Dom, pieniądze, stabilność — i jedno zdanie wypowiedziane uczciwie: nie potrafię cię pokochać. O trwaniu przy kimś, kto tego jasno nie obiecał, i o ćmie, która nie leci do światła dlatego, że jest głupia.
Zanim opowiem o kamieniu, muszę opowiedzieć o deszczu.
Bo kamień przyszedł potem i przez lata wyglądał na rzecz najważniejszą. Miał ciężar, miał zapach, miał pieniądze. Stał w moim życiu tak solidnie, że przez długi czas myślałam, że to on jest treścią tamtych lat. Nie jest. Tamte lata ustawiła jedna noc, mokry chodnik i zdanie rzucone w powietrze przez dziewczynę, która nie wierzyła, że ktokolwiek słucha.
Dziś wiem, że kolejność opowiadania nie jest ozdobą. Jeśli zacznę od granitu, wyjdzie z tego historia o pracy i o majątku, a to nie jest ta historia. Jeśli zacznę od deszczu, reszta ustawi się sama — tak jak ustawiają się rzeczy, kiedy układa się je od środka, a nie od brzegu.
Więc deszcz.
Studiowałam organizację i zarządzanie. Kończyłam drugi rok, zaczynałam trzeci. I kochałam się wtedy pierwszy raz w życiu naprawdę — tak, jak się kocha, kiedy nie ma się jeszcze żadnego doświadczenia i cała siła idzie w jedno miejsce bez podziału.
Kierunek wybrałam bez dramatu. Nie było wtedy zwyczaju pytania osiemnastolatki, do czego jest stworzona; pytano, gdzie są miejsca i co daje pracę. Poszłam tam, gdzie szło się z dobrym świadectwem i zdolnością do liczenia. Dopiero po wielu latach zobaczyłam w tym żart, który sobie ze mnie zrobiło życie: uczono mnie, jak porządkować układy. Jak rozpoznać, gdzie w organizacji jest środek ciężkości. Jak zaplanować przepływ, żeby nic się nie zapchało i nic nie zostało bez pokrycia. Chodziłam na te wykłady jako osoba, w której nic nie było uporządkowane, w której przepływ był zapchany od lat, a środka ciężkości nie umiałabym wskazać nawet pod przymusem.
Dziś robię dokładnie to samo, tylko z inną materią. Patrzę na człowieka i widzę, gdzie się układ zaciął. Gdzie idzie za dużo, gdzie nie idzie nic, gdzie ktoś został wypchnięty poza schemat i cała reszta przez to kuleje. Ta sama praca. Inny materiał. Nikt mi wtedy nie powiedział, że wykład o strukturze organizacyjnej to jest wykład o polu, tylko w bardzo grubych rękawicach.
To był Darek. Student prawa, człowiek błyskotliwy, przy którym rozwijałam się intelektualnie tak, jak nigdy przedtem — to on wprowadził mnie w historię, w myślenie, w rozmowę na poziomie, którego u siebie w domu nie miałam. Wtedy był zajęty polityką: wybrali go prezesem niezależnej organizacji studenckiej. Cały ten czas kipiał i on kipiał razem z nim.
Muszę oddać sprawiedliwość temu, co od niego dostałam, bo o tym łatwo zapomnieć, kiedy się opowiada o ranie. Przyszłam do niego z domu, w którym się nie rozmawiało o niczym poza tym, co trzeba zrobić. U mnie mówiło się: przynieś, zmyj, pilnuj, dopilnuj. A on mówił: bo widzisz, to się zaczęło wcześniej. I opowiadał. Miał tę rzadką umiejętność, że pokazywał zdarzenie razem z jego przyczyną, jakby rozkładał na stole mechanizm zegara — patrz, tu jest sprężyna, a tu jest to, co ją napina. Historia przestała być dla mnie listą dat, a stała się czymś, co ma zapach, temperaturę i logikę. Nauczyłam się przy nim myśleć zdaniami, które się gdzieś prowadzą.
Chodziłam potem po mieście i próbowałam tak myśleć sama. Wychodziło nieporadnie, ale wychodziło. Człowiek się wtedy podciąga na palcach, żeby dosięgnąć poziomu drugiego człowieka, i zostaje mu z tego kilka centymetrów na całe życie.
Moja miłość była ognista, niesamowita, przytłaczająca i pełna podziwu do tego mężczyzny.
Byłam wtedy dziewczyną, w której wszystko szło w jedną stronę naraz. Nie umiałam kochać częścią siebie. Nie umiałam zostawić sobie zapasu, odłożyć trochę na potem, zachować kawałka na własny użytek. Wszystko, co miałam, ustawiało się frontem do jednego człowieka i czekało na sygnał. Taki układ jest piękny przez pierwsze tygodnie i zabójczy przez wszystkie następne, bo nie ma w nim żadnego zaworu. Jeśli po drugiej stronie nic się nie otwiera, cała ta siła zawraca i uderza w źródło.
A on nie potrafił mnie pokochać.
Powiedział mi to zresztą wprost, uczciwie, jak człowiek, który nie chce nikogo oszukiwać: chciałbym, ale nie potrafię cię pokochać.
Pamiętam, że po tym zdaniu nie płakałam. Płacz przyszedł znacznie później, całymi miesiącami później, w zupełnie przypadkowych momentach — przy zmywaniu, w autobusie, przy otwieraniu okna. Wtedy, na miejscu, poczułam tylko, jak mi się w klatce piersiowej robi bardzo cicho. Jakby ktoś w środku wyłączył prąd i wszystkie urządzenia stanęły jednocześnie. Ciało wie wcześniej niż głowa. Głowa jeszcze próbowała negocjować, jeszcze układała, co powiedzieć, żeby to zdanie dało się cofnąć. Klatka piersiowa już wiedziała i już się zamykała.
Byłam jak taka ćma, która chce się wyrazić w tej miłości, ale nie ma z kim, bo ten człowiek jest jak lód. On był na poziomie głowy.
Ćma nie leci do światła dlatego, że jest głupia. Leci, bo tak ma ustawioną nawigację — ma się trzymać stałego kąta względem odległego źródła i wtedy leci prosto. Kiedy źródło jest blisko, ten sam mechanizm zwija ją w spiralę i wprowadza w płomień. Nie ma w tym błędu. Jest prawidłowo działający instrument w niewłaściwych warunkach. Wiele lat później, kiedy zaczęłam patrzeć na ludzkie sytuacje jak na układy sił, a nie jak na winy, ta ćma wróciła do mnie jako obraz zupełnie precyzyjny. Ja leciałam prosto. To światło było za blisko i było zimne.
Bo on nie był zły. To jest ta część, której najtrudniej się mówi, bo ludzie oczekują, że jak się kogoś tak opisuje, to na końcu będzie oskarżenie. Nie będzie. On miał zamknięte to miejsce, którym się kocha. Nie umiał go otworzyć na życzenie, tak samo jak ja nie umiałam wtedy zamknąć swojego. Dwoje ludzi z zablokowanymi zaworami, ustawionych naprzeciwko siebie — jeden nie mógł wypuścić, drugi nie mógł wpuścić. Taka konstelacja nie kończy się dobrze bez względu na to, ile w niej dobrej woli.
Trwało to półtora roku, z przerwami na kilka tygodni, na kilka miesięcy, potem znowu. I miałam w tym poczucie poniżenia. Takiego skomlenia, takiego błagania: pokochaj mnie, człowieku, odpowiedz mi na tę miłość. Żyłam z przekonaniem, że mnie nie można pokochać — nie że jego nie stać, tylko że mnie się nie da.
Te przerwy były najgorsze. Zerwanie, które trwa, ma w sobie jakąś czystość: jest cięcie, jest ból, jest gojenie. A tam nic się nie zabliźniało, bo co kilka tygodni ktoś rozchylał brzegi. Wracał, albo ja wracałam — po pewnym czasie przestało być jasne, kto do kogo — i przez parę dni znowu wyglądało to na coś, co ma szansę. Potem znowu chłód. Nauczyłam się w tamtym półtora roku żyć w stanie ciągłego nasłuchu. Ciało nie odpoczywa, kiedy nasłuchuje. Wchodziłam do mieszkania i pierwsze, co robiłam, to sprawdzałam, czy nie było telefonu. Zasypiałam ustawiona na dźwięk. Dziś, kiedy widzę u kogoś na stole taki nasłuch — te napięte barki, tę szyję wysuniętą do przodu o dwa centymetry za daleko — wiem od razu, na co patrzę i skąd to jest.
I to zdanie: że mnie nie można pokochać. Ono nie było myślą. Myśl da się odwołać. To było coś, co się wszczepiło i zaczęło pracować jako założenie — cichy dokument, na którym potem podpisywały się wszystkie moje następne decyzje. Nosiłam je w sobie latami i przez lata nawet nie wiedziałam, że je noszę, bo tak wygląda założenie: nie widać go, bo się przez nie patrzy.
A przy tym byłam mu potrzebna. Ciałem. I to jest ta część, po której zostało najwięcej: czułam się nadużyta i wykorzystana. Jak przedmiot.
Nie chodzi o żadną scenę. Nie było przemocy, nie było niczego, co dałoby się opowiedzieć jako zdarzenie. Był tylko podział, który sam się we mnie zrobił i którego nie potrafiłam zaskarżyć: jedna część mnie była przyjmowana, druga odsyłana z powrotem. Ciało brane, serce nie. I człowiek zaczyna wtedy patrzeć na własne ciało jak na coś oddzielnego od siebie — jak na przedmiot, który jest przydatny, podczas gdy on sam, ten w środku, stoi obok i czeka, aż na niego przyjdzie kolej.
Nigdy nie przyszła.
Dzisiaj wiem, jak dużo się w człowieku psuje przez taki podział, bo widziałam to potem na stole u siebie setki razy. Ludzie przynoszą mi ciała, w których jedna warstwa jest wygrzana i żywa, a druga zimna jak nieużywany pokój. I zawsze da się dojść, kiedy je rozdzielono. Zwykle nie było przy tym żadnej katastrofy. Zwykle było coś dokładnie takiego: byłaś potrzebna kawałkiem.
Znam to doświadczenie odrzucenia, kiedy serce natrafia na twardy mur niemożności. Znam je od podszewki.
Mówię o tym bez cienia żalu do niego i mówię to z pełną świadomością, ile mnie tamto kosztowało. Obie te rzeczy są prawdziwe naraz. Nauczyłam się przez lata, że w takich układach nie ma sprawcy i ofiary, tylko jest struktura, która działa dokładnie tak, jak została ustawiona, i dwoje ludzi, którzy stoją w niej na swoich miejscach i nie mają narzędzi, żeby wyjść. Narzędzia przychodzą później. Czasem po trzydziestu latach.
I przyszedł marzec.
Marzec osiemdziesiątego pierwszego roku, kiedy w Polsce wszystko stanęło na ostrzu. Zawiesili nam zajęcia na uczelni — po prostu na kilka dni odwołali studia z powodu sytuacji politycznej. Mówiło się o rozśrodkowaniach. Mówiło się, że gdyby przyszła wojna, w akademikach mają leżeć ranni. Powietrze było takie, jakie bywa w mieście, kiedy wszyscy dorośli jednocześnie ściszają głos.
Nigdy potem nie widziałam czegoś podobnego, aż do zupełnie innych czasów. Miasto wyglądało normalnie. Chodziły autobusy, otwierały sklepy, ludzie stali w kolejkach i rozmawiali o rzeczach codziennych. A pod tym wszystkim szło drugie dno, którego nie dało się nazwać, ale które słyszało się w tonacji, jaką ludzie mówili do siebie na klatkach schodowych. Ściszony głos jest zaraźliwy. Kiedy dorośli ściszają głos, dzieci przestają biegać, a dwudziestolatkowie zaczynają nagle podejmować decyzje na całe życie.
Bo to jest rzecz, o której chcę powiedzieć osobno, zanim opowiem, co się stało. W takich tygodniach ludzkie sprawy albo pękają, albo krystalizują. Nic nie zostaje pośrodku. Pole robi się gęste, jakby ktoś podniósł napięcie w całej sieci, i wszystko, co w człowieku było chwiejne, musi się w końcu przechylić na jedną stronę. Ja przez półtora roku nie umiałam podjąć jednej jedynej decyzji. Wystarczyło kilka dni takiego powietrza i podjęła się sama.
On mieszkał w akademiku nad morzem, w Sopocie, w pięknych miejscach.
To był akademik, do którego szło się pod górę, a potem stało w oknie i widziało wodę. Pamiętam korytarze, ten szczególny zapach studenckiego budynku — herbata, mokre płaszcze, kurz z kaloryferów, papierosy palone przy uchylonym oknie. Pamiętam, że tam zawsze ktoś się śmiał piętro wyżej. Miałam wtedy poczucie, którego wtedy nie umiałam nazwać, a które dziś nazwałabym natychmiast: że jestem w miejscu pięknym i całkowicie nie moim. Że stoję w cudzym polu i próbuję je nagiąć, żeby mnie przyjęło.
Nie nagnie się. Pole albo cię przyjmuje, albo cię wypycha, a wypychanie nie wygląda dramatycznie — wygląda jak ciągłe drobne zmęczenie w miejscu, gdzie inni odpoczywają.
I tam, w tym akademiku, w tych dniach, urodziła się we mnie ogromna decyzja. Że muszę to zakończyć. Że to nie jest moja przestrzeń. Że to nie jest moja dobra konstelacja i że ja do tego człowieka nie pasuję.
Użyłam wtedy w myślach właśnie tego słowa — konstelacja — i nie wiem, skąd mi się wzięło. Nie znałam jeszcze żadnego języka, w którym się takich słów używa. Nie wiedziałam, że będę kiedyś przez wiele lat pracować z układami rodzinnymi i patrzeć, jak ludzie ustawiają się wobec siebie w przestrzeni, i jak samo to ustawienie mówi wszystko, zanim ktokolwiek się odezwie. A jednak tamtego dnia moja własna głowa podała mi obraz: to nie są dobre pozycje. My dwoje stoimy źle. Nie ma znaczenia, jak bardzo się kocha, jeśli się stoi w niewłaściwym miejscu w figurze.
To była pierwsza w moim życiu diagnoza postawiona z tego poziomu. Postawiłam ją na sobie, po ciemku i bez żadnej wiedzy, i była trafna.
Wyszłam stamtąd z koleżanką ze studiów. Padał lekki deszcz. Na chodniku były kałuże i wszystko się w nich odbijało. Był mrok. Był marzec. Latarnie stały wzdłuż ulicy, a ich światła leżały na dole, w wodzie, tak samo wyraźnie jak na górze — szłam po mieście i po jego odbiciu naraz, jakby to dolne piętro rzeczywistości było równie prawdziwe.
Ten obraz mam do dziś ostry jak szkło. Deszcz był drobny, taki, który nie pada, tylko wisi; osiadał na twarzy i na włosach i nie dawał się strzepnąć. Powietrze pachniało mokrym asfaltem i morzem, tym zimnym marcowym morzem, które jest bliżej, niż się wydaje. Buty miałam przemoczone i czułam, jak zimno wchodzi przez podeszwy w stopy, i pamiętam, że to zimno było mi wtedy dziwnie przyjemne, jakby porządkowało. Szłyśmy szybko. Koleżanka coś mówiła i ja nawet odpowiadałam, i nie mam pojęcia, o czym.
Bo cała moja uwaga była na dole.
Na tych kałużach. Na tym, że światła latarni leżą w wodzie tak samo pewnie jak w powietrzu — nie jako plamy, nie jako rozmycie, tylko jako pełne, wyraźne źródła, z tą samą liczbą promieni. Szłam po ulicy, po której szła druga ulica, odwrócona. Krok stawiałam w mieście i w jego odbiciu jednocześnie. Trwało to może dwie minuty i przez te dwie minuty coś we mnie rozumiało więcej, niż rozumiałam ja.
Dziś umiem powiedzieć, co rozumiało. Że rzeczywistość ma piętra. Że to, co widzimy na górze, ma swoje dokładne odwzorowanie niżej, i że jedno idzie za drugim, i że nie da się przesunąć czegoś na jednym poziomie, żeby się nie przesunęło na drugim. Wtedy nie miałam na to ani jednego słowa. Miałam mokre buty i dziewiętnastoletnią rozpacz, i widziałam podwójne miasto.
Bardzo dużo mojej późniejszej pracy jest w tamtej kałuży. Ludzie myślą, że wiedza przychodzi w bibliotece. Przychodzi na mokrym chodniku, kiedy człowiek jest tak zdarty, że przestaje pilnować, jak ma patrzeć.
I wtedy, idąc przez kałuże, po prostu zawołałam. Nie do nikogo konkretnego, bo byłam wtedy ateistką i nie miałam żadnego adresata. Zawołałam, że dość. Zabierzcie mi tę miłość. Zabierzcie mnie z tej sytuacji.
Zawołałam w liczbie mnogiej. Zauważyłam to dopiero po latach, kiedy opowiadałam tę scenę na głos i usłyszałam własne słowa. Nie „zabierz". Zabierzcie. Ateistka, która nie wierzy w nikogo, w chwili ostatecznej zwraca się do czegoś, co jest wielością. Nie do jednego pana z brodą, w którego przestała wierzyć w wieku jedenastu lat — do jakiegoś zgromadzenia, do rady, do wielu. Człowiek nie kłamie w takim momencie. Człowiek w takim momencie mówi z tego miejsca, które wie.
To była pierwsza modlitwa mojego dorosłego życia i nie miała w sobie ani jednego pobożnego słowa. Była żądaniem. Ja nie prosiłam — ja zgłaszałam, że dłużej tego nie ma jak nieść, i że jeśli ktokolwiek to słyszy, ma to zabrać. Do dziś uważam, że to jest najuczciwsza forma zwracania się w górę i że modlitwy ładne to zwykle modlitwy nieadresowane. Ta była adresowana bardzo dokładnie, mimo że nie znałam adresu.
I odpowiedź przyszła w ciągu kilkunastu minut. To jest w tej historii najtrudniejsze do zniesienia.
Widzę tę chwilę do dziś jak kadr. Moment przesunięcia.
Nie zmiana zdania. Przesunięcie. Jakby ktoś wziął całą płaszczyznę, na której stałam, i przesunął ją o jedno pole w bok, tak że wszystkie rzeczy zostały te same, a stosunki między nimi zrobiły się inne. Znam potem takie przesunięcia z pracy — bardzo rzadkie, zawsze bez ostrzeżenia, zawsze poprzedzone tym, że człowiek naprawdę do końca odpuszcza. Nie da się ich wywołać. Można je tylko rozpoznać, jak się już wydarzą.
Weszłyśmy na peron. O dwudziestej trzeciej zero osiem wjeżdżał pociąg — jechałyśmy na kilka dni do Łomży, przez Olsztyn, z przesiadką. I w ostatniej chwili wbiegł na ten peron pewien mężczyzna. Wysoki, szczupły, przystojny.
Peron o tej porze jest zawsze taki sam: mokra jasność, w której wszystko jest widoczne i nic nie jest ciepłe. Zapach szyn, żelaza i sadzy. Wiatr, który idzie tunelem wzdłuż torów i wchodzi w rękawy. Pamiętam, że stałyśmy z walizkami i że byłam wypłukana do sucha, w tym szczególnym spokoju, który przychodzi po podjęciu decyzji — kiedy już nic nie boli, bo już nic się nie chce.
I wtedy on wbiegł. Ostatnia chwila, ten pośpiech człowieka, który wpada na peron w sekundzie, w której drzwi jeszcze są otwarte. Zapamiętałam ten ruch, nie twarz. Twarz przyszła potem.
Spędziłam z nim trzy godziny w wagonie restauracyjnym, do Olsztyna, i w ciągu tych trzech godzin postanowiłam, że ten człowiek zostanie moim mężem.
Wars nocą to jest osobne miejsce na świecie. Lampki na stolikach, obrus, który się lekko przesuwa na zakrętach, szklanka herbaty drgająca w takt szyn. Za oknem nie ma nic — czerń, w której co jakiś czas przejeżdża światło i znika, i wtedy przez sekundę widać własną twarz w szybie. Ludzie w Warsie rozmawiają inaczej niż wszędzie indziej, bo wiedzą, że za trzy godziny się rozejdą i nigdy się już nie zobaczą. To zdejmuje ostrożność. Mówi się rzeczy, których się nie mówi ludziom, z którymi trzeba potem żyć.
Rozmawialiśmy o wszystkim. On był w dobrym nastroju, wracał do matki, był ode mnie starszy i miał w sobie tę spokojną pewność człowieka, który kończy studia i wie już mniej więcej, co dalej. Ja miałam za sobą półtora roku, o którym mu nie powiedziałam ani słowa, i decyzję sprzed godziny, o której też nie powiedziałam. Byłam bardzo miła. Do dziś pamiętam, jaka byłam wtedy miła i jak sprawnie to szło.
Nie zakochałam się. Zdecydowałam. To są dwie różne czynności i ja doskonale wiedziałam, którą wykonuję: postanowiłam uciec od tamtej miłości, wiążąc się z pierwszym lepszym mężczyzną, którego postawią mi na drodze.
Chcę, żeby to wybrzmiało dokładnie, bo to jest jedno z najważniejszych zdań o mnie z tamtego czasu. Ja tego nie odkryłam po latach na terapii. Ja to wiedziałam wtedy, przy stoliku, przy herbacie. Miałam pełną świadomość, że wykonuję manewr. Że biorę żywego człowieka i wstawiam go w miejsce, w którym potrzebuję czegoś, co mnie zasłoni. Wiedziałam i zrobiłam to.
Za to biorę odpowiedzialność. Nie za to, że go nie pokochałam — tego się nie da chcieć ani nie chcieć. Za to, że użyłam człowieka jako wyjścia.
Dwie godziny rozmowy i człowiek jest już inny. Przechodzisz w nowy film. Nowi bohaterowie.
To działa na poziomie, który nie ma nic wspólnego z uczuciem. Wystarczy, że ktoś zajmie miejsce w twojej uwadze, a poprzedni obraz zaczyna blednąć — nie dlatego, że przestał boleć, tylko dlatego, że nie ma już dla niego tyle pola. Człowiek ma ograniczoną powierzchnię i wszystko, co ją zajmuje, wypycha coś innego. Na tym opiera się połowa ludzkich ucieczek i przez to samo połowa z nich kończy się źle: bo ból nie został przerobiony, tylko przykryty czymś, co samo jest żywe i ma własne potrzeby.
On jechał dalej, do Kętrzyna, do swojej mamy.
Postanowienie przyszło dwudziestego trzeciego marca. Ślub odbył się tego samego roku, dwudziestego czwartego października. Byłam wtedy w połowie studiów.
Siedem miesięcy. Kiedy dziś ktoś mi opowiada, że postanowił coś w marcu, a w październiku już to zrobił, wiem, że nie było w tym czasie ani jednej chwili prawdziwego zastanowienia. Bo zastanowienie robi przerwy, a tam nie było przerw. Był rozpęd. Człowiek, który ucieka, nie zwalnia, żeby sprawdzić kierunek — sprawdzanie kierunku jest luksusem tych, którzy nie uciekają.
Za pierwszego lepszego człowieka, który się nade mną zlitował.
To zdanie mówię o sobie od lat i za każdym razem ktoś próbuje mnie z niego wycofać — że przesadzam, że jestem dla siebie okrutna. Nie wycofam się. Ono jest dokładne. Byłam dziewczyną, której świat co jakiś czas przechylał się do tyłu, której lekarze przypisali nerwicę i która właśnie odbiła się od muru. W takim stanie nie wybiera się z miłości. W takim stanie przyjmuje się rękę.
I jeszcze jedno, o czym rzadko się mówi, kiedy się opowiada takie historie. Ja wtedy naprawdę byłam do wzięcia. Nie w sensie towarzyskim — w sensie strukturalnym. Człowiek, w którym pękła jedna wielka rzecz, przez pewien czas nie ma własnego kształtu i przyjmuje kształt naczynia, do którego go wleją. To jest okno. Trwa krótko, kilka miesięcy, czasem rok. Wszystko, co w tym oknie zostanie zdecydowane, potrafi ustawić dwadzieścia następnych lat. Dziś, kiedy widzę kogoś w takim oknie, mówię jedno zdanie: przez najbliższy rok nie podejmuj niczego, co ma trwać. Nikt mnie tego wtedy nie nauczył, bo nikt nie wiedział, że coś takiego istnieje.
Był ode mnie trzy lata starszy, kończył piąty rok handlu zagranicznego. I był w połowie Rosjaninem — to trzeba powiedzieć, bo to tłumaczy wszystko, co potem.
Jego ojciec umarł jeszcze w Rosji, kiedy mój mąż miał osiem lat. Matka została wdową z dwojgiem dzieci i przywiozła je stamtąd do Kętrzyna, do swojej rodziny. Miał dziewięć lat, kiedy wyjechali. Urodził się i mieszkał do tego dziewiątego roku życia na Syberii, w Krasnojarsku, i to jest krajobraz, którego nikt, kto go nie widział, nie potrafi sobie wystawić: przestrzeń bez końca, rzeka szersza niż wszystko, co znamy, zima, która nie jest porą roku, tylko warunkiem istnienia. On wylądował w obcym kraju bez jednego słowa w tym języku, po nagłej stracie ojca, bez kolegów, bez szkoły, bez krajobrazu, w którym wyrósł. A tutaj wyzywali go od Ruska. Upokarzali, poniżali.
Obywatelstwo polskie dostał, mając osiemnaście lat. Chcę, żeby ktoś to policzył: dziewięć lat bycia dzieckiem, potem dziewięć lat bycia obcym, i dopiero potem papier mówiący, że jest stąd.
A w tym rodzie było jeszcze więcej, niż wtedy umiałam objąć. Była w nim kobieta, Polka, którą wywieziono na Syberię, kiedy miała piętnaście lat. I była rosyjska Żydówka. Kiedy dziś patrzę na tę linię, widzę ją tak, jak się patrzy na ustawienie: dwie ogromne wywózki, dwie utraty ziemi, dwa razy odjęte miejsce, gdzie się jest u siebie. I na końcu tego wszystkiego chłopiec, którego przywożą do kraju, o którym mówią mu, że jest jego, a w którym natychmiast dowiaduje się, że nie jest.
Rody niosą to dalej, dopóki ktoś tego nie przerobi. Nie jako opowieść — jako sposób reagowania. To, co przydarzyło się prababce, wraca u prawnuka jako odruch: nigdzie nie jest bezpiecznie, więc nie otwieraj. Widziałam w swojej pracy dziesiątki takich linii i za każdym razem jest to samo: ludzie płacą rachunki, których nie zaciągnęli.
Wzięłam więc za męża człowieka pokaleczonego i wiedziałam o tym od początku. Ale nie chciałam z tego rezygnować, bo wyznaczyłam go na swojego wybawcę, a wybawcy się nie sprawdza.
To jest zresztą ogólna zasada i warto ją znać. Kiedy ktoś jest dla nas ratunkiem, przestajemy go widzieć. Widzimy funkcję. Można latami mieszkać z funkcją i nie zauważyć, że obok chodzi człowiek, który ma własną, nieopowiedzianą historię i własną, nieuleczoną ranę, i że ta rana czeka, aż ktoś ją wreszcie zobaczy. Ja jej nie zobaczyłam, bo patrzyłam z tej strony, z której się patrzy na tratwę.
Był bardzo neurotyczny. W trudnych sytuacjach zamykał się w sobie, kulił i milczał — skręcał się w kłębek, kładł na tapczanie i mijało wiele czasu, zanim powiedział, o co chodzi. Namawiałam go latami, żeby z tym gdzieś poszedł. Nigdy się nie zgodził. Te lata w Rosji były u nas tabu.
Ten tapczan pamiętam dokładniej niż większość rzeczy z tamtego mieszkania. Leżał zwrócony twarzą do oparcia, kolana pod brodą, plecami do pokoju. Cały człowiek zwinięty w pozycję, którą przyjmuje się przed urodzeniem i po ciosie. Siadałam czasem na podłodze obok, nie za blisko, i czekałam. Godzinę. Dwie. Nauczyłam się nie dotykać, bo dotyk w takim stanie odbierał jako napór. Nauczyłam się nie pytać drugi raz. To była moja pierwsza w życiu praktyka siedzenia przy kimś, kto nie chce, żeby przy nim siedzieć, i wytrzymywania tego bez ruchu.
Dziś to jest część mojego zawodu. Umiem być przy człowieku, który się zwinął, tyle czasu, ile trzeba, i nie potrzebuję od niego niczego w zamian. Uczyłam się tego na podłodze przy tapczanie, w mieszkaniu w lesie, przez wiele lat, u człowieka, którego nie pokochałam.
Życie uczy zawodu w miejscach, w których nikomu nie przychodzi do głowy szukać szkoły.
I jeszcze jedno, najcięższe.
Okłamałam go tamtego lata, kiedy się poznawaliśmy. Powiedziałam mu w pewnym momencie, że go kocham.
Nigdy go nie pokochałam. Nigdy.
Powiedziałam to zdanie, bo tak się mówi. Bo była taka chwila, w której należało coś powiedzieć, i bo to zdanie leżało najbliżej. Nie planowałam kłamstwa. Kłamstwa rzadko się planuje — najczęściej się je wypowiada z uprzejmości albo ze strachu przed ciszą, a potem żyje się z nimi dwadzieścia lat.
Nie chcę tego łagodzić. To było kłamstwo w najważniejszej sprawie, jaka istnieje między dwojgiem ludzi, i ono zafarbowało wszystko, co potem. Można zbudować dom na kłamstwie i on nawet stoi. Tylko że wszystkie ściany są odrobinę nie w pionie i przez piętnaście lat wszyscy w tym domu prostują się nieświadomie, żeby zachować równowagę, i po piętnastu latach mają krzywe kręgosłupy.
Przeżyliśmy razem piętnaście lat.
Pierwsze dwa lata przechorowałam. Naprawdę, fizycznie — stany zapalne w różnych częściach ciała, jedno po drugim, ciało rozliczające się z czymś, czego głowa już odłożyła. Leczyłam serce z miłości. A on mnie wtedy leczył i doczulał, i dał mi mnóstwo serca i troski. Tego mu nie odbiorę i nie chcę odbierać. Człowiek, którego nie pokochałam, przez dwa lata opiekował się moim ciałem, żeby wróciło do siebie.
Chorowałam po kolei, jakby ciało robiło przegląd. Gardło, zatoki, stawy, drogi moczowe, znowu gardło. Za każdym razem to samo: podniesiona temperatura, tydzień lub dwa w łóżku, antybiotyk, krótka poprawa i następne miejsce. Lekarze traktowali to jak serię przypadków. Ja już wtedy przeczuwałam, że to nie jest seria, tylko jeden proces, który wychodzi tam, gdzie akurat jest cieniej.
Dziś wiem to na pewno, bo pracuję z tym codziennie. Kiedy człowiek nie pozwala sobie na przeżycie czegoś do końca, to coś nie znika — schodzi niżej i zaczyna się odbywać w tkance. Ciało jest lojalne. Weźmie na siebie każdą sprawę, której głowa nie chce dotknąć, i będzie ją niosło tak długo, aż ktoś się wreszcie tym zajmie. Ja odłożyłam tamtą miłość jednym wieczorem, na peronie, decyzją. Ciało nie umie tak. Ciało potrzebowało dwóch lat, żeby przejść przez to, co ja odbębniłam w kwadrans.
Zapłaciłam za to zapaleniami. To był uczciwy rachunek i zapłaciłabym go jeszcze raz, gdyby to była jedyna forma płatności, jaką znałam.
Umówiliśmy się też na coś, o czym warto pamiętać, bo za kilka lat życie z tego zakpiło.
Powiedziałam mu na samym początku, że nie chcę mieć dzieci. On się zgodził, bo też ich nie chciał. Mieliśmy być małżeństwem bezdzietnym.
To nie była poza ani młodzieńcza deklaracja. To była decyzja podjęta przez siedmioletnie dziecko leżące po ciemku w kuchni na amerykance, w noc po tym, jak przestało być jedyne, i podtrzymywana potem przez lata z zimną konsekwencją. Ja nie mówiłam „raczej nie chcę". Ja to miałam zamknięte.
Jeszcze zanim to wszystko się stało, powiedziałam Darkowi coś, co wtedy zabrzmiało jak fanaberia, a co dzisiaj czytam jako jedyną trzeźwą rzecz, jaką wtedy o sobie wiedziałam. Powiedziałam mu, że czuję, że moja przyszłość to nie jest rodzina. Że ja nie będę miała rodziny. Że oddam się jakiejś pracy.
Do czego jestem przeznaczona? Nie do rodziny. Do jakiejś pracy.
Stałam na progu dorosłego życia i już to wiedziałam. I mimo to zrobiłam dokładnie to, co robią wszyscy.
Zastanawiam się nad tym do dzisiaj i nie mam na to dobrego wytłumaczenia — mam tylko obserwację. Wiedza o sobie i zdolność do postępowania zgodnie z tą wiedzą to są dwie zupełnie osobne rzeczy i między nimi bywa dwadzieścia lat drogi. Można wiedzieć wszystko i przez całe dekady robić coś przeciwnego, bo wiedza siedzi w jednym miejscu, a napęd w innym, i dopóki się ich nie połączy, wygrywa napęd.
Cała moja późniejsza praca polega właśnie na łączeniu tych dwóch miejsc.
Mniej więcej wtedy mój ojciec zdjął mundur.
Człowiek, który był kobaltem — służba, wyjazdy, pagony — zwolnił się z wojska i wziął się za kamień.
Nie pamiętam, żeby to zapowiadał. U nas w domu nie zapowiadało się rzeczy — robiło się je. Pewnego dnia okazało się, że ojciec już nie idzie do sztabu, tylko na skład, i że mundur wisi, a potem gdzieś przestaje wisieć. Wojsko było jego światem przez całe dorosłe życie i wyszedł z niego bez jednego zdania na pożegnanie, przynajmniej takiego, które by do mnie doszło. Mężczyźni z tamtego pokolenia mieli w sobie tę zdolność: zmieniali całe życie i nie komentowali tego przy stole.
Kamieniarstwo. Nagrobki. Płyty, litery, granit, lastryko, pył. Zamienił sukno na kamień, a szeregi ludzi na szeregi tablic. Czasem myślę, że to wcale nie była tak wielka zmiana, jak wygląda: cmentarz też jest miejscem, gdzie wszystko stoi w równych rzędach. Przeszedł z jednej dyscypliny w drugą.
Wojsko i cmentarz mają zresztą więcej wspólnego, niż wypada powiedzieć. Jedno i drugie jest instytucją porządkującą to, co w człowieku najbardziej nieporządne. Jedno i drugie stoi w szeregu. W jednym i w drugim liczy się, czy odstęp jest równy, czy litery mają właściwy krój i czy nazwisko zostało napisane bezbłędnie. Mój ojciec przez pierwszą połowę życia ustawiał ludzi żywych, a przez drugą — kamienie nad umarłymi, i w obu połowach robił to z tą samą starannością, z tą samą delikatnością i z tym samym milczeniem.
Bo on był delikatny. To trzeba powtórzyć, bo słowo „wojskowy" ustawia w głowie zupełnie inny obraz. Był zawsze delikatnym, czułym człowiekiem. Ten kamień nie był u niego twardością. Był tylko materiałem.
I zarobił mnóstwo pieniędzy. Miał do tego zmysł, którego nikt się w rodzinie nie spodziewał — wyszukiwał tanie ziemie, kupował, czekał, a one potem okazywały się warte wielokrotnie więcej. Robił to spokojnie, jak człowiek, który widzi układ na mapie i wie, gdzie postawić palec.
Jeździł oglądać. To pamiętam. Wracał i mówił mało, ale było widać, że wrócił skądś, gdzie stał długo i patrzył. Nie kupował tego, co było oczywiste. Kupował kawałki, na które nikt inny nie patrzył, i miał w tym rację częściej, niż wynikałoby ze szczęścia. Nie umiałabym powiedzieć, jak to robił, i nie sądzę, żeby on sam umiał. Wiem tylko, że istnieje taka zdolność: człowiek staje na kawałku ziemi i wie, czy to jest miejsce, które będzie rosło.
Dziś robię coś nie tak bardzo od tego odległego. Staję i wiem o miejscu rzeczy, których nie da się wyczytać z żadnego dokumentu. Zawsze uważałam, że wzięłam to po matce — tę energię, ten napęd. A to jest po ojcu. To jest ta cicha zdolność stania i patrzenia, aż miejsce samo powie, czym jest.
To ja przekonałam męża, żebyśmy z tego skorzystali. Mój tata był człowiekiem bogatym i zaradnym, miał firmę, a my byliśmy młodzi i nie mieliśmy nic — więc powiedziałam: idźmy tam. Najpierw wakacje jeszcze jako studenci, na składzie u taty. Potem następne wakacje. Potem już na stałe.
Skład to nie jest ładne miejsce. Skład to jest plac, na którym leży kamień w blokach i w płytach, ustawiony pod ścianą i pod płotem, poprzekładany drewnem. Jest błoto albo kurz, zależnie od pogody, i nie ma stanu pośredniego. Jest szopa, w której stoją narzędzia. Jest woda, która przy cięciu chłodzi tarczę i spływa szarą strugą, i ta struga zostawia na butach osad, którego się potem nie da doszorować. Pierwsze wakacje przepracowałam w tenisówkach i wyrzuciłam je we wrześniu.
Pamiętam dźwięk. To jest dźwięk, którego się nie zapomina — wysoki, ciągły ton tarczy wchodzącej w granit, taki, że po godzinie zostaje w uszach i słychać go jeszcze w domu, wieczorem, w ciszy. I pamiętam, że w tym hałasie ludzie porozumiewali się gestami i nikomu to nie przeszkadzało.
A potem kupiliśmy własną ziemię, bardzo tanią — to tata ją znalazł, dwa kilometry od jego zakładu — i otworzyliśmy drugi punkt. Od tej pory pracowałam na dwa zakłady.
Zakład ojca stał przy cmentarzu. To jest w tej branży rzecz oczywista i praktyczna, a jednak warto ją usłyszeć w całości: prowadziliśmy interes, którego naturalnym sąsiadem jest brama cmentarna. Klient szedł od grobu prosto do nas albo od nas prosto na grób. Nie było między jednym a drugim żadnej strefy pośredniej, żadnego korytarza, w którym można by zdjąć jedno, zanim się założy drugie.
I to nie było tak, że młoda żona pomaga w rodzinnym interesie.
Zbierałam zamówienia. Siadałam z ludźmi, którzy przed tygodniem kogoś pochowali, i ustalałam z nimi kamień, krój liter, napis, termin. Organizowałam stawianie nagrobków, umawiałam ekipy, jeździłam odbierać montaż na cmentarzu — sprawdzić, czy płyta stoi w poziomie, czy fuga jest równa, czy nazwisko się zgadza. Przyjmowałam pieniądze. Rozliczałam.
O tych rozmowach chcę powiedzieć więcej, bo one były moją prawdziwą szkołą i przez dwadzieścia lat nie wiedziałam, że nią były.
Przychodzili we dwoje albo w troje. Prawie nigdy sami. Siadali i najpierw przez chwilę nic się nie działo — patrzyli na wzorniki, na próbki kamienia poukładane jak kafelki, na katalog z krojami liter. Ktoś zawsze mówił za wszystkich, a ktoś zawsze milczał i to zwykle ten milczący był najbliżej zmarłego. Nauczyłam się ich rozpoznawać po tym, jak trzymają ręce.
I potem zaczynały się pytania, które ludzie zadają w takiej sytuacji, a które z zewnątrz brzmią absurdalnie: czy szary będzie za smutny. Czy litery złocone to nie przesada. Czy da się zmieścić trzy imiona. Czy zostawić miejsce. To ostatnie pytanie było najcięższe ze wszystkich, bo „zostawić miejsce" znaczy: przewidzieć, kto następny. Widziałam kobiety, które zamawiały płytę dla męża i tym samym ruchem ręki wskazywały pustą połowę: tu będę ja. Podawały mi swoją datę urodzenia do wykucia i patrzyły przy tym całkiem spokojnie.
Nauczyłam się przy nich rzeczy, której nie nauczyłabym się nigdzie indziej. Że człowiek w rozpaczy potrzebuje mieć coś do zdecydowania. Że wybór kroju liter nie jest błahostką — jest jedyną rzeczą, na jaką ten człowiek ma jeszcze wpływ, w sytuacji, w której nie miał wpływu na nic. Że kiedy ktoś przez dwadzieścia minut zastanawia się nad odcieniem kamienia, to nie zastanawia się nad odcieniem kamienia.
Więc siedziałam z nimi tyle, ile było trzeba. Nie poganiałam. Byłam bardzo młodą kobietą i miałam przed sobą ludzi po pięćdziesiątce, po sześćdziesiątce, i to oni czekali, aż ja im powiem, jak się to robi. Mówiłam spokojnie. Podawałam wodę. Kiedy ktoś się rozpłakał, nie odwracałam wzroku i nie mówiłam żadnego z tych zdań, którymi ludzie zatykają cudzy płacz.
Dziś nazywam to pierwszym gabinetem swojego życia. Miał kontuar zamiast stołu i wzornik zamiast rąk, ale robiłam tam dokładnie to, co robię teraz: byłam obecna przy kimś w najgorszym tygodniu jego istnienia i nie uciekałam.
Potem jeździłam na montaż. To jest inna część i ma zupełnie inny smak. Cmentarz o ósmej rano, kiedy jeszcze nikogo nie ma. Mgła nad alejkami, mokry żwir, ten szczególny cmentarny spokój, którego nie znajdzie się nigdzie indziej — spokój miejsca, gdzie już się wszystko wydarzyło. Ekipa rozładowuje, ustawia, poziomuje. Ja z poziomicą i z kartką. Sprawdzić pion. Sprawdzić fugę. Sprawdzić literę po literze, bo w nazwisku nie wolno się pomylić, a pomyłka w dacie to jest rzecz, której nie da się naprawić inaczej niż wymianą całej płyty.
Nazwisko musi się zgadzać. To zdanie chodziło za mną przez lata jako czysto zawodowy odruch i dopiero po latach usłyszałam w nim to, co w nim naprawdę jest. Ostatnia rzecz, jaką po człowieku zostaje na powierzchni ziemi, to poprawnie zapisane imię. Byłam tą, która to sprawdzała. Chodziłam po alejkach i weryfikowałam, czy imiona umarłych są zapisane bez błędu.
Pracowałam bardzo dużo. Za dużo, i wiedziałam, po co.
Poszłam w pracę, poszłam w zarabianie pieniędzy, żeby zapomnieć o tamtej nieudanej, odrzuconej miłości.
To jest jedna z najstarszych ludzkich metod i działa dokładnie tak długo, jak długo trwa dzień roboczy. Prowadziliśmy te zakłady do dziewięćdziesiątego roku. Zarabiało się bardzo dużo, zyski były ogromne, gromadziliśmy kapitał.
Dziewięć lat. Kiedy dziś to liczę, dziwię się, że tak krótko — bo w pamięci ta praca zajmuje całą dekadę i jeszcze trochę. Ale objętość wspomnienia nie mierzy się latami, tylko tym, ile się w danym czasie było naciśniętym. Dziewięć lat, w których wstawałam wcześnie, jeździłam między dwoma placami, siedziałam z ludźmi w żałobie, liczyłam, rozliczałam i wracałam do domu z pyłem we włosach.
I ani jednego dnia z tych dziewięciu lat nie spędziłam na tym, żeby zapytać siebie, czy tego chcę.
Bo o to właśnie w tym chodziło. Praca jest znakomitym schronieniem, bo jako jedyna ucieczka ma dobrą opinię. Nikt nie powie kobiecie, która pracuje po dwanaście godzin, że ucieka. Powiedzą, że jest zaradna. Człowiek dostaje pochwałę za to, że się nie zatrzymuje, i im dłużej nie może się zatrzymać, tym więcej dostaje pochwał.
Zatrzymanie przyszło dopiero wtedy, kiedy przyszło, i wtedy okazało się, że wszystko, przed czym uciekałam przez dziewięć lat, czekało w tym samym miejscu, w tej samej pozycji, nietknięte. To rzeczy odłożone mają w sobie najbardziej niepokojącego: one nie starzeją się razem z nami.
Codziennie obcowałam z materią w najcięższej z jej postaci. Kamień, którego się nie podniesie. Litery kute na zawsze. Pył na włosach, na rękawach, na papierach. Zapach ciętego granitu — mineralny, zimny, bez jednej nuty życia. I ludzie, którzy przychodzili do mnie w najgorszym tygodniu swojego istnienia i musieli przy tym wybrać czcionkę.
Ten pył wchodził wszędzie. Był bardzo drobny i miał w sobie coś z mąki, tylko że zimnej i ostrej. Osiadał na parapetach, na dokumentach, w środku szuflad, na dnie torebki. Wracałam do domu, myłam włosy i woda schodziła szara. Zimą osiadał na wełnie i płaszcz po dwóch godzinach na placu miał na sobie warstwę, którą trzeba było strzepnąć na klatce schodowej, żeby nie wnieść do mieszkania.
Przez dziewięć lat nosiłam na sobie startą materię. Codziennie. Dziś, kiedy przez wiele godzin pracuję rękami i wiem, jak bardzo ciało bierze na siebie to, w czym stoi, myślę o tamtej młodej kobiecie, która nie miała o tym pojęcia i wchodziła w to bez żadnego zabezpieczenia. Nie chodzi o kurz w płucach. Chodzi o to, że materia rozdrobniona na pył jest materią otwartą, i że stanie w niej codziennie przez dziewięć lat robi coś z człowiekiem, czego nie widać na żadnym badaniu.
A zapach ciętego kamienia to jest jedyny zapach na świecie, w którym nie ma nic organicznego. Nie pachnie ani żywym, ani martwym. Nie pachnie gniciem, nie pachnie wzrostem. Jest czysto mineralny, zimny, obcy wobec ciała. Człowiek stojący w tym zapachu przez cały dzień w pewnym momencie zauważa, że tak właśnie pachnie miejsce, w którym życia po prostu nie ma i nigdy nie było.
To jest zawód, w którym nie da się nie myśleć o śmierci, a w którym nikt o niej nie mówi, bo trzeba wystawić fakturę. Trzydzieści lat później zaczęłam pracować ze śmiercią zupełnie inaczej — rozmawiać z tym, co się w niej zacięło, przeprowadzać przez przejście. Wtedy stawiałam jej płyty.
I to nie jest ładne zestawienie zrobione po latach dla efektu. To jest dokładny opis dwóch stron tej samej pracy. Płyta jest po to, żeby zamknąć. Ma ciężar, ma pion, ma datę i ma zadanie: postawić granicę między tym, co było, a tym, co jest. Ludzie potrzebują takiej granicy, bo bez niej żałoba nie ma się o co oprzeć. Ja przez dziewięć lat wystawiałam granice z granitu.
A potem okazało się, że nie wszystko, co odchodzi, przechodzi. Że czasem coś zostaje po tej stronie, zaplątane, i że wtedy żadna płyta nie pomoże, bo problem nie jest w kamieniu, tylko w tym, co nie ruszyło dalej. I do tego trzeba było innych rąk niż te, które sprawdzają fugę.
Ale ja już wtedy w tym stałam. Człowiek jest wprowadzany w temat swojej pracy o wiele wcześniej, niż dostaje do niej narzędzia. Najpierw jest się latami w środku sprawy, nic nie rozumiejąc. Dopiero potem przychodzi umiejętność. I kiedy przychodzi, okazuje się, że wszystkie tamte lata były przygotowaniem, choć nikt nas o zgodę nie pytał.
Kiedy braliśmy ślub, rodzice kupili nam mieszkanie. A kiedy kończyliśmy studia — drugie, tuż obok pierwszego.
Nie pamiętam, żeby ktoś nas o cokolwiek pytał. U mojego ojca decyzje w sprawach materialnych zapadały gdzieś poza zasięgiem rozmowy i były komunikowane jako fakty. Załatwione. Tu jest klucz. Dostaliśmy mieszkanie tak, jak dostaje się porządny płaszcz przed zimą: bez ceremonii, bez wdzięczności wypowiedzianej na głos, po prostu dlatego, że rodzic ma dać dziecku dach.
A potem, kilka lat później, drugie. Tuż obok. Ta sama klatka, ten sam poziom.
Wtedy widziałam w tym tylko dobrą inwestycję i przezorność człowieka, który umie kupować. Dziś patrzę na to inaczej, i muszę o tym powiedzieć wprost, bo to jest jedna z tych rzeczy, po których przestaje się wierzyć w przypadki.
To są te same dwa mieszkania, w których siedzę teraz, kiedy o tym opowiadam — dziś połączone w jedno, z zielonym pokojem i z żółtym pokojem, z całą tą przestrzenią wypracowywaną przez trzydzieści lat praktykami. Świątynia, w której przyjmuję ludzi, została kupiona przez moich rodziców dla młodego małżeństwa pracującego przy nagrobkach. I stoi w tym samym miejscu, w które przywieziono mnie jako dziewięcioletnie dziecko — ten sam górny Sopot, ten sam las, ten sam beton, który nazwałam wtedy piekłem. Nigdy się stamtąd nie wyprowadziłam.
Proszę to zobaczyć w całości, bo dopiero w całości to działa.
Dziewięcioletnie dziecko zostaje przywiezione w miejsce, którego nienawidzi. Odcięto mu wszystko naraz: morze, balet, podwórko, kasyna, przyjaciółkę, bliskość matki. Dziecko staje w oknie wieżowca, patrzy na las i beton i mówi sobie, że weszło z raju do piekła. Nikt go nie pyta o zdanie i nikt mu nie tłumaczy, po co.
Dwanaście lat później to samo miejsce zostaje kupione dla niego na własność. Nie przez nie — dla niego. Bez jego udziału, znowu bez pytania.
Kolejne dwanaście lat później rozpada się jego małżeństwo, traci pieniądze, ziemię, rodzinę męża i pewność co do wszystkiego — a to mieszkanie zostaje. Jedyna rzecz, która zostaje.
I przez następne trzydzieści lat w tym właśnie miejscu, ściana po ścianie, praktyka po praktyce, buduje się przestrzeń, w której będzie się odbywać wszystko, po co ta osoba przyszła.
Kiedy się patrzy z bliska, widzi się serię wypadków i nieszczęść. Kiedy się odejdzie o czterdzieści lat i spojrzy z góry, widzi się jedną linię prowadzoną z uporem, którego nie da się przypisać nikomu z uczestników. Nikt tego nie zaplanował. Ojciec kupował ziemię, bo miał zmysł do kupowania. Ja wyszłam za mąż, bo uciekałam. Mąż wziął ziemię, bo chciał ziemi. Każdy działał z własnych pobudek, drobnych i ludzkich, a złożyło się z tego coś, czego żadna z tych pobudek nie tłumaczy.
To jest właśnie sposób, w jaki się takie rzeczy dzieją. Nie przez cud i nie przez znak na niebie. Przez ludzi, którzy robią swoje z egoistycznych powodów, i przez układ, który z tych ruchów składa figurę.
Życie robi takie rzeczy i nie pyta nikogo o zdanie. Odcina ci wszystko, przewozi cię wbrew tobie i sadza na całe życie dokładnie tam, gdzie ma być zbudowane to jedno, po co przyszłaś.
Miałam do tego miejsca żal przez wiele lat. Do wieżowca, do lasu, do windy, do klatki schodowej, w której zawsze pachniało wilgocią i cudzym gotowaniem. Ten żal wyparował dopiero wtedy, kiedy zaczęłam w tych ścianach pracować i kiedy zobaczyłam, co się z nimi przez lata stało. Bo miejsce, w którym się codziennie oddycha w jeden określony sposób, zmienia się. Wolno, przez lata, ale się zmienia. Ściany biorą. Podłoga bierze. Powietrze w pokoju, w którym przez trzydzieści lat siadano do tej samej praktyki, nie jest już tym samym powietrzem, które tam wpuszczono na początku.
To nie jest przenośnia. To jest opis. Ludzie wchodzą do mnie i po dwóch minutach zaczynają inaczej oddychać, i nie dlatego, że ja coś robię — jeszcze niczego nie robię, jeszcze podaję herbatę. Robi to miejsce.
Piekło, do którego mnie przywieziono, okazało się materiałem. Dokładnie tak jak kamień: nieprzyjazny, ciężki, obcy, do niczego się nie nadający — dopóki ktoś nie zacznie w nim pracować.
Potem przyszła przemiana ustrojowa i wszystko ruszyło z miejsca jak lawina. Mój mąż okazał się człowiekiem, który się w tym nowym świecie odnalazł natychmiast. Został zastępcą dyrektora banku.
Miał do tego wszystko: wykształcenie, którego wtedy nikt nie miał, języki, głowę do liczb i tę szczególną zdolność do zachowania spokoju w sytuacji, w której wszyscy inni tracili orientację. Ludzie wokół nas chodzili oszołomieni, bo ziemia zmieniała się pod nogami co miesiąc, a on wyglądał jak człowiek, który wreszcie dostał warunki odpowiadające jego możliwościom. Był w tym doskonały.
Był wybitny i zdolny. Mówię tak o nim do dziś i mówię to bez cienia ironii, choć nigdy go nie pokochałam. Te dwie rzeczy nie mają ze sobą nic wspólnego i chyba właśnie o tym jest cała ta część mojego życia.
Bo to jest coś, czego ludzie nie chcą przyjąć. Chcą, żeby wartość człowieka i miłość do niego chodziły razem — żeby się kochało tych, którzy na to zasługują, i nie kochało tych, którzy nie zasługują. Tak nie jest. Miłość nie jest nagrodą za jakość i jej brak nie jest karą. To są dwa niezależne obwody. Można całe życie mieszkać obok kogoś, kogo się ceni bez zastrzeżeń, i nie mieć w sobie ani jednego drgnienia z tamtego obwodu. I odwrotnie — można kochać kogoś, kto nie daje nic, i kochać go przez półtora roku aż do zdarcia.
Wiem o tym więcej niż większość ludzi, bo miałam obie te sytuacje ustawione koło siebie, w odstępie kilku lat, jak dwa doświadczenia w tym samym laboratorium.
I ja żyłam jak milionerka.
Co dla mnie nie miało żadnego znaczenia.
Bo pieniądze nie miały dla mnie znaczenia. Nigdy. Nie zadziałał we mnie ten mechanizm, w którym rzecz kupiona daje uczucie. Mogłam mieć wszystko, na co ludzie wtedy patrzyli z zapartym tchem, i przechodziłam obok tego jak obok wystawy w cudzym mieście.
Nie jest to zasługa. Chcę to powiedzieć jasno, bo brzmi jak chwalenie się skromnością, a nie ma w tym żadnej cnoty. Ja po prostu nie mam tego odbiornika. U innych ludzi coś się zapala, kiedy dostają rzecz, o której marzyli — widziałam to setki razy i wierzę, że to jest prawdziwe uczucie. U mnie ten obwód jest głuchy. Rzecz przychodzi, leży, i nic się nie dzieje. Przez lata myślałam, że coś ze mną nie tak.
Przypuszczam dziś, że to jest część tego samego wyposażenia, z którym się urodziłam, i że jest w tym pewna logika: ktoś, kto ma spędzić życie na pracy z rzeczami niewidzialnymi, dostaje na wejściu wyłączoną wrażliwość na to, co widzialne i kupne. Inaczej by nie doszedł. Zatrzymałby się przy pierwszym ładnym mieszkaniu i uznał, że to jest cel.
Z jednym wyjątkiem.
Chyba że mogę sobie kupić książki, jak chcę.
To była jedyna waluta, którą rozumiałam. Mieliśmy mnóstwo pieniędzy i naprawdę nie było na co ich wydać, bo takie były czasy — półki puste, a konto pełne. Więc wydawałam na książki i miałam coraz większą bibliotekę.
Ci, którzy nie pamiętają tamtych lat, nie zrozumieją tego paradoksu. Można było mieć pieniądze i nie móc ich zamienić na nic, bo w sklepach nie było czego kupić. Pieniądz leżał i był bezużyteczny jak żeton do gry, która się nie odbywa. A książki jakoś były. Nie zawsze te, które się chciało, i nie od razu — trzeba było wiedzieć gdzie, trzeba było czekać, czasem trzeba było wziąć to, co jest. Ale były.
Więc szłam i brałam. Pamiętam ten szczególny stan przy półce, kiedy człowiek wie, że stać go na wszystko, co tam stoi, i że to jest jedyna rzecz na świecie, wobec której jego pieniądze mają sens.
To nie były proste książki. Najpierw literatura. Potem filozofia. Potem historia sztuki. Nikt mi tego nie zadał i nie było egzaminu na końcu — studiowałam to prywatnie, u siebie, w tym mieszkaniu w lesie, sama, bez żadnego programu poza własnym głodem.
Ta kolejność nie jest przypadkowa i dopiero teraz to widzę. Zaczęłam od literatury, czyli od cudzych losów — bo najpierw człowiek chce wiedzieć, czy ktoś jeszcze przeżył coś takiego jak on. Potem przeszłam do filozofii, czyli do pytania, czy da się to jakoś uporządkować w myśleniu. A kiedy okazało się, że w myśleniu też się do końca nie da, poszłam w historię sztuki — czyli do ludzi, którzy nie tłumaczyli, tylko pokazywali.
To była droga do góry przez trzy piętra i przeszłam ją sama, wieczorami, w mieszkaniu w lesie, bez jednego nauczyciela. Kiedy dziś prowadzę szkołę i widzę, ile ludzie zyskują na tym, że ktoś ich prowadzi, mam do tamtej samotnej nauki podwójny stosunek. Straciłam wtedy mnóstwo czasu, którego nie musiałabym stracić. I zyskałam coś, czego nie da się dostać przy prowadzeniu: nauczyłam się iść po ciemku.
I czytałam mężowi na głos. On lubił słuchać. To był chyba nasz najlepszy wspólny czas: lampa, on leżący, ja czytająca zdania, których żadne z nas nie musiało rozumieć do końca. Dwoje ludzi, którzy nie umieli się dogadać o niczym własnym, dogadywało się przez cudze książki.
To były dobre wieczory. Naprawdę dobre, i nie chcę ich pomniejszać tylko dlatego, że wiem, jak się to skończyło. Zapalona jedna lampa. Cisza w bloku. On na tapczanie — tym samym, na którym się zwijał, kiedy było ciężko, i to jest jedna z tych rzeczy, których wtedy nie zauważałam: że to samo miejsce służyło do zwijania się i do słuchania. Ja z książką, czasem przez dwie godziny bez przerwy, aż gardło robiło się suche.
I to działało. Dwoje ludzi, którzy o własnych sprawach nie umieli powiedzieć zdania, mogło przez cudze zdania być razem w jednym pokoju przez trzy godziny i czuć się dobrze. Książka pełniła funkcję pośrednika. Wszystko, czego nie umieliśmy sobie powiedzieć wprost, mogło zostać powiedziane, jeśli powiedział to ktoś trzeci, kto już nie żyje i nikogo nie oskarża.
Dziś wiem, jak często ludzie tak żyją. Muzyka, telewizor, wspólny serial, wspólny pies — zawsze musi być coś trzeciego, przez co idzie kontakt, bo bezpośrednio się nie da. To nie jest oszustwo. To jest proteza i proteza czasem pozwala chodzić latami. Tylko trzeba wiedzieć, że się chodzi na protezie, bo inaczej człowiek się dziwi, dlaczego, kiedy ją zabiorą, nie ma się jak ruszyć.
Kupowałam je jak ktoś, kto zasypuje dziurę. Dziś wiem dokładnie, jaka to była dziura. Wydawało mi się, że jeśli przeczytam dość zdań, to któreś z nich okaże się tym właściwym. Wiele lat później rzeczywiście trafiłam na książkę, która była tym zdaniem. Ale najpierw musiałam przeczytać wszystkie tamte.
I to nie jest tak, że tamte były zmarnowane. To jest ważne, bo ludzie w takich opowieściach lubią słyszeć, że wszystko wcześniejsze było błądzeniem, a dopiero na końcu przyszła prawda. Nie było błądzeniem. Człowiek, który nie przeczytał tamtych kilkuset książek, nie rozpoznałby tej jednej. Nie miałby czym. Rozpoznanie wymaga przygotowanego aparatu, a aparat buduje się właśnie z tych wszystkich lat czytania rzeczy, które nie były tym.
Zapasy w piwnicy nie są bez sensu dlatego, że nie o nie chodziło. Bez nich nie przetrwałoby się do dnia, w którym przychodzi to, o co chodziło.
W tym całym dostatku urodził mi się syn.
Ja — która w wieku siedmiu lat, leżąc po ciemku w kuchni na amerykance, postanowiłam, że nigdy nie będę miała dzieci. Która jeszcze jako studentka mówiłam, że moja przyszłość to nie jest rodzina. Która umówiła się z mężem, że nasze małżeństwo będzie bezdzietne, i zawarła tę umowę serio.
Przyszedł mimo wszystkich moich postanowień. Wszedł w życie, w którym z góry ogłoszono, że nie ma dla niego miejsca, i po prostu zajął swoje.
I nie umiem o tym opowiedzieć inaczej niż tak: przyszedł ktoś, kto miał do tego prawo, i skorzystał z niego, nie pytając o moje ustalenia. Moje ustalenia były w tej sprawie bez znaczenia. Podpisałam kiedyś dokument, w którym stało, że tego nie będzie, i ten dokument został po prostu uchylony przez instancję, o której istnieniu wtedy nie wiedziałam.
Tak się okazało, że nie jestem autorką własnego planu. Ja nie wymyśliłam sobie żadnej strategii — ja tylko utrzymuję równowagę i ufam, że każdy następny dzień będzie mnie prowadził. A on prowadzi tam, gdzie chce, nie tam, gdzie się zadeklarowało.
To jest zresztą jedyny sposób działania, jaki u siebie znam, i odkryłam go nie z mądrości, tylko z porażki. Wszystkie moje własne plany rozsypały się co do jednego. Miałam nie mieć rodziny — miałam. Miałam nie mieć dzieci — mam syna. Miałam mieć męża do końca życia — nie mam. Za to wszystko, czego nie planowałam, przyszło i zostało.
Więc przestałam planować i zaczęłam robić coś innego: pilnować równowagi i patrzeć, dokąd mnie prowadzą. To brzmi biernie, a nie jest. Utrzymanie równowagi jest ciężką, codzienną pracą — ciało, oddech, umysł, czystość pola, wszystko to trzeba trzymać, i jeśli się to puści, prowadzenie zaczyna być nieczytelne, bo w hałasie nie słychać kierunku.
Dzisiaj, kiedy patrzę na niego — dorosłego mężczyznę, który miał plan i ten plan zrealizował, i którego strategii się uczę — myślę czasem, że dziecko wcale nie przychodzi po to, żeby zająć czyjeś miejsce. Przychodzi, żeby pokazać, że miejsca było więcej, niż się liczyło.
I żeby przynieść to, czego się w domu nie ma. Mój syn ma zdolność, której ja nie mam zupełnie: potrafi postawić sobie cel i iść do niego latami, konsekwentnie, bez uniesień. Patrzę na to z podziwem i uczę się od niego, mając za sobą całe życie pracy. Tak to bywa: dziecko przychodzi z brakującym elementem i wykłada go na stół bez słowa, po prostu przez to, jaki jest.
A pod tym wszystkim, przez cały ten czas, coś się we mnie odbywało, o czym nie mówiłam nikomu.
Pisałam.
Miałam swoje wiersze. Miałam dzienniki, które prowadziłam. Pisałam literaturę o sobie w tych dziennikach.
Literaturę o sobie — użyłam kiedyś tego określenia mimochodem i dopiero potem usłyszałam, co powiedziałam. Nie „notatki". Nie „zapiski". Literatura. Młoda kobieta w bardzo dobrych warunkach, z mężem na stanowisku, z małym dzieckiem i z rodzinną firmą, siadała wieczorami i pisała literaturę o sobie do szuflady.
Robiłam to nocą, kiedy w mieszkaniu było już cicho. Zawsze przy jednym świetle. Zeszyt zwykły, w kratkę albo w linie, kupowany po kilka naraz, bo się szybko kończyły. Pisałam ręką, wolno, i pamiętam ten szczególny stan, w który się przy tym wchodziło: po kilkunastu minutach przestawało się układać zdania, a zaczynało się je odbierać. Nie wiedziałam wtedy, że to jest stan pokrewny temu, w który wchodziłam jako dwunastolatka na krześle babci. Znałam tylko efekt: że kiedy piszę, robi się we mnie cicho i przestaję być rozdarta.
Nie pokazywałam tego nikomu. To nie miało żadnego odbiorcy. Były to zeszyty pisane do nikogo.
Dziś rozumiem, po co. Kto żyje życiem, w którym wszystko się zgadza, a sam się w tym nie mieści, musi mieć jedno miejsce, gdzie może być prawdziwy. Jeśli go nie ma, kończy się to chorobą. Ja miałam zeszyt.
Widziałam potem u ludzi, co się dzieje, kiedy takiego miejsca nie ma. Wszystko, co nieprzeżyte, musi się gdzieś odbyć. Jeżeli nie ma dla tego ani jednego kanału — ani rozmowy, ani papieru, ani sztuki, ani modlitwy — to schodzi w ciało i tam się odbywa. Nadciśnienie. Tarczyca. Kręgosłup. Guzy w miejscach, o których się mówi, że przyszły znikąd. Nic nie przychodzi znikąd.
Zeszyt to jest bardzo tani zawór. Kosztuje tyle co zeszyt.
To był ten sam nurt, który zaczął się w kuchni, na rozkładanej amerykance, kiedy dziecko myślało zdania zbyt duże na siebie. Ta część mnie taka głęboka, taka artystyczna, taka poetycka. Zeszła pod powierzchnię i płynęła własnym korytem, cierpliwie, przez lata.
Rzeka podziemna nie znika. Idzie skałą, bez światła, czasem przez kilkadziesiąt kilometrów, i wychodzi tam, gdzie znajdzie szczelinę. Woda zawsze wyjdzie. Pytanie brzmi tylko, ile lat będzie szła i w jakim stanie będzie ten, kto ją w sobie niesie, kiedy wreszcie znajdzie ujście.
Moja szła dwadzieścia lat.
W trzecim roku tego małżeństwa, kiedy wyzdrowiałam już z tamtej pierwszej miłości, w rodzinie mojego męża pojawił się jego kuzyn. Miał dziewiętnaście lat, ja byłam od niego o pięć lat starsza. Malował. Grał na pianinie — kiedy przyjeżdżałam, opowiadał mi, co przeżył, a potem siadał i po prostu mi to wygrywał. To on wniósł do mojego życia muzykę i przywoził mi płyty.
I tak wyglądał wtedy mój bilans: sztukę miałam przez Jarka, bezpieczeństwo materialne i zaopiekowanie przez mojego męża. I w tym uzdrawiałam swoje ciało.
Zapisuję to zdanie tak, jak je kiedyś powiedziałam, i widzę w nim rzecz, której wtedy nie widziałam: że to jest bilans. Że mówię o własnym życiu jak o zestawieniu, w którym pozycje pochodzą z różnych źródeł i żadne źródło nie pokrywa całości. Kobieta, która ma sztukę od jednego człowieka, a bezpieczeństwo od drugiego, jest kobietą podzieloną — i nie ma znaczenia, jak dobrze wyglądają obie kolumny.
Ale w tamtym czasie to działało. Naprawdę działało. Ciało wracało do siebie, choroby ustępowały, energia rosła. Bo ciało nie pyta, skąd przychodzi to, czego potrzebuje. Bierze, co dostanie, i się z tego odbudowuje.
Reszta jest już następną połową tej książki.
Ochra.
Najstarszy pigment świata. Glina zabarwiona tlenkiem żelaza, wygrzebana z ziemi, roztarta, zmieszana z wodą albo tłuszczem. Malowali nią w jaskiniach, zanim ktokolwiek wymyślił pismo. Nie ma w niej nic wzniosłego — to po prostu ziemia, którą można nabrać na palec.
I tak wyglądały tamte lata: ziemia, kamień, granit, nagrobki, pieniądze, mieszkania. Materia w najgęstszej i najbardziej dosłownej postaci. Cała moja rodzina zajmowała się materią — ojciec, mąż, ja w tej firmie, wszyscy przy kamieniu i przy gruncie.
Zastanawiałam się nad tym potem wiele razy. Dlaczego akurat tak. Dlaczego ktoś, kto ma spędzić drugą połowę życia na pracy z rzeczami bez ciężaru, dostaje pierwszą połowę w materii tak ciężkiej, że cięższej już nie ma.
I mam na to jedną odpowiedź, której się trzymam. Nie da się pracować z tym, co lekkie, jeżeli się nie ma oparcia w tym, co ciężkie. Człowiek, który zaczyna od góry, ulatuje. Widziałam takich i widuję ich do dziś: mnóstwo światła, mnóstwo pięknych słów, i żadnego gruntu, więc przy pierwszym prawdziwym uderzeniu nie ma się o co zaprzeć. Trzeba mieć w nogach ziemię. Trzeba wiedzieć, ile waży płyta, ile kosztuje montaż i co się mówi kobiecie, która przy stole podaje własną datę urodzenia do wykucia.
Dziewięć lat przy kamieniu to jest dobre wyposażenie dla kogoś, kto ma potem trzydzieści lat kłaść ręce na ludziach.
Mówię o tym bez pogardy, bo pogarda byłaby fałszem. Ochrą malowano pierwsze ręce na ścianach jaskiń: człowiek przykładał dłoń do skały, rozpylał wokół niej barwnik i zostawał ślad. Materia jest po to, żeby zostawić w niej ślad.
I zawsze mnie w tym poruszało jedno: że to jest odbicie negatywowe. Nie odbito dłoni umoczonej w farbie. Przyłożono żywą dłoń do zimnej ściany i zabarwiono wszystko dookoła. To, co widzimy po trzydziestu tysiącach lat, to nie jest ręka — to jest miejsce, w którym ręki nie było, obrysowane kolorem ziemi.
Długo nie umiałam powiedzieć, dlaczego mnie to nie opuszcza. Dziś mogę: bo tak wygląda ślad, jaki zostawia po sobie człowiek pracujący z niewidzialnym. Nie widać jego. Widać przestrzeń, którą zajmował, i to, jak wszystko dookoła ułożyło się względem niego.
Ale ja przez cały ten czas czułam, że stoję na czymś, co ma mnie unieść gdzie indziej. Miałam wszystko, czego się dorosłej kobiecie życzy, i pożytku miałam z tego dokładnie tyle, ile z pełnej piwnicy zapasów, kiedy nie jest się głodnym.
Nie umiałabym wtedy powiedzieć, na co jestem głodna. To jest najgorszy rodzaj głodu — taki, który nie umie wskazać potrawy. Gdybym wiedziała, czego mi brakuje, poszłabym i wzięła; nie było wtedy w moim życiu rzeczy, po którą nie mogłabym sięgnąć. Ale brakowało mi czegoś, co nie miało nazwy i czego nie było w żadnym sklepie, w żadnej książce i w żadnym z dwóch mężczyzn, których miałam obok siebie.
Człowiek w takim stanie zaczyna podejrzewać, że jest z nim coś nie w porządku. Że ma wszystko i się nie cieszy, więc jest niewdzięczny albo chory. Latami sobie to powtarzałam.
Nie byłam niewdzięczna. Byłam we właściwym miejscu na drodze i po prostu nie wiedziałam, że to jest droga.
Byłam bardzo dobrze zaopatrzona.
I zupełnie nienakarmiona.