwa, tym więcej światła przechodzi.
Nikt mi tego nie umie wytłumaczyć.
Ja też nie umiem. Po prostu tak jest.
refren
Nie prostuję już niczego.
Nie poprawiam, nie tłumaczę, nie zamykam drzwi.
Stoję, gdzie stoję.
A wszystko po kolei przychodzi samo.
zwrotka
Najgorszy rok został we mnie pestką.
Twardy, gorzki, nie do rozgryzienia,
i to on trzyma cały kształt.
Gdyby mi go ktoś wtedy wyjął z litości,
zostałaby po mnie skórka i trochę soku.
Nie dziękuję mu. Ale go nie oddam.
refren
Nie prostuję już niczego.
Nie poprawiam, nie tłumaczę, nie zamykam drzwi.
Stoję, gdzie stoję.
A wszystko po kolei przychodzi samo.
zwrotka
Idą ludzie ulicą, każdy ze swoim nienaprawionym,
i nie wiedzą, że stoją w jednym szeregu.
Kiedy jeden stanie prosto,
całej reszcie po kolei prostują się plecy.
Nikt tego nie widzi.
Idzie i tak.
most
Myślałam, że wszystko naraz musi zrobić hałas.
Wszystko naraz robi światło.
Nie mam już czego odkładać na bok,
nie mam już nikogo do odesłania.
Stoję w środku wszystkiego, z czego jestem,
i pierwszy raz nie mrużę oczu.
refren
Nie prostuję już niczego.
Nie poprawiam, nie tłumaczę, nie zamykam drzwi.
Stoję, gdzie stoję.
Wszystko już przyszło.
Kontakt do Anny i do autora · szukamy wydawcy