O rodzinach, w których wszyscy siedzą przy jednym stole i płyną w różne strony — i o zdaniach, które padają raz, a przestawiają całą resztę życia.
Był zjazd rodzinny. U babci, na Wzgórzu Mickiewicza, w tym domu, do którego szło się pod górę.
Do tego domu zawsze się szło pod górę i to jest pierwsza rzecz, którą trzeba o nim wiedzieć, żeby zrozumieć wszystko inne. Nie dojeżdżało się pod drzwi. Ostatni odcinek trzeba było przejść nogami, wznosząc się, i człowiek docierał tam z odrobinę przyspieszonym oddechem i z ciałem już rozgrzanym.
Dziś powiedziałabym, że to jest gotowy rytuał wejścia — że każde poważne miejsce ma podejście, które trzeba wykonać ciałem, i że sens tego podejścia polega właśnie na tym, iż zajmuje czas i kosztuje wysiłek. Wtedy po prostu szłam pod górę i było mi ciepło.
Ale zapamiętałam ten wysiłek, a to zwykle znaczy, że coś się przy nim wydarzyło.
Mama miała pięcioro rodzeństwa — było ich sześcioro. Więc kiedy się zjeżdżali, zjeżdżał się cały świat: bracia, siostry, ich mężowie i żony, ich dzieci, czyli moi kuzyni, i wszystko to razem wchodziło do jednego domu i wypełniało go po sufit. Trzy pokolenia w jednym pokoju.
Takie zjazdy zaczynają się długo przed samym zjazdem. Najpierw jest przygotowywanie — ciasta, naczynia wyjmowane z miejsc, w których stoją przez resztę roku, przesuwanie krzeseł, dostawianie. Potem ludzie zaczynają przychodzić i przez pierwsze pół godziny dom jest w ruchu drzwi: ktoś wchodzi, zdejmuje płaszcz, wołają go z kuchni, ktoś inny wchodzi, znowu wołanie.
Dom pęcznieje. To jest właściwe słowo. Wchodzi kolejnych pięć osób i te same ściany zaczynają zawierać więcej.
Ja lubiłam ten moment przed pełnią, kiedy jeszcze się schodzili. Dziecko może wtedy stać z boku i patrzeć, jak z osobnych ludzi robi się jedno zgromadzenie. Widać wszystkie szwy. Widać, kto się do kogo wita jak, kto kogo mija bez słowa, kto ma z kim sprawę sprzed roku i kto komu jej jeszcze nie odpuścił.
Dzieci wiedzą o rodzinie wszystko. Nie znają faktów — znają układ.
Kuzynów było wielu i byli w różnym wieku, i to była jedyna okazja w roku, żeby zobaczyć ich wszystkich naraz. Przez dwanaście miesięcy każdy z nich rósł osobno, w swoim mieście, w swoim domu, a potem wszyscy zjeżdżali się do jednego pokoju i różnice były widoczne jak na dłoni. Ten wystrzelił. Ta zaczęła mówić inaczej. Tamten przestał się bawić z młodszymi i przesiadł się do dorosłych.
Zjazd rodzinny jest w gruncie rzeczy urządzeniem pomiarowym. Raz do roku ustawia się obok siebie wszystkich, żeby zobaczyć, co zrobił czas.
Dorośli robili to jawnie: ale urosłaś, ale wyprzystojniał, jak ten czas leci. Mówili to wesoło, przy stole, jako komplement. A pod spodem, w każdym takim zdaniu, siedziało jedno i to samo stwierdzenie, którego nikt nie wypowiadał na głos.
Że wszyscy są w ruchu i że ten ruch idzie tylko w jedną stronę.
Trzy pokolenia w jednym pokoju to jest właściwie fotografia całego procesu w jednym ujęciu. Przy stole siedzi jednocześnie to, co dopiero się zaczyna, to, co jest w pełnej sile, i to, co się już kończy. Wszystkie trzy fazy naraz, w odległości wyciągniętej ręki, jedząc z tych samych talerzy.
Nikt tak na to nie patrzy, bo to są po prostu ciocie, wujkowie i babcia.
Ja tamtego popołudnia zobaczyłam to inaczej i do dziś nie umiem powiedzieć, czy dlatego, że przyszedł stan, czy odwrotnie — czy stan przyszedł dlatego, że zobaczyłam.
Pokój był zastawiony meblami gdańskimi. Poniemieckimi, jak wszystko tam — ciemne, ciężkie, rzeźbione, z tym charakterystycznym połyskiem starego drewna, które przez sto lat nasiąkało pastą i światłem. Kredens, w którym stały rzeczy nieużywane. Krzesła z wysokimi oparciami, o zdobionych szczytach, takie, których nie da się przesunąć jedną ręką.
Te meble były starsze od wszystkich, którzy w tym pokoju siedzieli, i nie należały do nikogo z nas. Zostały. Ktoś je tu przywiózł albo zamówił bardzo dawno, ktoś przy nich jadł, ktoś się przy nich starzał, a potem ci ludzie wyszli albo ich wyprowadzono, i meble zostały na miejscu, i przyszła do nich zupełnie inna rodzina, mówiąca innym językiem, przywieziona z drugiego końca kraju.
Drewno tego nie zauważyło. Drewno pracuje w innej skali czasu.
Dopiero jako dorosła kobieta zaczęłam rozumieć, na czym polega obecność takich przedmiotów. One nie są tłem. One są świadkami z dłuższym stażem niż ludzie w pokoju, i mają w sobie zapis wszystkiego, co się przy nich odbyło. Nie mistycznie — całkiem materialnie. Drewno wchłania wilgoć, tłuszcz, dym, dotyk. Miejsce, którego się dotyka najczęściej, ciemnieje i wygładza się. Krawędź krzesła, o którą przez sto lat opierano dłoń, jest w tym punkcie inna niż wszędzie indziej.
Przedmiot zapamiętuje przez zużycie. To jest jedyna pamięć, jaką ma, i jest zdumiewająco dokładna.
Pośrodku okrągły stół.
Okrągły — to nie jest szczegół bez znaczenia. Przy okrągłym stole nie ma szczytu i nie ma końca. Nikt nie siedzi na honorowym miejscu i nikt na wygnaniu. Wszyscy są w tej samej odległości od środka, a w środku nie ma nikogo — tylko puste miejsce, na którym stoi jedzenie. Cała ta rodzina, przywieziona z Wołynia i wsadzona w cudzy dom na wzgórzu, siadała wokół pustki i tam kładła to, co miała.
Zatrzymam się przy tym dłużej, bo to jest jedna z tych rzeczy, które zrozumiałam po czterdziestu latach i które od tamtej pory widzę wszędzie.
Krąg jest jedyną figurą, w której nie da się ustawić hierarchii. Prostokątny stół natychmiast produkuje porządek: jest głowa, są boki, jest koniec. Wystarczy postawić stół w kształcie prostokąta, a ludzie sami się rozdzielą na ważniejszych i mniej ważnych, i nikt nie będzie musiał tego ogłaszać. Okrągły stół jest odmową tego porządku. Każdy siedzi w tej samej odległości od środka i każdy widzi wszystkich.
I jest jeszcze druga rzecz, ważniejsza: krąg ma środek, którego nikt nie zajmuje.
To jest dokładnie ta konstrukcja, na której zbudowałam potem całą swoją pracę, i przez wiele lat nie wiedziałam, skąd ją mam. Ludzie siadają wokół, a środek zostaje pusty, bo do środka nie wchodzi się osobą. Do środka kładzie się to, co się przyniosło. W środku dzieje się to, co jest wspólne.
Rodzina, którą wyrwano z jej ziemi i wsadzono w cudze ściany, nie miała już wspólnego miejsca. Ziemi nie było. Domu nie było. Zostało im to jedno: pusty środek stołu, na który każdy kładł to, co przywiózł, i który przez kilka godzin w roku był ich krajem.
Nie sądzę, żeby ktokolwiek z nich to tak nazywał. Nie musieli. Ludzie robią rzeczy właściwe bez teorii.
I jeszcze jedno o pustym środku, bo to jest rzecz, którą powtarzam swoim uczestnikom najczęściej ze wszystkiego.
Środek musi zostać pusty.
W chwili, w której ktoś do niego wejdzie — ustawi tam siebie, swoje zdanie, swoją potrzebę, swoją osobę — krąg przestaje być kręgiem i robi się z niego układ z liderem. Wtedy wszyscy pozostali natychmiast przestają być równi względem środka i zaczynają być równi względem człowieka.
To jest ta sama rzecz, którą robi się przy stole, i ta sama, którą robi się w pracy z ludźmi. Ja siadam z boku. Nie w środku. W środku ma być to, po co przyszliśmy, a nie ja.
Trzydzieści lat pilnowania tej jednej zasady i za każdym razem, kiedy o niej mówię, widzę okrągły stół w pokoju z ciemnymi meblami i puste miejsce pośrodku, na którym stały ciasta.
Gwar. To jest właściwe słowo. Nie rozmowa, nie hałas — gwar. Kilkanaście głosów naraz, z których żaden nie próbuje przekrzyczeć reszty, i które razem tworzą jedno pasmo dźwięku, gęste, falujące, ciepłe. Śmiech gdzieś z boku. Ktoś woła kogoś z kuchni. Ktoś stuka łyżeczką o szkło. Dzieci pod stołem, dzieci na schodach, dzieci wpadające i wypadające.
Gwar ma tę właściwość, że przestaje być zbiorem informacji. Nie da się z niego wyłowić zdań, więc mózg po pewnym czasie rezygnuje z próby rozumienia i zaczyna słuchać samego brzmienia. Wtedy głosy przestają być głosami i stają się materiałem — czymś w rodzaju wody, w której się siedzi.
Podejrzewam, że to jest jeden z warunków tego, co się wtedy stało. Trudno wejść w bezruch w ciszy, bo w ciszy każdy dźwięk jest zdarzeniem. W gwarze jest odwrotnie: dźwięku jest tak dużo i jest tak równomierny, że przestaje być czymkolwiek. Robi się z niego jednolita zasłona i za tą zasłoną można być zupełnie samemu, mając wokół siebie kilkanaście osób.
Ja usiadłam z boku. Przy oknie. Na krześle babci.
Nie wybrałam go świadomie. Po prostu było wolne i stało tam, gdzie chciałam być — poza kręgiem, ale w zasięgu. Wysokie, rzeźbione oparcie. Tron gdański, tak to potem nazywałam, pół żartem, choć bez żartu. Kiedy się na czymś takim siada, ciało nie ma wyboru: kręgosłup wchodzi w pion, barki się rozkładają, głowa staje nad kręgosłupem, a nie przed nim. To krzesło samo ustawia człowieka.
Warto się zastanowić, dlaczego dziecko wybiera miejsce poza kręgiem, mając do wyboru miejsce w kręgu.
U mnie było to naturalne od zawsze. Ja od najwcześniejszego dzieciństwa miałam poczucie, że tu przyjechałam, żeby ich poznawać. Naprawdę tak myślałam, w dosłownych słowach: że pojawiłam się na tej planecie z jakimś zadaniem, że mam tu życie do przeżycia, ale oprócz tego jest coś jeszcze, i że poznaję tych ludzi — obserwuję, jak żyją.
Dziecko z takim wyobrażeniem nie siada w środku towarzystwa. Ono siada tam, skąd widać.
I to jest, jak dziś rozumiem, właściwa pozycja robocza. Nie na zewnątrz, bo z zewnątrz nic nie czuć. Nie w środku, bo w środku człowiek jest jednym z elementów i przestaje widzieć całość. Z boku, w zasięgu, przy oknie. Tam, gdzie się jest w polu, ale nie jest się jego uczestnikiem.
Trzydzieści lat później ustawiłam sobie w ten sposób pokój do pracy i pilnuję tego ustawienia co do centymetra.
Miałam wtedy około dwunastu lat.
Za oknem był ogród pełen kwiatów.
Ten ogród znałam lepiej niż jakiekolwiek inne miejsce na świecie, bo w nim odbywał się mój rytuał. Po każdej wizycie babcia brała mnie za rękę i szłyśmy tam razem, i ja wskazywałam palcem, a ona ścinała dokładnie to, co wskazałam. Wiedziałam więc, gdzie co rośnie. Wiedziałam, który jest wysoki, a który się chowa. Patrzyłam na ten ogród nie jak na widok, tylko jak na miejsce, w którym moje widzenie ma wagę.
Nie wiem, czy to miało jakiekolwiek znaczenie dla tego, co się stało. Ale kiedy dziś składam całą tę scenę, nie umiem pominąć faktu, że siedziałam przodem do jedynego miejsca na ziemi, w którym dorosły człowiek szedł za moim palcem.
I wtedy to przyszło.
Nie umiem powiedzieć „zaczęło się", bo nie było początku, którego bym doświadczyła. Był raczej moment, w którym zauważyłam, że już trwa. Ustał potok myśli. Nie tak, że go uciszyłam — nie umiałam wtedy nic uciszać, nie wiedziałam nawet, że myśli można oglądać. Po prostu w pewnej chwili nie było już we mnie tego ciągłego, sunącego komentarza, którym człowiek podszywa całą swoją rzeczywistość.
Trzeba się przy tym zatrzymać, bo ludzie nie zdają sobie sprawy, jak nieustannie ten komentarz pracuje. Człowiek nie widzi po prostu filiżanki. Człowiek widzi filiżankę i równocześnie mówi sobie „filiżanka", i zaraz dokłada, że jest wyszczerbiona, i że kiedyś taką stłukł, i że powinien już wstać. Rzeczywistość dochodzi do nas przez ten szmer, przez cały czas, całe życie, i wydaje się nam, że to jest widzenie.
A potem szmer ustaje i okazuje się, że to nie było widzenie.
Została sama obecność.
Oczy miałam półotwarte. To ważne — nie zamknęłam ich. Nie odcięłam się. Wszystko dalej widziałam i wszystko dalej słyszałam, i to z niezwykłą, bolesną wręcz wyrazistością. Rejestrowałam wszystko: kto właśnie wstał, kto podaje talerz, jak światło idzie po politurze, jak drży powierzchnia herbaty, kiedy ktoś potrąci stół. Zapach ciasta. Zapach kurzu w firankach. Ciepło od tylu ciał w jednym pomieszczeniu.
Piszę „bolesną wyrazistością" i nie jest to przenośnia. Kiedy zniknie komentarz, świat robi się o kilka stopni za jasny. Rzeczy są zbyt obecne. Kolor jest zbyt kolorem. Dźwięk ma zbyt wiele warstw naraz — słychać naczynia i oddzielnie tkaninę, i oddzielnie oddech, i oddzielnie coś dalekiego z ulicy — i wszystko to dociera w tej samej chwili i z tą samą ważnością, bo nie ma już nikogo, kto by decydował, co jest ważniejsze.
Zdumiewało mnie potem przez lata, jak dokładnie wszystko wtedy zapamiętałam. Nie pamiętam żadnego innego zjazdu z tamtych lat. Tamten mam co do szczegółu.
Bo to nie była nieobecność. To była obecność do granicy wytrzymałości.
Światło szło po politurze wolno i miało w sobie ruch — nie migotanie, tylko powolne przesuwanie się jasnej plamy w miarę, jak ktoś przechodził między oknem a stołem. Herbata w szklance drżała po każdym potrąceniu i drżenie rozchodziło się od środka koncentrycznymi kręgami, i uspokajało, i znowu przychodziło.
Powietrze było gęste od ciepła ciał. Kilkanaście osób w jednym pokoju wytwarza temperaturę, którą się widzi na szybach.
Zapach ciasta stał w górnej warstwie powietrza. Zapach kurzu w firankach — w tej przy oknie, chłodniejszej. Dwie różne strefy w odległości metra i obie jednakowo wyraźne.
I zupełny bezruch.
Ja siedziałam nieruchomo. Absolutnie nieruchomo, bardzo długo. Nie wiem, jak długo — i to jest właśnie sedno całej sprawy. Nie wiem, bo tam nie było przyrządu, którym się mierzy.
Bo oni mówili, myśleli, poruszali się. A ja siedziałam nieruchomo.
I tak siedziałam. I tak siedziałam nieruchoma. I tak siedziałam nieruchoma.
Bezruch nie jest brakiem ruchu. Ludzie tak myślą i dlatego nigdy go nie osiągają — próbują odjąć ruch, jakby to była operacja odejmowania, i po dwóch minutach zaczyna ich swędzieć kolano.
Bezruch, o którym mówię, jest czymś, co przychodzi z drugiej strony. Nie jest wynikiem powstrzymywania się. Jest wynikiem tego, że nie ma już powodu, żeby się poruszyć. Ciało nie stoi w miejscu wysiłkiem — ono po prostu nie ma zamiaru.
To jest ogromna różnica i wyczuwa się ją natychmiast z zewnątrz. Człowiek powstrzymujący się od ruchu drży. Człowiek, w którym ustał zamiar, jest po prostu ciężki i cichy jak przedmiot.
Ja siedziałam z rękami na udach. Stopy stały płasko na podłodze. Plecy miały za sobą rzeźbione oparcie i miały je na całej długości. Kręgosłup był w pionie, nie dlatego, że go prostowałam, tylko dlatego, że tak stał.
I nic nie chciało się poruszyć.
Oddech zszedł nisko i zrobił się długi. Nie pilnowałam go — nie wiedziałam wtedy, że oddech to coś, czego można pilnować. On po prostu przestał być potrzebny w takiej ilości.
Między wdechem a wydechem robiło się miejsce. Zwykle nie ma tam żadnego miejsca; jedno przechodzi w drugie bez przerwy, jak w mechanizmie. A tam między jednym a drugim był odcinek, w którym nie działo się nic i który wcale nie był niewygodny.
W tym odcinku byłam najbardziej.
Ciało zrobiło się cięższe. To jest zawsze pierwszy znak i sprawdziłam to potem na tysiącach godzin: kiedy człowiek naprawdę siada, robi się cięższy. Nie w sensie masy — w sensie tego, jak leży na podłożu. Przestaje się trzymać. Cały ciężar idzie w dół, przez miednicę, przez stopy, i zostaje oddany.
Ludzie boją się tego oddania i dlatego siedzą tak, jakby mieli za chwilę wstać. Dwunastoletnie dziecko nie miało powodu się bać, bo nie wiedziało, że robi cokolwiek.
Ręce leżały na udach i były cieplejsze niż reszta. Pamiętam to bardzo dokładnie — że dłonie miały własną temperaturę i że ta temperatura powoli rosła. Po latach dowiedziałam się, że to jest jedno z najczęstszych zjawisk towarzyszących takim stanom i że u mnie stanie się narzędziem pracy. Wtedy była to po prostu dziwna ciepłota w dwóch miejscach na udach.
I tak siedziałam nieruchoma.
Był moment, w którym zrozumiałam, że nie muszę nic zrobić, żeby to trwało. To odkrycie jest trudne do przekazania, a jest ono właściwie całą treścią rzeczy. Nie było wysiłku. Nie było czuwania nad tym, żeby się nie skończyło. Gdyby był, już by się skończyło.
Zwykle człowiek trzyma swoje stany. Kiedy jest mu dobrze, natychmiast zaczyna pilnować, żeby to nie minęło, i tym pilnowaniem to psuje. Tamtego popołudnia nie było czym pilnować, bo nie było nikogo, komu by na czymkolwiek zależało.
Rzecz trzymała się sama.
Byłam jakby ponad czasem i obserwowałam to, co dzieje się w czasie.
To zdanie ułożyło mi się dopiero po dziesiątkach lat, ale doświadczenie było dokładnie takie. Nie wyszłam z pokoju. Nie odleciałam nigdzie, nie widziałam żadnych świateł, żadnych postaci, żadnych obrazów — u mnie nigdy tak nie było i nie jest do dziś. W moich stanach forma raczej znika albo chce zniknąć. Więc nie: nie „zobaczyłam coś". Raczej przestałam być w tym samym strumieniu, w którym byli oni.
Chcę to podkreślić mocno, bo tu przebiega granica, przy której większość ludzi mnie źle rozumie. Mistyka kojarzy się z widzeniami. Z postaciami, ze światłami, z obrazami, z czymś, co przychodzi i co można potem opowiedzieć.
U mnie jest odwrotnie. U mnie forma nie przychodzi — forma ubywa. To, co się dzieje, polega na tym, że rzeczy przestają mieć krawędzie, którymi się od siebie oddzielają. Nie dostaję nic nowego do oglądania. Traci się natomiast to, co dzieli.
Dlatego moich stanów nie da się opowiedzieć w formie relacji. Nie ma w nich fabuły. Nie ma „a potem". Jest tylko coraz mniej przegród.
Oni płynęli. Ja stałam.
Cała ta rodzina, trzy pokolenia, ludzie przywiezieni z ziemi, której już nie ma, ludzie, którzy się pobrali, urodzili, pochowali swoich, pokłócili i pogodzili — cały ten ruch odbywał się przede mną jak rzeka widziana z brzegu. A ja byłam brzegiem.
Rzeka nie wie, że jest rzeką. Woda w środku nurtu nie ma jak stwierdzić, że płynie — wszystko wokół niej porusza się z tą samą prędkością, więc z jej punktu widzenia nic się nie dzieje. Płynięcie jest widoczne tylko z brzegu.
Ludzie w tamtym pokoju starzeli się w środku zdania i nie mieli o tym pojęcia, bo starzeli się wszyscy naraz, w tym samym tempie, i wzajemnie się sobie zasłaniali. Ciotka mówiła o czymś, co było w zeszłym roku, i była już o rok inna. Kuzyn przebiegł przez pokój i był o dwa lata wyższy niż wtedy, kiedy go widziałam ostatnio.
Wszyscy byli w ruchu. Nikt tego nie widział.
Ja to widziałam i nie miałam z tego powodu żadnej przewagi. Brzeg nie jest lepszy od rzeki. Brzeg jest po prostu tym, o co rzeka może się oprzeć.
I w którymś momencie — nie umiem powiedzieć kiedy, bo tam nie ma „kiedy" — czas połączył się z bezczasowością.
Nie zniknął. To jest rzecz, którą ludzie źle rozumieją i którą tłumaczę potem latami swoim uczestnikom. Czas nie znika. On się łączy. Nagle jest jedno i drugie naraz, bez sprzeczności: jest to, co płynie, i jest to, co nie płynie, i okazuje się, że przez cały czas były w tym samym miejscu, tylko że człowiek widzi zwykle jedną warstwę.
Najbliższe temu, co znam z codzienności, jest to, co dzieje się z dźwiękiem. Można słuchać melodii i słyszeć następujące po sobie nuty. I można — to jest wysiłek, ale się da — usłyszeć jednocześnie cały akord, który trwa pod spodem i który się nie zmienia. Nuty biegną. Akord stoi. Jedno nie przeszkadza drugiemu i nie ma między nimi żadnego konfliktu. Trzeba tylko usłyszeć obie rzeczy naraz.
Z czasem jest tak samo. Zdarzenia biegną. Pod nimi coś stoi. Zwykle słyszymy tylko nuty.
Tego dnia usłyszałam akord.
Trzeba powiedzieć jeszcze jedno, bo bez tego obraz jest niepełny: nie było w tym żadnej przyjemności. Ludzie, którym opowiadam o takich stanach, spodziewają się błogości, uniesienia, słodyczy. Tam nie było nic z tych rzeczy. Był raczej ogrom i bardzo dokładny spokój — coś, co nie ma temperatury. Nie chciało mi się płakać ani śmiać. Nie chciałam, żeby to trwało, i nie chciałam, żeby się skończyło. W ogóle nie było we mnie chcenia.
Brak chcenia jest zresztą najdziwniejszą częścią całej rzeczy i najtrudniejszą do wytłumaczenia komuś, kto tego nie przeżył. Człowiek jest zbudowany z chceń. Cały dzień składa się z drobnych pragnień: żeby było cieplej, żeby ktoś przestał mówić, żeby już podano do stołu, żeby to trwało dłużej. Wydaje nam się, że to jesteśmy my.
Kiedy chcenie ustaje, nie ustaje człowiek. To jest zaskakujące. Zostaje ktoś, kto siedzi, widzi i jest — tylko że bez jednego mechanizmu, o którym sądziliśmy, że jest silnikiem całości.
I okazuje się, że silnik nie był potrzebny do bycia. Był potrzebny do ruchu.
Siedziałam z rękami na udach, plecami wspartymi o rzeźbione oparcie, stopami na podłodze. Nie wiem, czy ktokolwiek na mnie w tym czasie spojrzał. Podejrzewam, że tak — że któraś z ciotek zauważyła dziewczynkę siedzącą prosto przy oknie i pomyślała, że dziecko się zamyśliło albo że jest zmęczone jazdą, i że zaraz o tym zapomniała. Tak wygląda z zewnątrz rzecz, która od środka zajmuje całą przestrzeń.
To jest chyba najbardziej charakterystyczna cecha wszystkich rzeczy naprawdę ważnych: z zewnątrz nie widać ich wcale.
Człowiek umiera w szpitalnym łóżku, a na korytarzu ktoś niesie herbatę. Ktoś podejmuje w sobie decyzję, która przetnie mu życie na pół, siedząc w autobusie z torbą na kolanach. Nic nie wystaje na zewnątrz. Skala wewnętrzna i skala zewnętrzna nie mają wspólnej jednostki.
Przez trzydzieści lat pracowałam z ludźmi w pokoju, do którego czasem dochodzą odgłosy z klatki schodowej, i za każdym razem myślę o tym samo: gdyby ktoś w tej chwili zajrzał, zobaczyłby dwie osoby, z których jedna leży, a druga trzyma ręce nad jej brzuchem. I to jest wszystko, co by zobaczył.
I tak siedziałam nieruchoma.
Byłam dzieckiem. Nie miałam ani jednego słowa na to, co się dzieje. Nie znałam słowa medytacja. Nie wiedziałam, że po drugiej stronie planety ludzie od tysiąca lat siadają w ten sposób pod ścianą i nazywają to praktyką. Nie miałam nauczyciela, tradycji, techniki, oddechu, mantry, niczego.
Miałam krzesło babci i okno.
Myślałam o tym potem bardzo dużo i doszłam do wniosku, który dziś uważam za jeden z najważniejszych w całej mojej pracy: to nie było wbrew brakowi przygotowania. To było możliwe dzięki niemu.
Bo cała trudność praktyki polega na tym, że człowiek wie, co ma osiągnąć. Siada i zaraz sprawdza, czy już. Porównuje z tym, co czytał. Ocenia, czy tym razem lepiej niż wczoraj. Ten, kto ma pojęcie, ma również oczekiwanie, a oczekiwanie jest ostatnią rzeczą, która musi odpaść.
Dwunastolatka nie miała pojęcia, więc nie miała oczekiwania. Nie było czego porównywać, nie było komu zdać relacji, nie było nawet myśli, że dzieje się coś osobliwego. Ja tego wtedy w ogóle nie potraktowałam jako wydarzenia.
Wstałam potem, poszłam do stołu, coś zjadłam, wróciłam do domu.
I nie pomyślałam o tym przez następne dwadzieścia lat.
Trzeba jednak powiedzieć uczciwie, co tam było zamiast techniki, bo coś było. Ciało, które od trzeciego roku życia uczono trzymać pion. Kręgosłup, który umiał stać bez podpierania się mięśniami. Krzesło z prostym, wysokim oparciem, na całą długość pleców. Stopy na podłodze. Ręce w spoczynku.
I jeszcze jedno, co jest może najważniejsze: dziecko przyzwyczajone do bycia samo w mieszkaniu, do godzin bez zajęcia, do wchodzenia w świat wewnętrzny wtedy, kiedy zewnętrzny robi się zacieniony.
Wszystkie warunki były spełnione. Nikt ich nie ustawiał świadomie i nikt nie wiedział, że są warunkami.
Dopiero wiele lat później, kiedy siedziałam już w sali z innymi, w ciszy, w rytmie dzwonka, po latach sesji zen — poznałam ten stan. Rozpoznałam go natychmiast, tak jak się rozpoznaje zapach domu, w którym się mieszkało w dzieciństwie. To było to samo. Dokładnie to samo. To był taki trans, taka obecność, jaką potem miałam po wielu latach siedzenia w sesjach zen. Wtedy zrozumiałam, co mi się właściwie stało przy tamtym okrągłym stole.
Chcę oddać, jak to było, bo to jest jeden z najsilniejszych momentów mojego życia i nie ma w nim nic uroczystego.
Siedziałam w sali. Miałam za sobą lata praktyki, nauczyciela, linię, całą strukturę. Robiłam to, co się robi, i w pewnej chwili przyszedł stan, którego się wtedy szuka i o którym mówi się w takich miejscach ostrożnie.
I pierwsza myśl, jaka we mnie powstała, nie była myślą o oświeceniu ani o niczym z tego porządku.
Pierwsza myśl brzmiała: ja to znam.
Znam z domu na wzgórzu. Z krzesła przy oknie. Z popołudnia, w którym kilkanaście osób jadło ciasto i rozmawiało, a dwunastoletnia dziewczynka siedziała bokiem i patrzyła w ogród.
To jest rozpoznanie, po którym pewne rzeczy nieodwracalnie przestają być możliwe. Nie da się już potem myśleć, że stan przychodzi z techniki. Technika może go przywołać i może przygotować grunt, i nie jest niczym mniej ważnym niż przedtem — ale on nie jest jej produktem, bo ja go dostałam, nie mając techniki żadnej.
To było moje pierwsze spontaniczne zazen. W wieku około dwunastu lat. Na tym tronie gdańskim.
Pięknie rzeźbione meble, wysokie, kręgosłup prosty. I energia babci tam — mojej kochanej babci, w krześle, na którym siedziała przez tyle lat, że drewno musiało już o niej wiedzieć wszystko.
Nie umiem i nie chcę dowodzić, że krzesło coś przechowuje. Mogę tylko powiedzieć, jak jest u mnie, po trzydziestu latach pracy w miejscu, które sama zbudowałam.
Miejsca się nasycają. To jest dla mnie tak oczywiste jak to, że ściana przy piecu jest cieplejsza. Robi się coś w jednym punkcie przez lata, z uwagą, w tej samej pozycji — i po pewnym czasie ten punkt zaczyna pracować sam. Ludzie, którzy wchodzą do mojego pokoju, mówią o tym bez żadnej zachęty z mojej strony, a wielu z nich nie ma najmniejszego zainteresowania takimi rzeczami.
Babcia siedziała na tym krześle przez dziesiątki lat. Chora, uśmiechnięta, z drutami albo z igłą, w tym samym miejscu, przy tym samym oknie, patrząc na ten sam ogród. Ile godzin bezruchu tam zostało. Ile spokoju człowieka, który nie ma siły na nic innego niż siedzieć i robić drobne, powolne ruchy palcami.
Ja usiadłam w gotowym miejscu.
Nazwałam to później wiecznymi momentami. Ta nazwa przyszła do mnie dużo za późno, bo najpierw przez lata nie miałam żadnej, a potem, kiedy pojawił się w moim życiu człowiek, z którym siadałam w milczeniu na pustych polach Warmii, obojgu nam to słowo weszło do ust naturalnie. Wieczne momenty. Nie „przeżycia". Nie „stany". Momenty — czyli coś krótkiego, punktowego, wpisanego w bieg. I wieczne — czyli coś, co się w tym punkcie nie mieści.
Na tamtych polach nie było nic. Warmia, bezdroża, przestrzeń bez żadnego punktu, na którym oko mogłoby się zatrzymać. Siadaliśmy i milkliśmy, i to milczenie nie było uprzejmością ani zmęczeniem rozmową. Ono było czynnością.
Dwoje ludzi, którzy siedzą razem w milczeniu na pustym polu, robi coś, czego nie da się zrobić osobno i czego nie da się zrobić przez mówienie. Ja przez całe dotychczasowe życie wchodziłam w te stany sama. Wtedy pierwszy raz weszłam w nie przy kimś, kto był w tym samym miejscu.
I dopiero wtedy pojawiło się słowo, bo słowa potrzebuje się dopiero wtedy, kiedy jest z kim.
Nazwanie czegoś po latach jest osobną czynnością i nie należy jej lekceważyć. Dopóki rzecz nie ma nazwy, wraca do człowieka jako coś, co mu się przydarzyło. Kiedy dostanie nazwę, staje się częścią jego wiedzy. Nie zmienia się przez to samo doświadczenie — zmienia się to, czy można na nim stanąć.
Ja przez pierwsze dwadzieścia lat nie miałam na czym stanąć. Miałam po prostu dziwne popołudnie z dzieciństwa, o którym nie było komu opowiedzieć.
Ale najważniejszą rzecz zrozumiałam dopiero jako dojrzała kobieta i długo nie miałam odwagi jej wypowiedzieć, bo brzmi zbyt dużo jak na dwunastolatkę.
Ja tam nie odpoczywałam. Ja tam pracowałam.
Łączyłam całą tę rodzinę z polem ponadczasowości.
Powiem, na czym opieram to zdanie, bo nie chcę, żeby brzmiało jak pretensja do wielkości.
Opieram je na trzydziestu latach obserwowania, co się dzieje w pomieszczeniu, w którym jedna osoba jest nieruchoma. Nie na teorii. Na tym, co widziałam setki razy, i na tym, co potem widzieli inni.
Kiedy w pokoju pełnym ruchu jest jeden punkt, który się nie porusza, cała reszta zaczyna się do niego odnosić. Ludzie tego nie wiedzą i nie zauważają. Ale coś w pomieszczeniu siada. Rozmowy stają się spokojniejsze. Ktoś, kto był rozdrażniony, przestaje. To nie jest wpływ, bo nikt nikomu niczego nie mówi. To jest zwykłe zjawisko: układ ruchomych elementów dostroi się do elementu nieruchomego, bo tylko on może być odniesieniem.
Nazywam to dzisiaj słowami, których wtedy nie miałam, i mam na to całą strukturę pojęć. Ale rzecz sama jest prosta i widzi ją każdy, kto raz siedział bez ruchu w rozgadanym pokoju.
Ja siedziałam bez ruchu przy oknie i przez ten czas cała rodzina — trzy pokolenia, ludzie z odebranej ziemi, ludzie, którzy się kłócili i godzili, i którzy nie mieli już żadnego wspólnego miejsca poza pustym środkiem tego stołu — miała w swoim pokoju punkt, który nie płynął.
To nie jest mało. Dla ludzi, którym zabrano ciągłość, punkt, który nie płynie, jest jedyną możliwą ojczyzną.
Oni stracili miejsce. Miejsce jest tym, co zwykle daje człowiekowi trwanie: ta sama ziemia, ten sam kościół, ten sam cmentarz, na którym leżą wszyscy przed nim. Kiedy się to zabierze, zostaje rodzina bez podłoża — ludzie, którzy owszem, są ze sobą spokrewnieni, ale nie mają już nic, co by pod nimi stało.
Takim rodzinom trzeba dać podłoże z innego materiału.
Nie umiałabym wtedy powiedzieć ani jednego z tych słów. Zresztą nie chodzi o słowa. Chodzi o to, że w tym pokoju było przez kilkadziesiąt minut coś nieruchomego i że wszyscy w nim byli, i że to wystarczy.
A skończyło się tak, jak się zaczęło — czyli bez granicy.
Nie było przebudzenia. Nie było momentu powrotu. W którymś miejscu po prostu znowu byłam w tym samym strumieniu co wszyscy: siedziałam na krześle, ktoś coś do mnie powiedział, wstałam, podeszłam do stołu.
Zjadłam kawałek ciasta. Rozmawiałam z kimś. Wieczorem wracaliśmy do domu i schodziło się ze wzgórza, i schodzenie było dużo łatwiejsze niż wchodzenie.
Niczego nikomu nie powiedziałam. Nie dlatego, że postanowiłam milczeć — po prostu nie było o czym mówić. Nie miałam poczucia, że wydarzyło się coś, co się opowiada. Człowiek opowiada to, co odbiega od reszty. A tamto nie odbiegało od niczego, bo nie miałam jeszcze skali, na której mogłabym to umieścić.
Dopiero po dwudziestu latach, siedząc w sali z obcymi ludźmi, dostałam skalę. I wtedy okazało się, że to popołudnie było najdalszym punktem, jaki dotąd osiągnęłam.
Siedziało kilkanaście osób wokół pustego środka stołu, jedli, śmiali się, opowiadali te same historie co rok wcześniej, i nikt z nich nie miał pojęcia, że dziecko pod oknem właśnie robi coś, co dla całego tego zgromadzenia jest robione. Nikt mnie o to nie prosił. Nikt nie zauważył. Dziewczynka siedzi cicho na krześle babci i patrzy w ogród — to nie jest widok, który kogokolwiek niepokoi.
I bardzo dobrze, że nie niepokoił. Gdyby ktoś podszedł, gdyby ktoś zapytał, czy mi coś jest, gdyby ktoś zaczął się nade mną pochylać — rzecz by się rozpadła w sekundę i nie byłoby tego rozdziału.
Rzeczy takie jak ta dzieją się wyłącznie tam, gdzie nikt nie patrzy. To jest ich warunek techniczny, nie kokieteria.
Dlatego nie mam żalu, że mnie wtedy nikt nie zauważył. Byłam zauważona ledwie kilka razy w całym dzieciństwie i to jest smutne, i jest to prawda. A jednocześnie: gdyby ktoś mnie wtedy zauważył, nic by się nie stało.
Niewidzialność ma swoją cenę i ma swoje zastosowania. Ja przez pierwsze pół życia płaciłam cenę. Przez drugie — korzystałam z zastosowań.
Opal.
Opal nie ma własnego koloru. To jest kamień zbudowany z mikroskopijnych kuleczek krzemionki i z wody uwięzionej między nimi, i cała jego barwa bierze się z tego, że światło się w nim załamuje. Patrzysz i widzisz zieleń, przechylasz — jest ogień. Nie ma w nim pigmentu. Jest tylko struktura i światło, które przez nią przechodzi.
Dwie rzeczy w tym kamieniu wydają mi się warte zapamiętania i obie są o mnie.
Pierwsza: barwa opalu zależy od tego, jak równo ułożone są te kuleczki. Jeżeli ułożenie jest przypadkowe, kamień jest mętny i nic w nim nie gra. Jeżeli jest regularne — światło zaczyna się w nim rozszczepiać i kamień pokazuje wszystko, czego nie posiada. Cała rzecz polega na porządku, nie na materiale.
Druga: w opalu jest woda. On nie jest do końca suchy i dlatego bywa kruchy, i dlatego nie każdy potrafi się z nim obchodzić. Coś, co świeci przez strukturę, musi mieć w sobie miejsca puste — wypełnione czymś ruchomym, nietrwałym, podatnym.
Kamień, który nie ma własnej barwy, przez całe życie pokazuje cudze światło. I nikt, kto na niego patrzy, nie ma pojęcia, że patrzy na pustkę ułożoną w porządek.
Cały mój późniejszy zawód, cała moja praca, wszystko, co robię w tym pokoju od trzydziestu lat, jest rozwinięciem tamtych kilkunastu albo kilkudziesięciu minut — nie wiem ilu — przy oknie w domu na wzgórzu.
Nie doszłam do tego przez lata. Ja to dostałam w całości, gotowe, mając dwanaście lat, i przez następne czterdzieści uczyłam się tylko, jak to obsługiwać.
Cisza w środku gwaru. Bezruch w środku ruchu.
I dziecko, które nic z tego nie rozumie, a robi to bezbłędnie.