Rozdział VIII

Indygo

Spokojna, wycofana dziewczyna staje się rozedrgana i nadpobudliwa. O nagłej zmianie, której nikt nie umiał wytłumaczyć, i o tym, jak wygląda z zewnątrz, gdy w środku zaczyna się coś ruszać.

Rozdział odpowiada na pytania

Posłuchaj tego rozdziału — lektor czyta, słowo podświetla się w rytm lektury.

Do szesnastego roku życia byłam kimś. Potem przestałam nim być.

Nie umiem tego opisać inaczej i przez lata szukałam lepszego zdania, ale nie ma lepszego. Gdzieś koło szesnastu, siedemnastu lat zaczęłam być osobą nadpobudliwą. Zmieniłam się bardzo. Osobowość. Po prostu byłam rozedrgana, pobudliwa. Ktoś, kto był spokojnym, wycofanym, uważnym dzieckiem, ktoś, kto potrafił siedzieć bez ruchu godzinami — zaczął drżeć.

Zwracam uwagę na to, jak ostry jest ten kontrast, bo w nim mieści się cała treść tego rozdziału.

Cztery, pięć lat wcześniej siedziałam nieruchomo przy oknie w domu na wzgórzu, przez czas, którego nie umiem zmierzyć, i nie było we mnie ani jednego drgnienia. Ciało trzymało pion bez wysiłku. Oddech schodził nisko. Wszystko, co się we mnie działo, działo się w kierunku dołu i środka.

A potem to samo ciało zaczęło się rozbiegać na wszystkie strony i przestało chcieć stać w miejscu nawet przez trzy przystanki.

Przez długi czas myślałam, że to są dwie różne rzeczy — że najpierw był dar, a potem przyszła choroba. Dziś jestem pewna, że to była jedna rzecz w dwóch fazach. Coś, co w dwunastoletnim ciele mieściło się jeszcze spokojnie, w ciele szesnastoletnim przestało się mieścić.

Bo między dwunastym a szesnastym rokiem ciało kobiety jest przebudowywane od podstaw. To nie jest dodanie kilku centymetrów. To jest zmiana całego układu: inna gospodarka, inny rytm, inna gęstość, inne przewodzenie. I jeśli w tym ciele coś już przedtem było — jakiś nadmiar, jakieś napięcie, jakieś przewodzenie ponad normę — to podczas takiej przebudowy nie zostaje na swoim miejscu grzecznie.

Ono się uwalnia.

To nie było dojrzewanie w tym sensie, w jakim się o nim mówi. Nie chodziło o humory, o bunt, o pryszcze, o pierwsze zakochania. Coś przyszło do ciała i zaczęło nim potrząsać.

Trzeba to precyzyjnie oddzielić, bo cały mój problem z dorosłymi w tamtych latach polegał na tym, że oni tego nie oddzielali. Dziewczyna w tym wieku ma prawo być rozdrażniona, mieć nastroje, płakać bez powodu, zamykać drzwi. Wszyscy o tym wiedzą i wszyscy to wliczają. Więc kiedy przychodzę i mówię, że dzieje się ze mną coś, czego nie rozumiem, dostaję w odpowiedzi łagodne spojrzenie i informację, że to przejdzie.

A to nie było z tej rodziny zjawisk. Nastrój dzieje się w człowieku. Tamto działo się z człowiekiem.

Nastrój ma powód, choćby niewielki, choćby wymyślony. Tamto nie miało żadnego powodu i to była jego najbardziej charakterystyczna cecha. Przychodziło w chwili, w której nie działo się nic — kiedy stałam, kiedy jechałam, kiedy siedziałam na lekcji — i nie było w tym absolutnie żadnej treści. Nie bałam się czegoś. Nie byłam z czegoś powodu poruszona. Ciało po prostu zaczynało pracować w innym trybie.

Straciłam wtedy kogoś i długo nie umiałam powiedzieć kogo.

Straciłam to dziecko, którym byłam do szesnastego roku życia. Spokojne, wycofane, uważne. Takie, które umie siedzieć samo w pokoju przez pół dnia i nie potrzebuje żadnego zajęcia. Takie, które patrzy na ludzi z boku i wie o nich rzeczy, których nie ma skąd wiedzieć.

To dziecko było moim najlepszym materiałem i wiedziałam o tym, choć nie umiałam tego nazwać. Miało w sobie ciszę, na której dawało się polegać.

A potem cisza zamieniła się w drżenie i nie miałam już na czym stać.

Ludzie z zewnątrz widzieli coś zupełnie innego. Widzieli dziewczynę, która stała się żywsza, szybsza, bardziej obecna, która więcej mówi i szybciej reaguje. Nadpobudliwość z zewnątrz często wygląda jak rozkwit. Nikt nie zagląda pod spód i nie sprawdza, czy to jest energia, czy tylko przyspieszenie.

Ja w środku wiedziałam, że straciłam głębię i dostałam za nią prędkość, i że to nie jest dobra wymiana.

Nauka szła gorzej i nie dlatego, że przestałam być zdolna. Dlatego, że skupienie wymaga jednej rzeczy, której już nie miałam: żeby ciało dało spokój na czterdzieści pięć minut. Siedziałam w ławce i połowa mnie zajmowała się tekstem, a druga połowa cały czas monitorowała, czy nie zaczyna się to znowu.

Człowiek, który przez kilka lat nieustannie nasłuchuje własnego ciała, zużywa na to zdumiewającą ilość siły. To działa w tle, dwadzieścia cztery godziny na dobę, i nie da się tego wyłączyć, bo raz na tydzień okazuje się, że słusznie nasłuchiwał.

Najgorzej było w autobusie.

Bałam się wsiąść do autobusu, bo natychmiast moje ciało zaczynało pulsować, drgać, a świadomość chciała być wyrzucana z tego ciała.

Chciała być wyrzucana. To jest dokładnie to słowo i po czterdziestu latach nadal nie znalazłam trafniejszego. Nie „traciłam przytomność". Nie „mdlałam". Coś we mnie parło do wyjścia. Jakby w środku był ktoś, kto naciska na drzwi, a ja z drugiej strony trzymałam je ramieniem, bo przecież jadę do liceum i za trzy przystanki wysiadam.

Opiszę, jak to wyglądało od środka, bo nigdy dotąd tego nie zrobiłam w całości i wydaje mi się, że jestem to winna tamtej dziewczynie.

Zaczynało się od dłoni. Najpierw robiło się w nich gęsto — nie mrowienie, raczej wrażenie, że jest w nich za dużo czegoś, co się nie mieści. Potem to szło w przedramiona i do klatki piersiowej. Serce przyspieszało, ale nie tak, jak przyspiesza ze strachu; szybciej, płycej, jakby biło w innym rytmie niż reszta.

Potem pojawiał się puls tam, gdzie normalnie nie ma pulsu. W gardle. Za mostkiem. Gdzieś pod czaszką.

I dopiero wtedy przychodziło to najważniejsze, czego nie umiem opowiedzieć nikomu, kto tego nie miał: poczucie, że „ja" i „ciało" przestają być tym samym. Że są to dwie rzeczy, które dotąd były sklejone, a teraz szew zaczyna puszczać. Ciało zostaje na dole, trzyma się poręczy, ma na sobie płaszcz i teczkę. A to, co jest mną, unosi się o kilka centymetrów i napiera na sufit czaszki.

Nie ma na to języka w polszczyźnie ani w żadnym innym języku, który znam. Wszystkie dostępne słowa opisują utratę: mdleję, słabnę, tracę. A tam nic się nie traciło. Tam był nadmiar. Za dużo, nie za mało.

Ludzie wokół stali z teczkami, ziewali, patrzyli w szybę. Zwyczajny poranny autobus, zapach mokrych płaszczy, para na szybach. A ja trzymałam się poręczy obiema rękami i prowadziłam wewnętrzną wojnę o to, żeby zostać w ciele do następnego przystanku.

Ta zwyczajność wokół była najgorszą częścią. Gdyby coś się działo — gdyby ktoś krzyczał, gdyby był wypadek, gdyby był powód — miałabym przynajmniej ramę. Ale nie było żadnej ramy. Był poranny autobus, kierowca hamował przy każdym przystanku, ktoś się przesuwał, ktoś kasował bilet, ktoś czytał gazetę złożoną na czworo.

Świat prowadził swój normalny poranek, a we mnie odbywała się rzecz największa z możliwych, i te dwie skale nie miały ze sobą żadnego punktu styku.

Dlatego nikomu nie mówiłam nic w chwili, kiedy się działo. Nie da się odwrócić do obcego człowieka w tłoku i powiedzieć: proszę pana, ja zaraz wyjdę z ciała. Zresztą co miałby zrobić.

Uczyłam się natomiast rzeczy praktycznych i to jest to, co robi każdy, kto z czymś takim żyje: gdzie stanąć, żeby mieć oparcie na trzy strony. Przy której poręczy. Blisko drzwi, ale nie przy samych, bo przy samych ludzie się przepychają. Nogi rozstawione. Kolana miękkie, nigdy zablokowane — tego akurat nauczył mnie balet i to jedno z tamtych lat rzeczywiście się przydało.

I liczenie przystanków. Ciągle liczyłam przystanki. Trzy, dwa, jeden. Człowiek, który wie, że wysiądzie za trzy przystanki, ma zadanie ograniczone w czasie, a zadanie ograniczone w czasie da się wytrzymać.

Zdarzało się to raz albo dwa razy w tygodniu. Więc do autobusu wsiadałam po dużej dawce nervosolu.

Nervosol. Ta buteleczka z ciemnego szkła, kropelki na cukier albo do wody, zapach ziół i spirytusu, który do dziś czuję na wspomnienie. Piętnastolatka, szesnastolatka, siedemnastolatka wychodząca rano z domu z chemicznie przytłumionym układem nerwowym, żeby dojechać na lekcje.

Kropelki liczyło się na kostce cukru i patrzyło, jak wsiąkają. Cukier robił się w tym miejscu ciemniejszy i przezroczysty. Smak był ostry, ziołowy, spirytusowy, gorzki pod spodem, i przez pierwszą chwilę palił w gardle.

Potem czekało się kilkanaście minut, aż zacznie działać. To czekanie miało w sobie coś upokarzającego, czego wtedy nie umiałam nazwać: stałam w przedpokoju i czekałam, aż będę mogła wyjść z domu.

Bo o to właśnie chodziło. To nie był lek na chorobę. To była przepustka. Dawka, po której świat robił się o jeden stopień dalszy, tępszy, mniej dotykalny — i dopiero wtedy dawało się w niego wejść.

Nikt tego nie kontrolował i nikt nie liczył. Ja sama zwiększałam dawkę, kiedy widziałam, że przestaje wystarczać, i robiłam to z zimną, praktyczną logiką dziecka, które od dziewiątego roku życia zarządza domem. Skoro dziesięć kropli nie wystarczy, to biorę więcej. Trzeba dojechać do szkoły. To jest do załatwienia.

I tak przez kilka lat.

Największą stratą nie były same ataki. Największą stratą było to, że przestałam ufać własnemu ciału. Do szesnastego roku życia moje ciało było najlepszą rzeczą, jaką miałam — wyszkolone, posłuszne, pewne. Umiałam nim stać. Umiałam nim milczeć. Potrafiłam siedzieć w bezruchu tak długo, że zapominało się o czasie.

A potem to samo ciało zaczęło mnie zaskakiwać dwa razy w tygodniu i przestałam wiedzieć, czy jutro rano zawiezie mnie do szkoły, czy nie.

Człowiek, który przestaje ufać własnemu ciału, traci grunt na zupełnie innym poziomie niż ten, kto traci dom albo pieniądze. Bo z domu można się wyprowadzić. Z ciała nie.

Raz to się stało u mamy.

Byłam w przychodni, w tym budynku, który znałam całe życie, pełnym ludzi w białych kitlach. Zaczęło się jak zwykle, tylko mocniej. I wtedy moja twarz zrobiła się sina.

Jest w tym pewna ironia, którą zauważyłam dopiero po latach. To był jedyny budynek na świecie, w którym takie zdarzenie miało teoretycznie najlepsze możliwe warunki. Przychodnia. Lekarze na miejscu. Sprzęt. Leki w szafie. Moja matka, pielęgniarka zabiegowa, o dwoje drzwi dalej.

Lepszych warunków nie było i wynik był taki, jaki był.

Nie pamiętam samego szczytu tego. Pamiętam za to coś innego, coś, co się we mnie wypaliło i zostało na zawsze: pamiętam twarze przerażonych kolegów lekarzy mojej mamy.

Stali nade mną. Lekarze. Ludzie z dyplomami, z całą wiedzą, z narzędziami, z lekami w szafie. I byli kompletnie bezradni.

Widziałam ich z dołu, z bardzo szczególnej perspektywy — tej, z której człowiek patrzy, leżąc. To jest perspektywa, której się nie zapomina, bo widzi się wtedy twarze pod kątem, od spodu, i widzi się na nich wszystko, czego ludzie normalnie nie pokazują. Twarz pochylona nad leżącym nie jest przygotowana. Ona się nie kontroluje, bo jej właściciel zakłada, że leżący i tak nic nie zauważy.

Zauważyłam wszystko.

Zobaczyłam, jak jeden patrzy na drugiego. Zobaczyłam tę mikroskopijną chwilę, w której obaj czekają, aż ten drugi coś zaproponuje. Zobaczyłam ruch, który się zaczyna i nie zostaje dokończony, bo w połowie okazuje się, że nie ma go po co robić.

To jest moment, w którym dziewczyna traci coś, czego się już nie odzyskuje — i chodzi mi o rzecz zupełnie inną niż zdrowie. Traci przekonanie, że dorośli wiedzą. Że jest gdzieś na świecie instancja, która rozumie, co się z tobą dzieje. Leżałam i patrzyłam na ich twarze, i wyczytałam z nich, że nikt tego nie wie. Że jestem sama w środku tej sprawy.

Nie mam do nich pretensji, chcę to powiedzieć wyraźnie. Oni byli uczciwi w swojej bezradności i nie udawali. Gorsze rzeczy spotkały mnie od lekarzy, którzy udawali.

Ale coś się wtedy przestawiło i już się nie cofnęło. Do tamtej chwili wierzyłam, że istnieje ktoś, kto wie — może nie ten konkretny człowiek, ale gdzieś, wyżej, dalej, w jakiejś instytucji. Od tamtej chwili wiedziałam, że wiedzy o mnie nie ma nigdzie i że jeśli kiedykolwiek ma powstać, to będę musiała ją zrobić sama.

Ta jedna minuta na podłodze w przychodni jest bezpośrednią przyczyną wszystkiego, co robiłam potem przez czterdzieści lat. Cała moja późniejsza droga — wszystkie te szkoły, praktyki, kursy, przekłady, notatki, tysiące godzin z rękami na cudzych ciałach — jest odpowiedzią na pytanie, które zadałam sobie tam, patrząc z dołu na przerażone twarze.

Skoro oni nie wiedzą, to kto.

Orzekli, że mam po prostu jakąś nerwicę.

Nerwica. Słowo, którym w tamtych latach zamykano wszystko, czego medycyna nie chciała rozpakowywać. Nie było w nim złej woli. Było w nim to, co jest w każdej etykiecie: koniec pytań. Dziewczyna ma nerwicę, dziewczyna dostanie krople, następny pacjent.

Etykieta jest urządzeniem oszczędnościowym. Ona nie wyjaśnia — ona pozwala przestać. Dopóki zjawisko nie ma nazwy, trzeba przy nim stać i myśleć. Kiedy dostanie nazwę, można iść dalej, bo sprawa formalnie została załatwiona.

Nauczyłam się z tego czegoś, co potem stosowałam u siebie odwrotnie. Kiedy do mnie przychodzi człowiek z gotową nazwą swojego stanu, ja tę nazwę odkładam na bok. Nie zaprzeczam jej i nie odbieram nikomu diagnozy — po prostu odkładam ją na czas pracy, żeby móc zobaczyć, co jest pod spodem. Bo pod nazwą zawsze coś jest. Nazwa to jest wieko.

Ja przez kilkanaście lat żyłam pod wiekiem z napisem „nerwica" i mogę powiedzieć dokładnie, co ono robi. Ono nie boli. Ono odbiera prawo do pytania.

Jest w tym zdarzeniu jeszcze jedna warstwa, przy której zatrzymuję się do dziś, i ma ona związek z całą tą książką, nie tylko z tym rozdziałem.

To się stało w jej świecie.

Przez całe dzieciństwo tamten budynek był po drugiej stronie ulicy i był miejscem, w którym moja matka umiała wszystko. Tam trzymała cudze ramiona. Tam wołali na nią po imieniu. Tam wiedziała, co robić z ciałem, które boli, i robiła to lepiej niż inni. Ja tam bywałam często, bo chorowałam bez przerwy, i to był dla mnie dowód, że gdzieś istnieje porządek: są ludzie, którzy wiedzą, i jednym z nich jest moja mama.

A potem sama położyłam się na podłodze w tym samym budynku i okazało się, że akurat na mnie ten porządek się nie rozciąga.

Nie mam pojęcia, co ona wtedy przeżyła. Nigdy o to nie zapytałam i nie sądzę, żebym już zapytała. Wiem tylko, co to znaczy dla kobiety, która całe życie zajmuje się cudzymi ciałami, zobaczyć, że z ciałem własnego dziecka nikt nie umie zrobić nic.

Wiele lat później sama stanęłam po tej stronie. Setki razy stałam nad kimś, komu nie umiałam pomóc na tyle, na ile potrzebował. Wtedy dopiero zaczęłam się domyślać, co widziałam z dołu na tych twarzach — i zaczęłam podejrzewać, że jedna z nich mogła być twarzą, której nie zapamiętałam, bo dziecko nie ma jak zapamiętać własnej matki w takim stanie.

I żyłam z tym. Przez lata. Na studiach było jeszcze gorzej — zasypiałam na stojąco na przystankach, dostawałam zawrotów głowy, miałam wrażenie, że spadam do tyłu razem z krzesłem. Lekarka posądziła mnie kiedyś o to, że symuluję dla zwolnienia. Neurolog na studenckiej przychodni przepisał mi w końcu leki, których używa się w chorobie lokomocyjnej — bo cóż innego miał zrobić z osobą, której świat się przechyla.

Moje ciało mnie wypycha — tak to sobie w końcu nazwałam, po latach, kiedy szukałam formuły, która nie kłamie. Nie „mam zawroty głowy". Nie „mdleję". Ciało mnie wypycha. Jest we mnie coś, co się w tej formie nie mieści i co przy każdym większym natężeniu próbuje wyjść.

Zwracam uwagę na kierunek, bo w kierunku jest cała różnica.

Wszystkie medyczne opisy tamtych zjawisk zakładają ruch do środka i w dół: spadek ciśnienia, niedotlenienie, zapaść, utrata. Człowiek osuwa się, gaśnie, opada. Mój ruch był odwrotny. Mój ruch szedł w górę i na zewnątrz. To było wypychanie, wyparcie, coś, co przekracza pojemność naczynia.

I to jest w gruncie rzeczy ten sam ruch, który znałam już z krzesła babci — tylko bez warunków. Wtedy forma cicho ustępowała, bo wszystko było ustawione: pion, oparcie, cisza pod gwarem, brak pośpiechu. Tutaj to samo próbowało się wydarzyć w porannym autobusie, w ciele piętnastolatki, w pozycji stojącej, przy dwudziestu obcych ludziach.

Ta sama rzecz w warunkach, w których nie ma prawa się udać.

Trzydzieści lat później siadam do pracy i robię dokładnie to, czego wtedy nie miał kto zrobić: przygotowuję warunki. Ustawiam ciało. Ustawiam przestrzeń. Ustawiam czas. Dopiero potem otwieram.

Nikt mi tego nie powiedział, kiedy miałam piętnaście lat, i nie mam do nikogo pretensji, bo nie było komu.

Na studiach to się jeszcze nasiliło. Zasypiałam na stojąco, na przystanku, w biały dzień, opierając się o słup. Siedziałam na wykładzie i miałam wrażenie, że spadam do tyłu razem z krzesłem — całe ciało dostawało sygnał upadku, którego nie było. Jedna z lekarek posądziła mnie o to, że symuluję, żeby dostać zwolnienie. Zapamiętałam jej twarz na zawsze, bo to jest szczególne upokorzenie: chorować na coś, czego nikt nie umie zobaczyć, i jeszcze zostać za to oskarżoną o oszustwo.

Chcę przy tym zostać jeszcze przez chwilę, bo to jest doświadczenie, które ma dziś miliony ludzi i nikt go nie opisuje dostatecznie serio.

Kiedy człowiek choruje na coś widocznego, dostaje od świata rzecz bezcenną: potwierdzenie. Wszyscy widzą gips, wszyscy widzą bandaż, nikt nie dyskutuje. Choroba jest, więc można się nią zająć.

Kiedy człowiek choruje na coś, czego nie widać, dostaje coś przeciwnego. Dostaje wątpliwość. I ta wątpliwość wchodzi do środka, bo nie da się przez lata słuchać, że pewnie nic nie ma, i samemu tego nie zacząć podejrzewać.

Ja też zaczęłam. Przez pewien czas naprawdę rozważałam możliwość, że sobie to wszystko wymyślam. Że jestem po prostu przesadna, przewrażliwiona, że robię z siebie kogoś, kim nie jestem. To jest najbardziej wyniszczająca rzecz, jaka może się przydarzyć młodemu człowiekowi: stracić zaufanie do własnego świadectwa.

Odzyskałam je i mogę powiedzieć, w którym momencie.

A między tym wszystkim wydarzył się mój osiemnasty rok.

Byłam w Warszawie. Jechałam tramwajem.

Nie mam pojęcia, dokąd jechałam ani po co, i to jest chyba właściwe — takie rzeczy nie przychodzą w momentach uroczystych. Przychodzą w tramwaju, w środku dnia, kiedy człowiek jest zajęty czymś zupełnie innym.

Zauważyłam to później u wszystkich, którzy mi opowiadali o czymkolwiek podobnym, i u siebie potwierdzam bez wyjątku: takie rzeczy nie przychodzą, kiedy się je przygotowuje. Przychodzą w niczyjej godzinie. W środku dnia, w drodze, między jednym a drugim, kiedy człowiek nie robi nic ważnego i przez to nie zajmuje sobą miejsca.

Trzeba być trochę pustym, żeby coś weszło.

Najpierw straciłam wzrok.

Nie zamglenie, nie ciemność. Świat po prostu przestał być widziany w ten sposób, w jaki widzi się świat. Zniknął obraz, zniknęły przedmioty, zniknęli ludzie w tramwaju.

Powiem to jeszcze dokładniej, bo od tego zależy wszystko dalsze. Nie zrobiło się czarno. Czarno robi się wtedy, kiedy oko przestaje odbierać — i to jest doświadczenie znane, opisane, mające swoją nazwę. U mnie nie ubyło światła. Ubyło rozdzielenia.

Przestały istnieć krawędzie, którymi jedna rzecz odcina się od drugiej. Nie było już „to jest siedzenie, a to jest człowiek, a to jest szyba". Wszystko, co dotąd było osobnymi przedmiotami, przestało być osobne, a ponieważ widzenie polega w całości na rozróżnianiu, to razem z rozróżnieniem odeszło widzenie.

Forma zniknęła. Tak to u mnie zawsze wygląda i tak wygląda do dziś: nie przychodzą obrazy, tylko odchodzą kształty.

A potem, za szybą tramwaju, ujrzałam takie platynowo-srebrno-złote smugi jak promienie.

Piszę to zdanie i wiem, jak ono brzmi. Wiem, że można je przeczytać jako poetyzowanie albo jako objaw. Ale ja nie mam innego, bo tak to wyglądało. Smugi. Platyna, srebro, złoto naraz, jedno przez drugie. Nie kolorowe — świetliste. Idące ukośnie przez całe pole tego, co było kiedyś widzeniem.

Zatrzymam się przy tych trzech nazwach, bo one nie są przypadkowe i długo się dziwiłam, dlaczego wróciły do mnie akurat te.

To są trzy metale. Nie trzy barwy z palety — trzy substancje, które w naszym świecie mają jedną wspólną cechę: nie mają własnego koloru w takim sensie, w jakim ma go czerwień albo błękit. One nie pochłaniają światła. One je odbijają w całości.

Metal nie jest kolorem. Metal jest powierzchnią, na której widać wyłącznie to, co przyszło z zewnątrz.

Ja szukałam potem przez lata jakiegokolwiek innego słownika i nie znalazłam. Wszystko, co mam do dyspozycji w języku, opisuje barwy jako właściwości rzeczy. A tam nie było rzeczy, które by miały właściwości. Było samo świecenie, więc sięgnęłam po jedyne nazwy, które w potocznym języku oznaczają jasność bez barwy.

I najważniejsze — to, co zajęło mi potem trzydzieści lat, żeby zrozumieć, i o co potykają się wszyscy, którym o tym mówię:

nie miały źródła.

My jesteśmy przyzwyczajeni do światła z jednego źródła, ze słońca. Wszystko, co wiemy o świetle, wynika z tego jednego założenia: gdzieś jest lampa, a reszta jest oświetlona. Cień idzie w przeciwną stronę niż źródło. Twarze mają jasną stronę i ciemną stronę.

Proszę spróbować to sobie naprawdę wyobrazić, a nie tylko przeczytać, bo w tej próbie jest cała rzecz.

Całe nasze widzenie jest zbudowane na jednym słońcu. Nie tylko widzenie — całe myślenie. Wiemy, gdzie jest góra, bo stamtąd pada światło. Wiemy, która jest godzina, bo cień się przesuwa. Umiemy ocenić kształt przedmiotu wyłącznie dlatego, że jedna jego strona jest jaśniejsza od drugiej; gdyby oświetlić kulę równomiernie ze wszystkich stron, przestalibyśmy widzieć, że jest kulą, i zobaczylibyśmy płaskie koło.

Rzeźbiarze o tym wiedzą. Malarze o tym wiedzą. Cała nasza zdolność rozpoznawania świata bierze się z tego, że coś rzuca cień.

Nawet nasze myślenie o dobru i złu jest zbudowane na tym samym rysunku: jest strona jasna i strona ciemna, i wiadomo, skąd pada światło, więc wiadomo, gdzie leży cień.

A ono było takie, jakby źródło było wszędzie.

To jest zdanie, którego nie da się sobie wyobrazić i wiem o tym, bo próbowałam przez trzydzieści lat. Umysł nie ma na to aparatu. Za każdym razem, kiedy próbuje, dokłada gdzieś lampę — bo bez lampy nie umie zbudować obrazu.

Jedyne, co mogę zrobić, to opisać, czego tam nie było.

Nie było cienia. Nigdzie, na niczym, w żadnym miejscu.

Nie było kierunku. Nie dało się powiedzieć „stamtąd", bo nie było „stamtąd".

Nie było więc także oddalenia. Rzeczy dalekie i bliskie są takie dlatego, że światło do nich dociera z różną siłą. Kiedy źródło jest wszędzie, wszystko jest jednakowo oświetlone, czyli wszystko jest jednakowo blisko.

I nie było mnie jako punktu, z którego się patrzy. To wynika ze wszystkiego powyższego, ale zrozumiałam to dopiero po latach. Patrzenie zakłada miejsce, w którym stoi patrzący. Kiedy przestaje istnieć kierunek, przestaje istnieć również stanowisko obserwatora.

Nie umiem powiedzieć, jak długo to trwało. W tramwaju z pewnością krótko — bo tramwaj jechał dalej, ludzie stali, ktoś skasował bilet, nikt nic nie zauważył. Cały ten świat trwał sobie w najlepsze, a ja w jego środku byłam w miejscu, w którym światło nie ma kierunku.

Znowu to samo, co w domu na wzgórzu: rzecz największa z możliwych, odbywająca się w pomieszczeniu, w którym nikt niczego nie zauważa.

Zaczynam podejrzewać, że to nie jest zbieg okoliczności. Że takie rzeczy dzieją się właśnie tam — w tramwajach, przy stołach, w kuchniach, na przystankach — i że wyobrażenie, jakoby wymagały świątyni, jest jednym z najskuteczniejszych sposobów, żeby ich u siebie nie zauważyć.

Wzrok wrócił.

Wracał stopniowo i to jest jedyny fragment całej sceny, w którym da się mówić o następstwie zdarzeń. Najpierw pojawiły się z powrotem różnice — jaśniej tu, ciemniej tam. Potem z tych różnic zaczęły się składać krawędzie. Potem krawędzie zamknęły się w kształty, a kształty stały się przedmiotami i miały nazwy.

Widzenie okazało się czynnością składania. Nigdy przedtem tego nie zauważyłam, bo składanie odbywa się poniżej świadomości i człowiekowi wydaje się, że po prostu otwiera oczy i widzi.

Tramwaj jechał. Ludzie stali tak samo. Nic w tym wagonie się nie zmieniło i nikt nie zwrócił na mnie uwagi.

Siedziałam albo stałam — nie pamiętam — i pierwsze, co do mnie wróciło, to była zwyczajność. Ta niepojęta, obojętna, ciężka zwyczajność świata, który przez cały ten czas robił swoje.

Ale ja już nie wróciłam.

Byłam już innym człowiekiem. Już nie byłam takim człowiekiem jak przedtem. Tego się nie da odkręcić i nie ma sensu próbować. Można to schować, można o tym nie mówić przez dwadzieścia lat — i ja nie mówiłam — ale nie można znowu być kimś, kto tego nie widział.

Powiem, na czym polegała ta zmiana, bo nie polegała na tym, na czym ludzie się spodziewają.

Nie zrobiłam się nagle uduchowiona. Nie zaczęłam szukać, czytać, pytać. Byłam ateistką i pozostałam nią jeszcze przez wiele lat, i to bez najmniejszego wewnętrznego konfliktu.

Zmiana polegała na czymś znacznie prostszym i znacznie trwalszym: od tamtego dnia wiedziałam, że rzeczywistość jest większa niż jej opis. Nie wierzyłam w to — wiedziałam, tak jak się wie rzeczy, które się widziało. I ta wiedza leżała we mnie spokojnie przez dwadzieścia lat, nie żądając niczego, nie organizując sobie żadnej religii, po prostu będąc.

Człowiek, który raz zobaczył, że opis nie pokrywa całości, przestaje się bać ludzi, którzy mówią, jak jest.

Po powrocie zbadano mi oczy.

Siedziałam u lekarza, który zaglądał mi w dno oka, i to trwało dłużej niż zwykle, i lekarz był coraz bardziej zaciekawiony. Potem powiedziano mi, że są tam takie struktury krystaliczne, których normalnie u ludzi raczej się nie widuje, ale że nie wiedzą, z czym to jest związane.

To badanie pamiętam bardzo dokładnie w warstwie zupełnie fizycznej: ciemny gabinet, bardzo jasny punkt wprowadzany w oko, polecenie, żeby patrzeć w bok, i to szczególne uczucie, kiedy ktoś obcy patrzy w człowieka głębiej, niż się na co dzień w ludzi patrzy.

I ta cisza, która się przedłuża. Najpierw jest to cisza rutynowa. Potem robi się z niej cisza inna — taka, w której człowiek po drugiej stronie przestał wykonywać procedurę i zaczął naprawdę patrzeć.

Zapamiętałam to zdanie w całości, ze wszystkimi jego zastrzeżeniami, bo ono jest doskonałe. Uczciwy człowiek nauki mówi dziewczynie: widzę w tobie coś, czego nie widuję u ludzi, i nie mam pojęcia, co to znaczy. Nie zbywa jej. Nie tłumaczy. Nie udaje.

Po wszystkim, co przeszłam z lekarzami, ten jeden zdaje mi się dziś najważniejszy ze wszystkich, choć nie zrobił dla mnie nic i nie pamiętam nawet, jak wyglądał. On jeden powiedział prawdę o granicy swojej wiedzy, zamiast zamknąć sprawę nazwą.

Kryształy. W oku. U osiemnastolatki, która niedługo przedtem zobaczyła światło bez źródła.

Nie zamierzam z tego robić dowodu i nigdy nie robiłam, więc powiem tylko rzecz, która jest po prostu prawdą o kryształach, i zostawię ją tak, jak leży.

Kryształ to nie jest materiał. Kryształ to jest ułożenie. Ta sama substancja, ułożona przypadkowo, jest szkłem albo proszkiem; ułożona regularnie, w powtarzalnej siatce — zaczyna robić ze światłem rzeczy, których przedtem nie robiła. Załamuje je. Rozszczepia. Prowadzi w określonych kierunkach. Nic nowego nie zostało dodane. Zmieniło się wyłącznie to, jak elementy stoją względem siebie.

To jest ten sam mechanizm, o którym pisałam w poprzednim rozdziale przy kamieniu bez własnej barwy, i to jest jedyna rzecz, którą mam do powiedzenia o sobie na poziomie ogólnym. Nigdy nie dostałam żadnej substancji, której nie mają inni. Dostałam ułożenie.

Nie zrobiłam z tego wtedy żadnej teorii. Byłam ateistką, byłam licealistką z nerwicą, chodziłam na kroplach i bałam się autobusów. Odłożyłam to. Ale odłożyłam nie tak, jak się odkłada rzecz niepotrzebną, tylko tak, jak się chowa dokument, o którym się wie, że kiedyś będzie potrzebny.

I to jest chyba najzdrowsza rzecz, jaką zrobiłam w tamtych latach. Osiemnastolatka, której przydarza się coś takiego, ma dwie drogi i obie są złe. Może uznać, że jest wybrana, i wtedy przez resztę życia będzie nosiła swoje przeżycie jak legitymację. Albo może uznać, że jest chora, i wtedy odda je lekarzom, którzy zrobią z niego objaw.

Ja zrobiłam trzecią rzecz, choć nie z mądrości, tylko z braku innych możliwości: nic z tym nie zrobiłam. Włożyłam to do środka i poszłam dalej. Zdawałam egzaminy, chodziłam na zajęcia, żyłam.

Dokument leżał i czekał trzydzieści lat.

Ta rzecz zresztą nie skończyła się wtedy i muszę to powiedzieć, żeby całość miała właściwe proporcje. To trwało od dwunastego roku życia — pierwsze zwiastuny na krześle babci — przez przełom w osiemnastym, a potem falami, przez całe dorosłe życie, aż do czasów, kiedy w końcu dostałam do ręki opis, który się z tym zgadzał.

Trzydzieści lat od doświadczenia do słownika. Tyle to u mnie trwało.

Rok później, mając jakieś dziewiętnaście lat, zrobiłam rzecz, która okazała się fundamentem całej reszty mojego życia.

Podjęłam decyzję.

Powiedziałam sobie: ja muszę być niezależna od nervosolu. To nie może tak wyglądać, że dorosła kobieta nie wsiądzie do autobusu bez kropli. Nie. Ja to muszę opanować.

I jak powiedziałam, tak zrobiłam.

Opanowałam to.

Nie mam pojęcia, jak dokładnie. Nie było metody, nie było nauczyciela, nie było techniki, nie było nikogo, kto by mi powiedział, co robić z ciałem, które chce wyrzucić z siebie świadomość. Był tylko akt woli dziewiętnastolatki, powtarzany codziennie tak długo, aż ciało ustąpiło. Dziś, kiedy pracuję z ludźmi, wiem, że to jest jedna z najrzadszych rzeczy na świecie — człowiek, który wypowiada zdanie „to jest moja wola" i wobec którego rzeczywistość rzeczywiście się cofa.

Chcę powiedzieć, czym to nie było, bo boję się, że ktoś przeczyta ten fragment jako zachętę do zaciskania zębów.

To nie była walka. Walka z ciałem zawsze przegrywa i widziałam to tysiące razy. Człowiek, który walczy z własnym objawem, dokłada do niego swoje napięcie i objaw robi się silniejszy.

To było raczej postawienie sprawy. Rozstrzygnięcie. Coś, co się mówi raz, a potem już się tego nie negocjuje.

Różnica między jednym a drugim jest ogromna i całkowicie wyczuwalna, choć trudno ją opisać. Kiedy się walczy, jest się w dialogu — a każdy dialog zakłada, że druga strona ma głos. Kiedy się rozstrzyga, dialogu nie ma. Nie ma opcji. Nie ma miejsca, w którym pertraktuje się warunki.

Ja postawiłam to raz, tak jak stawia się granicę na mapie, i potem codziennie po prostu wsiadałam do autobusu.

Bez kropli. Z całym tym pulsowaniem w dłoniach, z całym tym parciem do wyjścia, z liczeniem przystanków. Nie zniknęło od razu. Nie zniknęło nawet szybko. Ale za każdym razem, kiedy wysiadałam na swoim przystanku, coś się przesuwało o milimetr w moją stronę.

Trwało to długo. Nie umiem powiedzieć ile — to nie jest rzecz, którą się mierzy tygodniami, bo nie ma dnia, w którym się kończy. Jest tylko taki moment, w którym człowiek zauważa, że od jakiegoś czasu nie myślał o tym rano.

Wtedy zobaczyłam to pierwszy raz.

I potem robiłam to jeszcze wielokrotnie, przez całe życie, w sytuacjach dużo poważniejszych niż poranny autobus, i za każdym razem działało tak samo. Postawić sprawę. Nie negocjować. Powiedzieć jedno zdanie, w którym nie ma trybu przypuszczającego.

To jest najcenniejsza rzecz, jaką posiadam, i dostałam ją, mając dziewiętnaście lat, od nikogo.

Zdarzyło mi się użyć tego zdania jeszcze niedawno, po całych dziesięcioleciach, i zadziałało tak samo, jakby wcale nie było między jednym a drugim całego życia. Przyszedł stan, w którym przestałam siebie poznawać. Chciałam zrobić rzeczy, których nie chciałam. Ktoś jakby wchodził w moje ciało i przestawiał mi w nim decyzje.

Trwało to kilka dni i było na tyle silne, że zaczęłam wykonywać ruchy w tamtą stronę.

A potem po prostu tupnęłam nogą i powiedziałam: koniec. To jest moja wola. Nie ma w ogóle takiej opcji. Nie namówisz mnie na to.

I zniknęło.

Nie ma w tym żadnej magii i nie chcę, żeby to brzmiało jak recepta, bo nie jest receptą — ludzie próbują tego codziennie i najczęściej nic z tego nie wynika. Różnica polega na tym, czy zdanie jest wypowiedziane z miejsca, w którym się rzeczywiście stoi. Można je wykrzyczeć i nic. Można je powiedzieć cicho, raz, i sprawa jest zamknięta.

Dziewiętnastolatka w przedpokoju, z buteleczką w dłoni, nauczyła mnie, gdzie jest to miejsce. Nie umiem podać do niego drogi. Umiem tylko powiedzieć, że kiedy się w nim stoi, nie ma się najmniejszej ochoty krzyczeć.

I jeszcze jedno, o czym mówię rzadko, bo brzmi to niewdzięcznie wobec wszystkich moich późniejszych nauczycieli, a jest po prostu prawdą.

Wszystko, co potem robiłam z ciałem — te wszystkie lata przygotowywania go, ćwiczeń, oddechów, diety, pilnowania, jak śpi i co przez nie przechodzi — miało jeden cel, choć bardzo długo tego celu nie znałam. Miało zbudować naczynie, które wytrzyma to, co i tak we mnie było od dwunastego roku życia.

Dziewiętnastolatka nie miała jeszcze naczynia. Miała tylko wolę i trzymała nią wszystko przez lata, sama, bez żadnego wsparcia.

Kiedy o niej myślę, nie myślę o niej z litością. Myślę o niej z szacunkiem, na jaki mało kto w moim życiu zasłużył.

Objawy nie zniknęły na zawsze. Ciągnęły się jeszcze bardzo długo, do trzydziestego trzeciego, czwartego roku życia, wracały falami. Ale zmieniło się coś fundamentalnego: przestałam być ich własnością.

To jest jedyna rzecz, którą mam do powiedzenia ludziom, którzy przychodzą do mnie z czymś, co ciągnie się latami i nie chce ustąpić. Ja im nie obiecuję, że to zniknie. Wielu rzeczy się nie da usunąć i uczciwiej jest to powiedzieć.

Ale zawsze da się zmienić to, kto jest czyją własnością.

Indygo. Najgłębszy z błękitów, na granicy fioletu, ten, który w tęczy leży tuż przed miejscem, gdzie widzenie się kończy. Barwnik dobywany kiedyś z liści przez fermentację — trzeba je było zgnić, żeby oddały kolor. Zielony liść wrzucony do kadzi, i dopiero z rozkładu wychodzi ten błękit, którego nie ma w naturze nigdzie indziej.

Warto dodać jedno, bo w tym siedzi cała gorzka precyzja tej metafory. Świeży liść indygowca nie jest niebieski i nie da się z niego wycisnąć niebieskiego. Barwnik w nim jest, ale w formie związanej, bezbarwnej — nie da się go zobaczyć ani użyć. Żeby wyszedł, liść musi się rozpaść.

I jeszcze jedno, jeszcze dziwniejsze: kadź z indygiem jest żółtozielona, a tkanina wyjęta z niej jest zielonkawa i dopiero na powietrzu, w kontakcie ze światem, w ciągu kilkudziesięciu sekund staje się niebieska. Barwa nie powstaje w kadzi. Ona powstaje przy wyjmowaniu.

Tak to u mnie działało. Rozedrgane ciało, sine usta, kropelki na cukrze, przerażeni lekarze i dziewczyna trzymająca się poręczy w porannym autobusie.

A z tego — światło, które nie ma źródła.

Wiersz

Najpierw ciało zaczęło dobijać się do wyjścia,
a ja trzymałam drzwi ramieniem,
bo za trzy przystanki miałam wysiąść.
Potem nazwali to jakimś słowem,
żeby móc przestać pytać.
I dopiero wtedy, w środku dnia,
w niczyjej godzinie, za szybą,
zjawiło się coś, co nie miało skąd padać.
Bez źródła. Bez cienia.
Bez strony jasnej i ciemnej.
Ten błękit dobywa się z liści,
które najpierw musiały się rozłożyć.
Więc rozłożyłam się
i wyszłam z tego barwą.

Pokój po mnie

zwrotka
Wyprowadziłam się z siebie w środku tygodnia.
Nikt nie pomagał. Nie było co nosić.
Na ścianie zostały jaśniejsze prostokąty
po wszystkim, czym byłam dla ludzi.
Ktoś zapytał, kim teraz jestem.
Powiedziałam: jeszcze nikt się nie wprowadził.
refren
A potem zrobiło się jasno.
Nie od okna. Nie od lampy.
Weszło od strony, której nie ma,
i stało we mnie do wieczora.
Nie pytało, kim jestem.
zwrotka
Ciało chodziło beze mnie po mieście,
wracało zdyszane i nie mówiło skąd.
W nocy siadało na brzegu łóżka
i patrzyło na mnie, aż robiło się szaro.
Nie znałam go.
Mieszkaliśmy razem.
refren
A potem zrobiło się jasno.
Nie od okna. Nie od lampy.
Weszło od strony, której nie ma,
i stało we mnie do wieczora.
Nie pytało, kim jestem.
zwrotka
Przynieśli mi słowo i położyli na stole.
Nie pasowało do niczego w tym domu,
ale było ciężkie i nic się pod nim nie ruszało.
Pytania, które latały pod sufitem,
usiadły i złożyły skrzydła.
Nie zabrało mi niczego.
Zabrało pytania.
most
Nikt mi wtedy nie powiedział,
że pusty pokój też ma swój kolor.
Że woda, w której coś stało za długo,
robi się głęboka —
i dopiero wtedy można nią malować.
refren
A potem zrobiło się jasno.
Nie od okna. Nie od lampy.
Weszło od strony, której nie ma,
i stało we mnie do wieczora.
Nie pytało, kim jestem.
Kontakt do Anny i do autora · szukamy wydawcy