Osobny rozdział o relacjach kobiety i mężczyzny: co się w nich powtarzało, skąd się brało i po co — bez moralizowania i bez upiększania.
Chcę opowiedzieć o jednym poziomie osobno. O poziomie miłości, o relacji mężczyzny i kobiety — jak on się w moim życiu kształtował, jakie dawał mi doświadczenia i jakie wyciągałam z nich wnioski. Bo bez tego obraz mojej osoby jest niepełny, a ja przez całe życie budowałam sobie warunki do jednej konkretnej pracy i wszystko, co przechodziło przez ten poziom, było częścią tego budowania. Także to, co wyglądało na katastrofę.
Ten poziom jest u ludzi najbardziej zabałaganiony ze wszystkich. Wiem to nie z własnego życia, tylko z trzydziestu lat patrzenia na cudze. Ludzie mają uporządkowaną pracę, uporządkowany dom, uporządkowane poglądy — a tam, gdzie jest miłość, mają najczęściej zwał niewyjaśnionych spraw z dwóch pokoleń wstecz. Ja też miałam. Różnica polega tylko na tym, że w pewnym momencie zaczęłam ten zwał rozkładać na części i oglądać.
Zanim był Jarek, był Darek, i bez tamtego ognia nie byłoby tego światła. Studiował prawo, ja organizację i zarządzanie. Był z tych ludzi, przy których człowiek podciąga się na palcach: czytał, wiedział, pamiętał daty i przyczyny, tłumaczył mi historię tak, jakby pamiętał jej zapach. Przy nim rozwinęłam się intelektualnie bardziej niż na całych studiach. W czasach Solidarności wybrali go prezesem niezależnej organizacji studenckiej i mieszkał w akademiku nad morzem, w pięknych miejscach, i był zajęty polityką, a nie miłością.
To ostatnie zdanie brzmi jak wyrzut, a nie jest. Był zajęty polityką w roku, w którym polityka zajmowała wszystkich, którzy mieli w sobie odwagę. Trudno mieć do dwudziestolatka pretensję, że wybrał historię zamiast dziewczyny, w czasie, kiedy historia stała w drzwiach i pukała. Mam pretensję o coś innego i mam ją bardzo cichą: że przez półtora roku pozwalał mi stać w przedpokoju.
Moja miłość do niego była ognista, niesamowita, po prostu przytłaczająca, i pełna podziwu do tego mężczyzny. A on nie potrafił mnie pokochać. Powiedział mi to wprost, spokojnie, jak się podaje wynik badania: chciałbym, ale nie potrafię cię pokochać. Byłam jak ćma, która chce się wyrazić w tej miłości i nie ma z kim, bo ten człowiek jest jak lód. On był na poziomie głowy. Trwało to półtora roku, z przerwami na parę tygodni, na parę miesięcy, i przez cały ten czas miałam poczucie poniżenia, skomlenia, błagania — pokochaj mnie, człowieku, odpowiedz mi na tę miłość. A seksualnie mnie potrzebował. Czułam się nadużyta i wykorzystana, po prostu jak pewien przedmiot. I nauczyłam się wtedy zdania, które nosiłam potem latami jak wszczepiony odłamek: że mnie nie można pokochać.
Odłamek to jest właściwe słowo, bo takie zdanie nie boli codziennie. Ono siedzi. Człowiek chodzi, pracuje, śmieje się, wychodzi za mąż, rodzi dziecko — a odłamek tkwi w tkance i daje o sobie znać tylko przy określonych ruchach. Ja przez całe następne dziesięciolecia nie umiałam przyjąć czułości bez odruchu sprawdzania, co jest na dole. Dostawałam dobre rzeczy i pierwsze, co robiłam, to szukałam haczyka. Nie dlatego, że byłam podejrzliwa z natury. Dlatego, że gdzieś we mnie leżał podpisany dokument mówiący, że mnie się kochać nie da, a skoro ktoś to robi, to znaczy, że się myli albo czegoś chce.
Wyciąganie tego odłamka trwało lata i nie zrobił tego żaden mężczyzna. Zrobiła to praca.
Ten poziom ma zresztą u ludzi swoją własną, bardzo uporczywą logikę i chcę ją opisać, zanim pójdę dalej, bo bez niej ta opowieść wygląda na ciąg przypadków, a nie jest ciągiem przypadków.
Człowiek szuka na tym poziomie nie tego, czego chce, tylko tego, co zna. To jest reguła, od której prawie nie ma wyjątków, i widziałam ją potwierdzoną na tylu ludziach, że przestałam się nad nią zastanawiać, a zaczęłam ją zakładać. Ktoś, kto wyrósł w chłodzie, będzie się przez pół życia zakochiwał w chłodzie i nazywał to fascynacją. Ktoś, kto wyrósł w napięciu, przy człowieku spokojnym poczuje nudę i pójdzie dalej, aż znajdzie kogoś, przy kim znów będzie mu ciasno w piersiach — i to ciasno nazwie miłością.
Ja wyrosłam w domu, gdzie miłość matki trzeba było zdobywać i gdzie nigdy nie było wiadomo, czy się ją tego dnia ma. Nauczyłam się w dzieciństwie kochać przez zdobywanie. Więc pierwszy raz, kiedy wolno mi już było wybierać samej, wybrałam człowieka, którego trzeba było zdobywać i nie dało się zdobyć. To nie był pech. To był doskonale wykonany ruch pamięci ciała.
I dlatego nie mam do siebie o to pretensji, choć długo miałam. Osiemnastolatka nie ma czym wybrać inaczej. Wybiera tym, co ma, a ma to, co jej włożono.
Zmienić to można. Tylko nie da się tego zrobić przez znalezienie lepszego człowieka. Trzeba zmienić rozpoznawanie — a rozpoznawanie siedzi w ciele, nie w poglądach.
Marzec osiemdziesiątego pierwszego roku. Zawiesili nam parę dni na uczelni, bo sytuacja polityczna zrobiła się tak dramatyczna, że mówiło się o rozśrodkowaniach, o tym, że w akademikach mają być ranni. W takich tygodniach ludzkie sprawy albo pękają, albo krystalizują. We mnie urodziła się wtedy ogromna decyzja: że muszę to skończyć, że to nie jest moja przestrzeń, że to nie jest moja dobra konstelacja, że ja nie pasuję do tego człowieka.
Wyszłam z akademika z koleżanką. Padał lekki deszcz. Na chodniku były kałuże, w których odbijały się światła latarni — mrok na górze, a na dole cały drugi świat, odwrócony, drżący. Idę i widzę ten moment jak przesunięcie: zawołałam, że dość. Zabierzcie mi tę miłość, zabierzcie mnie z tej sytuacji.
Przyszłyśmy na peron. Dwudziesta trzecia zero osiem. Wjeżdża pociąg i nagle wbiega na peron pewien mężczyzna. Wysoki, szczupły, przystojny. Jechałyśmy do Łomży przez Olsztyn, on jechał dalej, do Kętrzyna, do swojej mamy. Trzy godziny przesiedziałam z nim w Warsie i przez te trzy godziny postanowiłam, że on zostanie moim mężem. Że ucieknę od tamtej miłości, wiążąc się z pierwszym lepszym mężczyzną, którego postawi mi na drodze. Człowiek po dwóch godzinach takiej rozmowy jest już inny. Przechodzi w nowy film. Nowi bohaterowie.
Opowiadam tę scenę po raz drugi w tej książce i robię to świadomie, bo ona ma dwa różne znaczenia w zależności od tego, z której strony się na nią patrzy. W poprzednim rozdziale była początkiem małżeństwa i całej materialnej połowy mojego życia. Tutaj jest czym innym. Tutaj jest pierwszym w moim życiu doświadczeniem tego, że wołanie zostaje wysłuchane.
Bo ja wtedy nie prosiłam Boga. Ja w nikogo nie wierzyłam. Krzyknęłam w mokre powietrze coś, co było czystą, bezadresową rozpaczą, i w ciągu kilkunastu minut na peron wbiegł człowiek, który miał zająć następne piętnaście lat mojego życia. Można to nazwać zbiegiem okoliczności i przez wiele lat tak to nazywałam. Potem, kiedy zaczęłam pracować i zobaczyłam, jak systematycznie takie rzeczy się dzieją — z jaką regularnością, z jak zimną precyzją — przestałam.
Tylko że wysłuchanie nie znaczy dobrze. To jest lekcja, którą odbierałam potem wielokrotnie i którą przekazuję dziś ludziom bardzo wcześnie: dostaje się dokładnie to, o co się prosi, i ani grama więcej. Ja poprosiłam, żeby mi zabrano tę miłość i mnie z tej sytuacji. Nie poprosiłam o miłość dobrą. Nie poprosiłam o człowieka, którego pokocham. Poprosiłam o wyjście — i dostałam wyjście, w postaci drzwi, które prowadziły do zupełnie innego pomieszczenia, gdzie spędziłam piętnaście lat.
Wołanie jest zamówieniem. Warto je składać uważnie.
Ślub odbył się tego samego roku, dwudziestego czwartego października. On był trzy lata starszy, kończył handel zagraniczny, ja byłam na trzecim roku. Przeżyliśmy potem piętnaście lat i nigdy nie byłam w stanie go pokochać. Okłamałam go tamtego lata, kiedy się poznawaliśmy — powiedziałam mu w pewnym momencie, że go kocham, choć nie pokochałam go nigdy. Od początku wiedziałam, że ten człowiek ma obciążenia, ale nie chciałam z tego rezygnować, bo wyznaczyłam go na swojego wybawcę. Tak się to robi, kiedy ma się dwadzieścia parę lat i rozbite serce: bierze się kogoś na ratunek i nazywa się to małżeństwem.
Jego ród był zraniony głębiej, niż wtedy umiałam pojąć. Nie miał ojca — ojciec umarł, kiedy on miał osiem lat, jeszcze w Rosji. Matka została wdową i wyjechała z dwojgiem dzieci do Kętrzyna, do swojej polskiej rodziny. On został wyrwany ze swojego środowiska, nie znając ani słowa po polsku, po nagłej stracie ojca, bez kolegów, bez szkoły, bez krajobrazu, w którym wyrósł. A tu koledzy prześladowali go, wyzywając od Ruska, upokarzając. Wyrósł z tego człowiek pokaleczony, bardzo neurotyczny, i ja musiałam się mierzyć ze skutkami tych nieprzepracowanych przeżyć, których absolutnie nie chciał poddać żadnej terapii, mimo moich gorących namów. W trudnych sytuacjach zamykał się w sobie, kulił, nie odzywał. Skręcał się w kłębek i leżał na tapczanie, i mijało wiele czasu, zanim powiedział, o co chodzi. Tamte lata w Rosji były tabu. W ogóle nie chciał tam zaglądać.
W tej linii było zresztą więcej takich lat, do których nikt nie zaglądał. Była w niej kobieta, Polka, wywieziona na Syberię jako piętnastolatka. Była rosyjska Żydówka. Ten ród przez dwa pokolenia uczył się jednej rzeczy: że można stracić miejsce na ziemi z dnia na dzień i że nie ma sensu się przywiązywać. Kiedy dziś, po wielu latach pracy z rodami, patrzę na tamto małżeństwo, widzę je bardzo prosto. Spotkało się dwoje ludzi, z których każde miało w sobie mocne, odziedziczone „nie otwieraj". Moje było świeże i moje własne. Jego było starsze ode mnie i ode mnie cięższe.
I to nie mogło się skończyć inaczej. Nie dlatego, że byliśmy źli albo nieudolni. Dlatego, że dwoje zamkniętych nie robi razem jednego otwartego.
Pierwsze dwa lata małżeństwa przechorowałam. Leczyłam serce z miłości, miałam stany zapalne w różnych częściach ciała, i mój mąż mnie leczył i doczulał, dawał mi dużo serca i troski. Powiedziałam mu na początku, że nie chcę mieć dzieci, a on się zgodził, bo też nie chciał. Mieliśmy być małżeństwem bez dzieci. Kiedy byłam jeszcze z Darkiem, powiedziałam mu coś, o czym potem zapomniałam na ćwierć wieku: że czuję, że moja przyszłość to nie jest rodzina. Że nie będę miała rodziny. Że oddam się jakiejś pracy.
To zdanie wróciło do mnie dopiero wtedy, kiedy było już całkiem oczywiste — kiedy nie miałam ani męża, ani domu, ani pieniędzy, tylko dwa pokoje, parę książek i pierwszych pacjentów. Wróciło jak coś, co przez cały czas leżało na wierzchu, a czego nikt nie chciał podnieść. Zdumiewa mnie w tym nie sama trafność, tylko to, jak długo można nie słyszeć własnych słów.
A kiedy wyzdrowiałam, po trzech latach tego małżeństwa, zakochałam się w jego kuzynie.
Jarek. Syn siostry mojej teściowej — one były rodzonymi siostrami, więc on i mój mąż wychowali się blisko siebie w tym samym Kętrzynie. On miał dziewiętnaście lat, ja byłam od niego o pięć lat starsza. Ta różnica jest ważna, bo odwracała wszystko, do czego byłam przyzwyczajona: przy Darku byłam tą, która błaga, a tu nagle byłam starsza, prowadzącą, i nikt niczego ode mnie nie chciał wyszarpać.
To odwrócenie zrobiło ze mną coś, czego się nie spodziewałam. Kobieta, która przez półtora roku prosiła, żeby ją ktoś zechciał, nagle stanęła po drugiej stronie — i okazało się, że po tamtej stronie oddycha się zupełnie inaczej. Nie chodziło o władzę. Chodziło o to, że pierwszy raz w życiu byłam w relacji, w której nie musiałam sprawdzać, czy mnie jeszcze chcą. Ta jedna rzecz — brak sprawdzania — zwolniła we mnie tyle miejsca, że dopiero wtedy zobaczyłam, ile go dotąd zajmował lęk.
Był artystą. Malował i grał na pianinie. Kiedy przyjeżdżałam, opowiadał mi, co przeżył od ostatniego razu, a potem siadał przy pianinie i mi to wygrywał. Nie umiem powiedzieć, co się we mnie wtedy robiło. Byłam po dwudziestce i już zdążyłam w to życie wbudować pieniądze, pracę i rozsądek, a tu ktoś przekładał tydzień swojego życia na dźwięki. To on wniósł mi muzykę. Kupował mi płyty z muzyką klasyczną — miałam sztukę przez Jarka, bezpieczeństwo materialne i zaopiekowanie przez męża, i tak uzdrawiałam swoje ciało.
To wygrywanie muszę opisać dokładniej, bo to jest najdziwniejsza rzecz, jaka mi się w tamtych latach przydarzyła, i przez długi czas nie umiałam o niej mówić, bo brzmi jak przesada.
On opowiadał zwyczajnie. Że był tam, że spotkał kogoś, że coś go zdenerwowało, że coś zobaczył. Zwykłe zdania. A potem przerywał w pół słowa, przesiadał się i grał — i po dwóch minutach ja wiedziałam o jego tygodniu więcej niż z całej opowieści. Nie chodziło o nastrój. Chodziło o coś dokładniejszego: dostawałam nie relację ze zdarzenia, tylko samo zdarzenie, przetłumaczone na materiał, przez który idzie bez strat.
Wtedy myślałam, że to jest talent. Dziś wiem, że patrzyłam na przekaz. Że istnieją ludzie, przez których pewne rzeczy przechodzą bez zniekształcenia, i że to nie jest kwestia zdolności ani techniki, tylko drożności. On był drożny. I ta drożność udzielała się temu, kto był w pokoju.
Ja wtedy nie byłam drożna zupełnie. Byłam kobietą, która przez cały dzień jeździła między dwoma placami kamieniarskimi, siadała z ludźmi w żałobie, sprawdzała fugi i przyjmowała pieniądze, i miała w sobie tyle otwartości, ile trzeba, żeby to wszystko udźwignąć — czyli bardzo niewiele. Przyjeżdżałam do niego zatkana. Wyjeżdżałam otwarta. Nie dlatego, że coś mi wytłumaczył. Dlatego, że przy człowieku drożnym drożność się przenosi. To działa jak strojenie: jeden instrument brzmi czysto i drugi po pewnym czasie zaczyna się do niego układać.
Płyty przywoził mi w reklamówce, po dwie, po trzy. Nie wiem, skąd je brał; wtedy nic nie było łatwo dostępne. Słuchałam ich potem sama, wieczorami, w mieszkaniu w lesie. Pamiętam, że nie umiałam z początku wysiedzieć całej strony. Brakowało mi cierpliwości do rzeczy, która przez pierwsze minuty nic nie robi. Nauczyłam się tego dopiero z czasem — i dziś rozumiem, że uczyłam się wtedy nie muzyki, tylko czekania. Zdolność siedzenia w czymś, co nie od razu daje, jest podstawą wszystkiego, co robię. Uczyłam się jej na czarnych płytach, na tapczanie, po całym dniu przy granicie.
Jeździliśmy samochodem. To był cały nasz repertuar: wsiąść i jechać na bezdroża Warmii, tam gdzie asfalt się kończy, a zaczyna się droga, którą pamiętają tylko traktory. Jesienią te pola mają kolor spranego chleba. Zatrzymywaliśmy się przy jakiejś kępie krzaków, siadaliśmy na ziemi i nie mówiliśmy nic. Godzinami. Wiatr szedł po ściernisku jednym długim gestem, jak ręka po grzbiecie zwierzęcia. Gdzieś warczał ciągnik i milkł. Słońce schodziło i skóra na twarzy stygła stopniami, jak stygnie metal. I na tych polach siadaliśmy w milczeniu, wchodząc w momenty wieczne, mistyczne. To była mistyczna miłość. Tajemna, ukryta.
Muszę zatrzymać się przy tym milczeniu, bo to jest sedno całego rozdziału i najtrudniejsza rzecz do przekazania komuś, kto tego nie miał.
Ludzie milczą razem na różne sposoby. Jest milczenie, w którym dwoje ludzi czeka, aż drugie coś powie. Jest milczenie po kłótni, gęste i pełne zdań. Jest milczenie ze zmęczenia, kiedy się już nie ma siły. To wszystko są milczenia, w których nadal się coś dzieje między dwiema osobami — po prostu dzieje się bez słów.
A to było inne. To było milczenie, w którym obie osoby przestawały być osobne.
Zaczynało się zwyczajnie. Siadaliśmy, bo już nie było o czym mówić, i przez pierwszy kwadrans w mojej głowie trwał zwykły ruch: co trzeba zrobić w poniedziałek, czy pamiętam o zamówieniu, czy nie jest za zimno na ziemi. Potem ten ruch rzedł. Robił się rzadszy, jak deszcz, który przestaje. I w pewnym momencie — nigdy nie wiedziałam, w którym — po prostu nie było już następnej myśli.
I wtedy zaczynało się to, na co nie ma dobrego określenia. Oczy miałam półotwarte. Widziałam wszystko: linię pola, słupy, chmury idące niżej, niż się chce wierzyć, kolor ścierniska, który przy schodzącym słońcu robi się rudy jak sierść. Rejestrowałam każdy szczegół, ostrzej niż normalnie. Ale nie było już nikogo, kto by to komentował. Był tylko obraz i obecność.
I czas przestawał iść w jedną stronę.
To jest najdziwniejsza część i mówię o niej ostrożnie, bo brzmi jak literatura, a nie jest literaturą. Czas nie zatrzymywał się — on się rozszerzał. Robił się przestrzenią, po której można patrzeć na boki. Siedziałam i miałam poczucie, że jestem gdzieś ponad czasem i obserwuję to, co się w czasie dzieje: ciągnik, wiatr, słońce schodzące o kolejny stopień. Wszystko to szło dalej, tylko ja nie szłam razem z tym.
Wtedy nie wiedziałam, że robię coś, co ma nazwę. Nie wiedziałam, że dokładnie ten sam stan miałam jako dwunastolatka na rzeźbionym krześle mojej babci, w pokoju pełnym gwaru, przy oknie wychodzącym na ogród pełen kwiatów. Nie połączyłam tych dwóch rzeczy przez następne dwadzieścia lat. Dopiero kiedy zaczęłam siedzieć w formalnej praktyce i kiedy nauczyciel opisał, o co w niej chodzi, coś we mnie powiedziało: przecież ja to znam. Znam z krzesła babci i znam z pól pod Kętrzynem.
I wtedy zobaczyłam jeszcze jedno, co jest może ważniejsze. Na krześle babci byłam w tym stanie sama, w środku rodziny, i łączyłam ich wszystkich z czymś, czego nie umiałam nazwać. Na polach byłam w nim we dwoje. To jest zupełnie inna rzecz. Wejść w to samemu jest trudne, ale możliwe. Wejść w to razem z drugim człowiekiem, bez umowy, bez techniki, bez jednego słowa — to się zdarza kilka razy w życiu i większości ludzi nie zdarza się nigdy.
Myśmy tam nie medytowali. Nikt z nas nie znał wtedy tego słowa w praktycznym sensie. Myśmy tylko siedzieli na ziemi na pustym polu, dwoje ludzi, którzy nie mogli mieć siebie, i przestawali być osobni.
I dlatego to nie było romansem. Nie z cnoty. Z powodu poziomu, na którym to się odbywało. Kiedy dwoje ludzi ma dostęp do tamtego miejsca, ciało przestaje być najkrótszą drogą do siebie nawzajem. Staje się jedną z dróg — i to nie najszybszą. Wiele lat później, kiedy zaczęłam pracować z ludzkimi polami, zrozumiałam to technicznie i przestałam się temu dziwić. Wtedy tylko to przeżywałam, bez jednego zdania wyjaśnienia.
Wracaliśmy potem samochodem po ciemku, przez wsie, w których świeciło się po jednym oknie. Zawsze byłam po tym bardzo spokojna i bardzo zmęczona, tak jak się jest zmęczonym po czymś, co zabrało dużo energii, choć nie ruszyło się palcem.
I to jest właśnie ta rzecz, o której napisałam kiedyś jednym zdaniem, że w tym uzdrawiałam swoje ciało. Zdanie jest krótkie i przez to niedokładne, więc rozwinę je teraz, bo dotyczy mechanizmu, na którym stoi cała moja późniejsza praca.
Ciało uzdrawia się nie wtedy, kiedy mu się coś robi, tylko wtedy, kiedy przestaje musieć. Przez cały tydzień moje ciało musiało: wstać, jechać, siedzieć, liczyć, wytrzymać czyjś płacz, sprawdzić fugę, wrócić, ugotować, wysłuchać, nie płakać. Napięcie w takim trybie nie schodzi nigdy do zera; schodzi najwyżej do połowy, w nocy, na kilka godzin. A wszystko, co się w człowieku ma naprawić, naprawia się wyłącznie poniżej pewnego progu napięcia. Powyżej niego organizm nie remontuje, tylko utrzymuje.
Na tamtych polach schodziłam poniżej progu. Kilka godzin bez jednego „muszę", w bezruchu, na ziemi, w towarzystwie, przy którym nie trzeba było niczego udawać. Ciało dostawało wtedy sygnał, którego przez resztę życia nie dostawało nigdy: teraz nic nie nadchodzi. I zaczynało pracować nad sobą.
Przez trzy pierwsze lata małżeństwa chorowałam bez przerwy, jedna rzecz po drugiej. Potem to ustało. Ludzie widzieli w tym naturalną kolej rzeczy — młody organizm w końcu się pozbierał. Ja wiem, kiedy dokładnie się pozbierał i przy kim.
Nie było w tym niczego cudownego. Nikt na mnie nie kładł rąk. Po prostu ktoś siedział obok, przez godziny, i nie chciał ode mnie nic.
Dziś jest to fundament tego, co robię z ludźmi. Zanim cokolwiek zacznę, doprowadzam człowieka do stanu, w którym nic od niego nie jest wymagane. To trwa czasem czterdzieści minut z półtorej godziny sesji i wygląda, jakby się nie działo nic. Dzieje się rzecz najważniejsza: organizm sprawdza, czy naprawdę może opuścić gardę. Kiedy uzna, że może, zaczyna sam robić to, do czego został zbudowany.
Nauczyłam się tego na ściernisku, długo przed tym, zanim ktokolwiek nauczył mnie czegokolwiek.
To przy nim zaczęłam pisać. Najpierw wiersze, potem poematy — długie, rozlewne, pisane nocą, kiedy dom już spał. Miałam wcześniej dzienniki i pisałam w nich literaturę o sobie, ale to było notowanie życia. Poezja przyszła dopiero z nim. Ta część mnie — głęboka, artystyczna, poetycka — jest z czasów Jarka. Do dziś, kiedy trafiam na własne zeszyty z tamtych lat, poznaję po pierwszej linijce, czy pisałam to przed nim, czy po. Przed: opis. Po: obecność.
Poematy pisałam całymi nocami i rano szłam do pracy. Nie umiałam ich krócej. Wiersz, który miał cztery linijki, po tygodniu miał czterdzieści, bo za każdym razem otwierało się w nim jeszcze jedno pomieszczenie. Nikt tego nie czytał. Nie chodziło o to, żeby czytał.
Dziś patrzę na to zawodowo i widzę rzecz oczywistą: człowiek, który dotknął tamtego poziomu, musi mieć czym to znieść na dół. Doświadczenie nie może zostać na górze, bo wtedy nie wchodzi w życie i po jakimś czasie zaczyna rozsadzać. Musi mieć formę. Jedni malują, drudzy grają, ja pisałam poematy w kratkowanym zeszycie i chowałam je do szuflady. To nie była twórczość dla sztuki. To było sprowadzanie.
On sprowadzał obrazem i dźwiękiem. Ja słowem. Robiliśmy przez kilka lat, każde u siebie, dokładnie to samo.
Różnicę między jednym a drugim rodzajem pisania umiem dziś pokazać na palcach, bo przez lata trafiałam na własne zeszyty i za każdym razem rozpoznawałam ją w pierwszej linijce.
W dziennikach pisałam z zewnątrz. Byłam osobą, która relacjonuje samą siebie: dzisiaj było tak, powiedziałam to, poczułam tamto, chyba dlatego, że. Zdania miały porządek, przyczyny i wnioski. To była praca głowy nad materiałem dostarczonym przez życie i miała swój sens — porządkowała. Kobieta, która przez cały dzień nie może być sobą, wieczorem opisuje siebie, żeby sprawdzić, czy jeszcze jest.
W wierszach nie było opisu. W wierszach było miejsce, w którym się stało. Zdania robiły się krótsze, przestawały tłumaczyć i przestawały się bronić. Znikały wszystkie „dlatego" i „ponieważ", bo tam, skąd to szło, nie ma przyczyn — jest jednoczesność. Pisałam rzeczy, których po przeczytaniu rano nie umiałam wyjaśnić, i to był znak, że są dobre.
Poematy przychodziły całe. Zaczynałam pisać nie wiedząc, co będzie w trzeciej linijce, i pisałam czterdzieści minut bez podnoszenia ręki, a potem siedziałam nad tym zdziwiona jak ktoś, kto znalazł list w swojej własnej kieszeni. To był pierwszy raz w moim życiu, kiedy coś przeze mnie przechodziło, a nie było przeze mnie robione.
Wtedy nie wiedziałam, co to znaczy. Uważałam się za kobietę o skłonnościach literackich, która ma ciężkie życie i pisze o tym nocami. Dopiero po latach, kiedy zaczęłam odbierać rzeczy zupełnie inaczej i zapisywać je w zeszytach, które dziś stoją u mnie w zielonym pokoju, rozpoznałam ten sam mechanizm, tylko w innej skali. To samo ustanie własnego głosu. To samo zdziwienie nad kartką.
Nauka odbierania zaczęła się u mnie nie w żadnej szkole. Zaczęła się na tapczanie, po pracy przy nagrobkach, w mieszkaniu w lesie, w zeszycie w kratkę, którego nikt nigdy nie przeczytał.
Kiedy dziś mówię ludziom, żeby pisali, prawie zawsze pytają, co mają pisać. Odpowiadam zawsze tak samo: nic. Siadasz i piszesz to, co przyjdzie, i pilnujesz tylko jednego — żeby nie poprawiać. Poprawianie jest ruchem głowy, a głowa zaraz przejmie władzę i po dziesięciu minutach będziesz miała porządny opis swojego dnia, który nie posłuży ci do niczego.
On był katolikiem. Ja byłam wtedy niewierząca — od jedenastego roku życia, od dnia, w którym na lekcji religii coś we mnie powiedziało jednym zdaniem, że to wszystko ściema, i wyszłam z tego, i weszłam w ateizm jak się wchodzi do zimnego pokoju: z ulgą, bo przynajmniej wiadomo, gdzie się stoi. On mnie stamtąd wyprowadził. Nie przez argument — nie pamiętam ani jednej rozmowy, w której próbowałby mnie przekonać. On po prostu miał w sobie miejsce, którego ja nie miałam, i przy nim moje własne zaczęło się otwierać. On we mnie duchowość rozwinął.
To jest zdanie, które powtarzam od lat i które ludzie zawsze rozumieją opacznie. Myślą, że mnie nawrócił. Nie nawrócił mnie na nic. Nie poszłam za nim do żadnego kościoła i nigdy nie wróciłam do religii, z której wyszłam jako jedenastolatka. To, co zrobił, było czymś zupełnie innym i nie miało nazwy.
Powiem to najprościej, jak umiem. Do dwudziestego któregoś roku życia byłam człowiekiem, dla którego świat składał się z rzeczy, jakie widać, i z przyczyn, jakie da się wskazać. Miałam do tego świetne narzędzia: głowę do liczenia, zmysł organizacyjny, książki. Wszystko, czego doświadczyłam wcześniej i co się w tym schemacie nie mieściło — bezruch na krześle babci, światło w tramwaju bez źródła, drgania ciała, przed którymi uciekałam od osiemnastu lat — zaliczałam do awarii. Do rzeczy, które trzeba wyleczyć albo przeczekać.
A on chodził po świecie, w którym istniało coś jeszcze. Nie mówił o tym górnolotnie i nie robił z tego tematu. To było po prostu widoczne w tym, jak siadał, jak patrzył na obraz, jak milczał. Widziałam człowieka, dla którego pewien wymiar istnieje w sposób oczywisty, tak jak istnieje ściana.
I moje własne doświadczenia zaczęły powoli przechodzić z rubryki „awaria" do rubryki „to coś znaczy".
To wszystko. Tyle zrobił. Nie dał mi żadnej wiedzy, żadnej techniki, żadnej drogi. Przesunął jedną rzecz z jednej rubryki do drugiej — a to jest przesunięcie, po którym całe życie idzie w inną stronę. Kilka lat później zaczęłam czytać o mistyce, potem trafiłam do praktyki, potem do wszystkiego, co przyszło dalej. Ale pierwszy krok był tam, na polu, gdzie ktoś obok mnie traktował niewidzialne poważnie i nie robił z tego przedstawienia.
Człowiek nie potrzebuje nauczyciela na początku. Potrzebuje kogoś, przy kim jego własne doświadczenie przestaje być wstydliwe.
Jego rodzice wiedzieli. To jest ta część, w którą nikt mi nigdy nie uwierzył. Wiedzieli i szanowali to — nie tolerowali, nie przymykali oka, szanowali. Kiedy przyjeżdżaliśmy, matka nakrywała do stołu i patrzyła na nas ostrożnie, jakby coś było świętego. Mieli w sobie dość instynktu, żeby rozpoznać, że to nie jest romans. Że to jest coś, na co nie ma nazwy, i że nazwanie by to zabiło.
Myślę o tym często, bo to była lekcja udzielona mi przez ludzi, którzy pewnie nigdy nie użyli w życiu ani jednego słowa z tych, którymi ja się dzisiaj posługuję. Oni po prostu wiedzieli, kiedy się nie wchodzi. Istnieje taka wiedza, całkowicie bezsłowna, i bywa u ludzi, po których nikt by się jej nie spodziewał: rozpoznanie, że w pomieszczeniu odbywa się coś, czego nie należy dotykać, i wycofanie się o krok bez robienia z tego sprawy.
Nazwać by to zabiło. To nie jest ładne zdanie, tylko fakt techniczny. Nazwa ustawia rzecz w kategorii i od tej chwili rzecz zaczyna zachowywać się zgodnie z kategorią. Gdyby ktoś wtedy powiedział na głos: romans — musielibyśmy się wobec tego słowa ustawić. Albo je potwierdzić, albo mu zaprzeczyć, albo się bronić. A tak długo, jak nikt nie powiedział nic, było to, czym było, i nie musiało być niczym innym.
Bo to nigdy nie stało się romansem w potocznym sensie. Nie znaczy to, że było lekko. Wracałam do domu, w którym był mój mąż, i nosiłam w sobie ten drugi świat jak kamień w kieszeni, ciepły od dotykania. Wina nie miała kształtu przewinienia — miała kształt rozdwojenia. Byłam w dwóch miejscach naraz i w żadnym całkowicie. Decyzja zapadła bez sceny: rodziny się nie rozbija. To zdanie było we mnie starsze niż ja. Obydwoje je znaliśmy i nie musieliśmy go sobie mówić.
Kosztowało. Nie chcę udawać, że nie. Kobieta, która żyje w dwóch światach, płaci za to obecnością — w każdym z nich jest o jedną warstwę mniej niż mogłaby być. Mój mąż dostawał żonę, która była przy nim ciałem, rozsądkiem i pracą, a jednej rzeczy nie dostawał nigdy i chyba nawet nie wiedział, że ona istnieje. Jarek dostawał kobietę, która przyjeżdżała i wyjeżdżała. A ja miałam życie poskładane z dwóch połówek, z których żadna nie była całością.
To był mój sposób na przetrwanie tamtych lat i nie potępiam go dzisiaj. Ale nazywam po imieniu: ja wtedy jeszcze nie umiałam żyć jednym życiem. Nauczyłam się tego dopiero po rozwodzie, kiedy zostałam bez wszystkiego i kiedy nie było już czego dzielić.
Nauczyłam się przy tym czegoś jeszcze, o czym mało kto mówi: jak się nosi tajemnicę przez lata.
Tajemnica ma ciężar i ten ciężar jest stały. Nie rośnie i nie maleje. Człowiek przyzwyczaja się do niego tak, jak przyzwyczaja się do plecaka — po pewnym czasie przestaje go zauważać i zaczyna uważać własną, przygarbioną sylwetkę za naturalną. Dopiero kiedy zdejmie, orientuje się, ile niósł.
Nie miałam wtedy nikogo, komu mogłabym o tym powiedzieć. Nie chodziło nawet o to, że ktoś by mnie potępił. Chodziło o to, że nie było języka. Gdybym powiedziała komukolwiek: siedzimy na polu i przestajemy być osobni — usłyszałabym w najlepszym razie żart, a w najgorszym pytanie, czy się w kimś zakochałam. Jedno i drugie byłoby nieprawdą, a nieprawda wypowiedziana na głos przykleja się do rzeczy trwalej niż milczenie.
Więc milczałam. Przez lata. I to milczenie zbudowało mi pewną umiejętność, z której korzystam dzisiaj codziennie: umiem mieć w sobie coś ważnego i nie potrzebować, żeby ktokolwiek to potwierdził. Bardzo dużo ludzi tego nie umie. Muszą opowiedzieć, muszą pokazać, muszą usłyszeć, że to prawda — a każde takie opowiedzenie odejmuje rzeczy trochę mocy, aż w końcu zostaje sama opowieść i nic pod nią.
To, czego się nie wypowiedziało, zostaje całe.
Dzisiaj, kiedy ludzie przychodzą do mnie ze swoimi sprawami z tego poziomu, prawie zawsze przynoszą to samo: dwa światy i brak zgody na to, że oba są prawdziwe. Chcą, żebym powiedziała, który jest właściwy. Nie mówię. Pokazuję im tylko, ile kosztuje ich stanie w rozkroku, i pytam, czy stać ich na to jeszcze przez dziesięć lat. Sami sobie odpowiadają. Nie zawsze tak, jak się spodziewali.
Dziś to jest dojrzała przyjaźń, spokojna jak dobrze wypalona glina. On maluje. Namalował cykl o miłości — dwie głowy, kobieta i mężczyzna, ustawiane wobec siebie za każdym razem inaczej: naprzeciw, obok, jedna w drugiej, plecami, wtopione. Ten cykl obszedł świat i trafił na okładki chyba stu książek, w różnych językach. Myślę czasem, że gdzieś na drugiej półkuli ktoś bierze do ręki powieść i nie wie, że patrzy na dwoje ludzi siedzących w milczeniu na pustym polu pod Kętrzynem. Ma żonę, Justynę — dużo od niego młodszą, ma około czterdziestu lat, mądrą, z natury szamankę, która prowadzi bibliotekę i zbiera wokół siebie inne kobiety. Pisze. Organizuje kręgi dla matek.
W tym cyklu jest coś, co rozumiem lepiej niż ktokolwiek, kto go ogląda. Te dwie głowy nigdy nie są ze sobą złączone tak, żeby powstała jedna. I nigdy nie są całkiem osobne. Za każdym razem szuka innego ustawienia, jakby próbował znaleźć to jedno, w którym oboje mogliby zostać sobą i jednocześnie nie być osobno. Maluje to od dziesiątków lat i nadal maluje.
To znaczy, że nie znalazł. Albo że znalazł raz i od tamtego czasu próbuje to odtworzyć farbą.
Nie pytałam go o to nigdy i nie zapytam. Są rzeczy, które między dwojgiem ludzi zostają nietknięte właśnie dlatego, że oboje wiedzą.
Kiedy się rozwodziłam, rozstałam się z całą rodziną męża. Ze wszystkimi, co do jednej osoby — bo tak to działa, kiedy się wychodzi z rodu: zamykają się drzwi, których się nawet nie zamykało samemu. Z jednym jedynym człowiekiem z tamtej rodziny się nie rozstałam. Nigdy nie było o tym mowy. Po prostu wszyscy odeszli, a on został, tak jak zostaje rzecz, która nie należała do tego domu, mimo że w nim stała.
Dziś jest jednym z ludzi, którzy trzymają moje pole. Mam ich kilkoro i każde stoi na innym miejscu figury; wiem o nich rzeczy, których nie wiedzą o sobie sami, i pilnuję ich z odległości setek kilometrów. On stoi na swoim rogu od czterdziestu lat i jest z nich wszystkich najbardziej kruchy.
Mówię to z pełną czułością i bez złudzeń, bo widzę to zawodowo. Ten człowiek jest zbudowany tak, że kobieca miłość jest mu potrzebna do życia w sposób dosłowny — nie jako przyjemność, nie jako towarzystwo, tylko jako zasilanie. Bez tego usycha. Widziałam to na nim kilkakrotnie i za każdym razem wyglądało tak samo: najpierw gaśnie kolor w obrazach, potem gaśnie on. Malarz światowej sławy, człowiek, przez którego przechodzi światło, ma w swojej konstrukcji jeden punkt, w którym jest bezbronny jak dziecko.
Takie punkty są w każdym z nas i najczęściej znajdują się dokładnie tam, gdzie ktoś jest najsilniejszy. Ludzie myślą, że słabość leży obok mocy. Ona leży pod nią i jest z tego samego materiału.
A Darek odezwał się jeszcze raz, po wielu latach, okrężną drogą. Mój pacjent poznał go przypadkiem na spływie kajakowym, padło moje imię i Darek przekazał przez niego wiadomość: że nigdy o mnie nie zapomniał, że jestem dla niego kimś bardzo szczególnym. Przeczytałam to i nie poczułam ani triumfu, ani żalu. Pomyślałam tylko, jak długo potrafi iść jedno zdanie, żeby dojść do właściwego adresu.
I pomyślałam jeszcze coś, o czym nie powiedziałam wtedy nikomu. Że więc jednak potrafił. Że to, co przez półtora roku wyglądało na niemożność, było tylko niemożnością wtedy — w tamtym roku, w tamtym wieku, przy tamtym natłoku. Człowiek, który mówi „nie potrafię cię pokochać", zwykle mówi prawdę o chwili i nieprawdę o sobie.
Nie zmienia to niczego, co przeżyłam, i nie odbiera tamtym miesiącom ani grama ciężaru. Ale odbiera coś innego: to wszczepione zdanie. Bo jeśli on nigdy nie zapomniał, to znaczy, że coś tam jednak było przyjęte. A skoro było przyjęte, to nieprawda, że mnie nie da się pokochać.
Odłamek wyszedł po latach, przypadkiem, przez trzecią osobę, na spływie kajakowym. Tak to zwykle wygląda.
Każdy człowiek, którego kochałam, był wybitny i zdolny. Zauważyłam to dopiero po latach i przestraszyłam się tego zdania, bo brzmi jak przechwałka. A to nie jest przechwałka, tylko opis mechanizmu. Ja się nie zakochiwałam w ludziach — zakochiwałam się w tym, co przez nich przechodziło. Darek przepuszczał przez siebie porządek. Jarek przepuszczał przez siebie światło. A ja stałam pod tym jak pod deszczem i rosłam.
Ma to swoją cenę i chcę ją nazwać, bo inaczej to zdanie brzmi zbyt pięknie. Kobieta, która kocha to, co przez człowieka przechodzi, ma skłonność do pomijania samego człowieka. Jego zmęczenia, jego drobnych spraw, jego zwyczajnej potrzeby, żeby ktoś zauważył, że jest głodny. Byłam bardzo uważna na to, co ktoś przenosi, i bywałam nieuważna na to, kim jest, kiedy akurat niczego nie przenosi.
Nauczyłam się tego dopiero w pracy. Do mnie na stół nie przychodzi przekaz — przychodzi człowiek, który ma bark nie do podniesienia i boi się iść do lekarza. Trzydzieści lat kładzenia rąk na zwykłych ludzkich ciałach wyleczyło mnie z zapatrzenia w to, co świeci.
Kiedy dziś układam sobie w głowie ten cały poziom — od pierwszej miłości, przez małżeństwo, przez pola pod Kętrzynem, aż do dzisiaj — widzę, że dostałam na nim trzy różne lekcje i że żadnej z nich nie dałoby się przekazać słowami.
Pierwsza była o tym, że można kochać całą sobą i nie dostać nic, i że to nie jest wyrok na własną wartość, tylko informacja o cudzej konstrukcji. Uczyłam się tej lekcji półtora roku i zdałam ją dopiero po czterdziestu latach, kiedy przyszła wiadomość ze spływu kajakowego.
Druga była o tym, że można mieć wszystko i nie mieć nic — dom, dostatek, człowieka dobrego i porządnego — jeżeli w środku brakuje jednej rzeczy, której się nie da zamówić ani wypracować. Tej lekcji uczyłam się piętnaście lat i była najdroższa, bo płacił za nią także ktoś, kto niczego nie zawinił.
Trzecia była o tym, że istnieje miłość, która nie potrzebuje mieć, i że ona jedna nie zużywa się z czasem. Tej lekcji uczyłam się na ziemi, w milczeniu, i trwa do dzisiaj.
Ludzie pytają czasem, której z tych trzech życzyłabym komuś. Żadnej z osobna. Wszystkich trzech, po kolei, w tej samej kolejności — bo dopiero trzecia jest zrozumiała dla kogoś, kto przeszedł dwie pierwsze. Gdyby przyszła jako pierwsza, wzięłabym ją za coś, czym nie jest, i próbowała zrobić z niej życie. I zniszczyłabym ją w rok.
Ametyst.
Kwarc, w którym siedzi odrobina żelaza, i tylko dlatego jest fioletowy. Sam z siebie byłby przezroczysty jak każdy inny. Potrzeba domieszki — czegoś, co ściśle biorąc jest zanieczyszczeniem — i naświetlenia, żeby powstał ten kolor, dla którego ludzie od tysięcy lat robią z tego kamienia rzeczy ważne.
Podgrzej go za mocno, a zblednie i zrobi się żółty. Zostaw go za długo w pełnym słońcu, a wyblaknie. Kolor, który wygląda na najtrwalszą rzecz w tym kamieniu, jest w istocie stanem równowagi i można go stracić przez nadmiar.
Nie ma lepszego opisu tamtej miłości. Powstała z domieszki, której się nie planuje, w warunkach, których nie da się powtórzyć, i utrzymywała się dokładnie tak długo, jak długo nikt nie podkręcił temperatury. Gdyby ktoś podgrzał — gdybyśmy zrobili z tego romans, gdyby ktoś to nazwał, gdyby ktoś zażądał, żeby to było czymś konkretnym — zblakłoby w ciągu roku i zostałoby po tym dwoje ludzi z połamanym życiem i jedna zwykła, bardzo smutna historia, jakich są tysiące.
A tak trwa czterdzieści lat i jest jedną z niewielu rzeczy w moim życiu, których nie musiałam nigdy naprawiać.
Fiolet jest ostatnim kolorem, jaki ludzkie oko rozpoznaje, zanim światło przejdzie w niewidzialne. Za nim nie ma już nic, co byśmy zobaczyli — jest dalej, ale nas nie dotyczy. To jest dokładnie ten próg, na którym staliśmy oboje: jeszcze widać, jeszcze się mieści w tym, co ludzkie, a już jeden krok dalej i nie byłoby o czym opowiedzieć, bo nie byłoby czym.
Wszystko, co najważniejsze mi się w życiu przydarzyło, przydarzyło się na tym progu.