Rozdział XI

Cynober

Autobusy, sale wykładowe, tłum. O życiu, które kurczy się do trasy między bezpiecznymi punktami, i o tym, że to, przed czym uciekała pół życia, okazało się początkiem drogi.

Rozdział odpowiada na pytania

Posłuchaj tego rozdziału — lektor czyta, słowo podświetla się w rytm lektury.

Do trzydziestego trzeciego roku życia nosiłam w sobie coś, co lekarze nazwali nerwicą, a co ja nazywałam po prostu tym. To zaczęło się na dobre w osiemnastym roku życia i wracało falami: ciało zaczynało pulsować, drgać, świadomość napierała na granice i chciała być z tego ciała wyrzucona. Bałam się autobusów. Bałam się sal wykładowych. Nauczyłam się to opanowywać siłą woli, bo powiedziałam sobie kiedyś, że muszę być niezależna, i jak powiedziałam, tak zrobiłam. Ale opanować to nie znaczy zrozumieć. Przez piętnaście lat trzymałam palec na korku butelki i wmawiałam sobie, że to jest zdrowie.

Chcę, żeby ktoś sobie wyobraził, ile to jest — piętnaście lat trzymania palca.

To nie jest piętnaście lat cierpienia. Gdyby to było cierpienie, dałoby się o tym mówić, a ludzie by współczuli. To jest piętnaście lat pilnowania. Człowiek wsiada do autobusu i od pierwszej sekundy część jego uwagi jest zajęta sprawdzaniem: czy się zaczyna. Siada w sali wykładowej i sprawdza, gdzie są drzwi i ile osób siedzi między nim a drzwiami. Umawia się z kimś na spotkanie i od rana liczy, ile godzin ma do wytrzymania. Ta praca idzie w tle bez przerwy, przez cały dzień, przez wszystkie lata, i pochłania tyle mocy, że na resztę życia zostaje mniej więcej połowa człowieka.

I nikt tego nie widzi. Bo z zewnątrz wyglądałam znakomicie. Skończyłam studia, wyszłam za mąż, prowadziłam dwa zakłady, siedziałam z ludźmi w żałobie, jeździłam na cmentarze sprawdzać poziomice. Byłam osobą zaradną. Nikt nie miał pojęcia, że ta zaradna osoba przed każdym wyjściem z domu robi w głowie krótki, wyćwiczony rachunek prawdopodobieństwa.

Zaradność bywa najlepszym przebraniem, jakie istnieje. Nikt nie sprawdza człowieka, który sobie radzi.

Byłam też przez te lata u wystarczającej liczby lekarzy, żeby stracić do nich całą nadzieję i nie stracić szacunku. Oni robili, co umieli. Badali, przepisywali, rozkładali ręce. Jedna lekarka posądziła mnie o to, że symuluję dla zwolnienia. Jeden neurolog dał mi leki na chorobę lokomocyjną. Wszyscy razem powiedzieli mi w sumie jedno zdanie, powtórzone na wiele sposobów: to jest w głowie i trzeba to opanować.

Więc opanowywałam. Byłam w tym bardzo dobra. Jestem osobą, która jak sobie coś postanowi, to to robi, i to jedno przez tamte lata mnie uratowało, a jednocześnie kosztowało mnie te wszystkie piętnaście lat. Bo im lepiej człowiek coś tłumi, tym dłużej może to tłumić, a im dłużej tłumi, tym mocniej to puka.

Dziś mówię to ludziom bardzo wcześnie i wielu z nich to złości: siła woli jest w takich sprawach twoim największym problemem, nie zaletą. Ludzie słabi trafiają na drugą stronę szybciej. Nie dlatego, że są lepsi. Dlatego, że nie mają czym trzymać korka.

Nie pamiętam już, kto mi o tym kursie powiedział. Dwa dni. Nauczyciel regresingu, dwóch asystentów, około dwudziestu osób. Pamiętam, że jechałam tam ze świadomością, którą trudno mi dziś oddać w słowach — nie ciekawość, nie nadzieja. Coś w rodzaju zgody. Muszę przez to przejść. Najwyżej umrę. Muszę przez to przejść, bo to jest właśnie ta granica lęku i odwagi, a ja stoję na niej od piętnastu lat i nogi mi już drętwieją.

„Najwyżej umrę" to nie była brawura. To był trzeźwy rachunek człowieka, który doszedł do końca swoich możliwości. Kiedy się przez piętnaście lat trzyma palec na korku, przychodzi taki moment, w którym ręka i tak zaraz puści, i wtedy pytanie brzmi już tylko: czy chcę, żeby to się stało samo, w autobusie, przy obcych ludziach, czy chcę tam wejść na własnych nogach.

Weszłam na własnych nogach. To jest jedyna zasługa, jaką sobie w tej historii przypisuję. Cała reszta wydarzyła się beze mnie.

Zaczęło się od papierów. Ankieta, którą się podpisuje, że robi się to wszystko na własną odpowiedzialność — że cokolwiek nas spotka w trakcie i potem, nauczyciel za to odpowiedzialności nie bierze. Pamiętam ten długopis. Pamiętam, że pomyślałam: no proszę, wreszcie ktoś mówi mi prawdę. Bo przez całe życie chodziłam do ludzi, którzy zapewniali mnie, że nic mi nie będzie, i wszyscy się mylili. A tu ktoś mówił wprost: to jest niebezpieczne, i to jest twoje.

Te dwa słowa — „i potem" — przeczytałam dwa razy. Nie tylko w trakcie. Także potem. Ktoś, kto to pisał, wiedział, że rzeczy uruchomione w takim miejscu nie kończą się razem z zajęciami, że idą dalej i będą szły przez lata, i że nie da się nad tym zapanować z sali. To była pierwsza uczciwa informacja, jaką w tej sprawie w życiu dostałam.

Dziś sama pracuję z ludźmi i wiem, ile kosztuje takie zdanie. Znacznie łatwiej jest obiecać, że będzie dobrze. Ludzie tego chcą, płacą za to i wychodzą zadowoleni. Powiedzieć komuś prawdę — że to jest jego proces, jego odpowiedzialność i jego ryzyko — znaczy stracić połowę chętnych. Zostaje druga połowa i to jest ta, z którą da się pracować.

Pierwsze godziny poszły na coś, czego się nie spodziewałam — na czułość. Ćwiczenia energetyczne w parach i w grupie, całkiem proste, dotyk, oddech, patrzenie. Zrozumiałam to dopiero jako terapeutka, kiedy sama zaczęłam prowadzić: oni budowali poczucie bezpieczeństwa dla podświadomości. Podświadomość nie otworzy się dla obcego. Trzeba jej najpierw pokazać dwadzieścia ciał, które nie chcą jej skrzywdzić. To był pierwszy zawodowy wniosek mojego życia i wyciągnęłam go, zanim wiedziałam, że mam zawód.

Wtedy byłam tym zażenowana. Powiem to szczerze, bo to jest ważne: przez pierwsze godziny miałam ochotę wyjść. Przyjechałam po coś ostatecznego, a kazano mi stanąć naprzeciwko obcego mężczyzny i patrzeć mu w oczy przez trzy minuty. Kazano mi położyć komuś dłonie na plecach i po prostu je tam trzymać. Kazano mi pozwolić, żeby ktoś położył dłonie na mnie.

Moje ciało zareagowało tak, jak reaguje ciało kobiety, która przez lata żyła w podziale: część mnie stała się natychmiast bardzo uprzejma, a część wyszła z pokoju. Umiałam to robić — byłam sprawna, uśmiechnięta, wykonywałam polecenia. I przez pierwszą godzinę nie było mnie tam ani przez sekundę.

Potem coś zaczęło puszczać. Nie od razu i nie w jednym momencie. To było raczej tak, jakby w ciele odkręcało się kolejno kilka zaworów, o których istnieniu się nie wiedziało. Ktoś położył mi rękę między łopatkami i nagle poczułam, że mam między łopatkami miejsce. Że ono tam jest, że ma temperaturę, i że od bardzo dawna nikt go nie dotykał w sposób, który by niczego nie chciał.

Ludzie mają wyobrażenie, że w takich miejscach dzieją się rzeczy dziwne. Najdziwniejszą rzeczą, jaka mi się tam przydarzyła w pierwszych godzinach, było to, że dwudziestu obcych ludzi dotykało mnie bez interesu.

I to właśnie robi robotę. Nie technika. Podświadomość jest ostrożna jak zwierzę i ma dokładnie taką samą metodę oceny: nie słucha, co się do niej mówi, tylko sprawdza, czy w pomieszczeniu jest zagrożenie. Można komuś przez trzy godziny tłumaczyć, że jest bezpieczny, i nie uzyskać nic. Można przez trzy godziny robić proste rzeczy w ciszy i uzyskać wszystko.

Nauczyłam się tego wtedy i nie zmieniłam zdania przez trzydzieści lat. Do dziś pierwsza część każdej mojej pracy z człowiekiem jest o tym i tylko o tym.

Sala była zwyczajna do bólu. Jakaś świetlica, parkiet w jodełkę, kaloryfery pod oknami, na ścianie tablica z resztkami kredy. Materace, koce, kilkanaście toreb pod ścianą. Ludzie wyglądali tak, jak wyglądają ludzie w Polsce w takiej sali: swetry, dresy, jedna kobieta w garsonce, bo przyjechała prosto z pracy. Nikt nie miał w sobie nic z ezoteryki. To byli po prostu ludzie, którzy z czymś już dłużej nie mogli. Kiedy patrzę na tamtą salę z dzisiejszej perspektywy, widzę dwadzieścia osób w połowie życia, z których każda przywiozła ze sobą jedną rzecz nie do zniesienia z nadzieją, że da się to odłożyć.

Cieszę się, że to była taka sala. Naprawdę. Gdyby było tam pięknie — świece, tkaniny, zapachy, muzyka — nie uwierzyłabym w ani jedno słowo. Poszłabym stamtąd po dwóch godzinach z poczuciem, że trafiłam do teatru dla osób, które lubią o sobie myśleć, że są wyjątkowe.

A tam był parkiet w jodełkę, zimne kaloryfery i ktoś przynoszący herbatę w plastikowym kubku. Ta zwyczajność jest częścią metody, choć nikt tak tego nie nazywał. Rzeczy prawdziwe nie potrzebują oprawy; oprawa jest potrzebna rzeczom, które same z siebie nie zadziałają.

Do dziś pracuję w dwóch pokojach zwykłego mieszkania w bloku, w których stoi stół, sprzęt, kable i parę roślin. Ludzie czasem są rozczarowani, kiedy wchodzą. Potem, po godzinie, przestają.

Osobno chcę powiedzieć o liczbie. Dwadzieścia osób to nie jest przypadkowa wielkość i wtedy oczywiście nie wiedziałam, dlaczego akurat tyle. Dziś wiem i widzę to za każdym razem, kiedy prowadzę grupę.

Człowiek sam nie wejdzie tam, dokąd wejdzie z dwudziestoma. To nie jest kwestia odwagi ani wsparcia w potocznym sensie. To jest kwestia tego, co się w takiej sali robi z powietrzem.

Kiedy dwadzieścia osób oddycha w jednym rytmie przez godzinę, przestrzeń między nimi przestaje być pusta. Zaczyna nieść. Coś, co się w pojedynkę musi wypracować przez tydzień, tam przychodzi po dwudziestu minutach, bo idzie się po czymś, co już zostało zbudowane przez innych. Pierwszy człowiek, który wchodzi głęboko, otwiera drogę dla następnego; ten następny idzie już przetartym śladem i otwiera szerzej. Po dwóch godzinach nie ma w tej sali nikogo, kto pracuje sam.

I działa to w obie strony, co jest ważniejsze. Jeśli w takiej grupie jest jedna osoba, która się boi i nie chce, cała reszta to wie — nawet z zamkniętymi oczami, nawet leżąc trzy materace dalej. Napięcie jednego ciała jest w takim polu słyszalne jak fałszywy dźwięk w chórze. Nauczyciel podchodzi wtedy nie dlatego, że zauważył, tylko dlatego, że usłyszał.

Dlatego pierwsze godziny szły na czułość. Nie dla dobrego samopoczucia. Dla nastrojenia dwudziestu instrumentów przed graniem.

Ludzie myślą, że praca w grupie jest tańszym zamiennikiem pracy indywidualnej. Jest odwrotnie: są rzeczy, których indywidualnie nie da się zrobić w ogóle, bo pojedynczy człowiek nie ma dość mocy, żeby unieść własne otwarcie. Do niektórych drzwi trzeba przyjść w dwadzieścia osób.

Potem technika. Oddech z klatki piersiowej, w trzech rytmach, na leżąco. Zawsze w parach: jedna osoba leży i oddycha, druga czuwa. Czuwający powtarza formułę — i ja tę formułę do dziś pamiętam co do słowa, bo powiedziałam ją potem w życiu setki razy. Kiedy odliczę od trzech do zera, cofniesz się do tego momentu, kiedy to po raz pierwszy ci się wydarzyło, i uwolnisz się od tego raz na zawsze. Jeden z asystentów dodawał jeszcze dwa słowa: świadomie i przytomnie. Te dwa słowa są sednem. Bez nich to jest tylko utonięcie.

Powiem, dlaczego są sednem, bo to jest rzecz, o którą rozbija się większość ludzkich poszukiwań.

Można wejść bardzo głęboko i nie wynieść stamtąd nic. Widziałam takich ludzi wielokrotnie: wchodzą, przeżywają coś ogromnego, wracają rozdygotani i po tygodniu nie umieją powiedzieć, co to było. Zostaje im wrażenie, może lęk, może tęsknota za powtórzeniem. I zaczynają gonić za następnym wejściem, i za następnym, przez lata, jak ludzie, którzy zbierają zdjęcia z miejsc, w których nigdy naprawdę nie byli.

Bo przeżycie samo z siebie nie leczy. Leczy przeżycie, przy którym ktoś był obecny — przede wszystkim ten, komu się ono przydarza. Świadomie znaczy: wchodzisz i wiesz, że wchodzisz. Przytomnie znaczy: masz z tego zdawać sprawę, także sobie, także potem.

To jest różnica między człowiekiem, który tonie, a nurkiem. Obaj są pod wodą. Jeden wraca z czymś.

Sam oddech był zresztą prostszy, niż ktokolwiek by przypuszczał, i to też jest część nauki. Klatką piersiową, nie brzuchem. Trzy rytmy jeden po drugim, powtarzane bez przerwy między wdechem a wydechem. Żadnej techniki, której trzeba by się uczyć tygodniami. Kwadrans wystarczy, żeby to umieć.

A po kilkunastu minutach takiego oddychania ciało zaczyna robić rzeczy, o których nie ma pojęcia nikt, kto tego nie robił.

Najpierw robi się gorąco w środku, jakby ktoś zapalił lampę pod mostkiem. Potem mrowieją dłonie, od palców w górę. Potem to samo dzieje się w stopach. Zmienia się słyszenie: dźwięki z sali odsuwają się o kilka metrów i przestają dotyczyć. I w pewnym momencie oddech przestaje być czymś, co się robi, a staje się czymś, co się dzieje — i to jest próg. Wszystko, co ciekawe, jest za nim.

Ludzie sądzą, że do stanów odmiennych trzeba czegoś nadzwyczajnego. Nie trzeba. Wystarczy zmienić jedną z tych czynności, które organizm wykonuje bez naszego udziału. Oddech jest jedyną z nich, do której człowiek ma dostęp z zewnątrz — jedyną klamką, która działa z obu stron. Nie da się zmienić sobie pracy nerek. Oddech można zmienić w sekundę, a on pociąga za sobą całą resztę.

Cała moja praca stoi na tym jednym. Trzydzieści lat, wszystkie metody, wszystko, czego się potem nauczyłam — u podstawy zawsze jest to samo: człowiek leży i oddycha inaczej niż zwykle.

Moim partnerem był Norbert, kolega z zenu. Leżałam. Oddychałam w tych trzech rytmach i po kilku minutach przyszły wibracje — najpierw dłonie, potem klatka piersiowa, potem skronie. Znałam je. To były dokładnie te same wibracje, przed którymi uciekałam od osiemnastego roku życia, tylko że tym razem nikt nie kazał mi ich zatrzymywać. Przeciwnie. Oddech przechodził w hiperwentylację, ręce ścinały się w łapy, w gardle było jak przy ostatnim wdechu, i przyszło pełne, spokojne poczucie, że umieram. Nie strach. Wiedza. Umieram teraz.

Muszę opowiedzieć dokładniej ten moment, w którym je rozpoznałam, bo w nim mieści się cała reszta mojego życia.

Kiedy w dłoniach zaczęło mrowić, moje ciało zrobiło to, co robiło od piętnastu lat: napięło się do zatrzymania. To jest odruch tak głęboko wyćwiczony, że działa szybciej niż myśl — przepona przytrzymuje oddech, kark się usztywnia, wzrok szuka punktu na zewnątrz. Cała ta maszyna uruchomiła się w ułamku sekundy.

I wtedy usłyszałam nad sobą spokojny głos, który nie kazał mi przestać.

To było wszystko. Cała różnica między piętnastoma latami choroby a wolnością mieściła się w tym jednym: że po raz pierwszy w życiu nikt nie kazał mi tego zatrzymać. Przeciwnie — miałam oddychać dalej.

Nie umiem opisać, jaki to był wysiłek. Puścić coś, przed czym się uciekało piętnaście lat, to jest ruch przeciwko całemu ciału. Wszystko we mnie krzyczało, że to jest błąd, że zaraz będzie za późno, że przecież właśnie po to przez te lata trzymałam. Oddychałam dalej. To jest jedyny akt odwagi, jaki naprawdę w życiu popełniłam, i trwał może cztery minuty.

Wibracje weszły wyżej. Ręce ścięły się w łapy — palce wygięte, kciuki wciągnięte do środka, i zupełny brak wpływu na to, co się z nimi dzieje. W gardle zrobiło się jak przy ostatnim wdechu, wąsko i sucho. Serce szło bardzo szybko, ale nie panicznie. Ciało robiło się coraz mniej moje.

A potem przyszła ta wiedza. Nie myśl „chyba umieram" — to jest myśl, którą miewałam setki razy w autobusach i która zawsze miała w sobie histerię. To była wiedza spokojna, prawie rzeczowa: umieram teraz. Bez lęku. Ze zgodą.

I dopiero po tej zgodzie się otworzyło.

To jest chyba najważniejsza rzecz, jakiej się w życiu nauczyłam, i powtarzam ją od trzydziestu lat w kółko, w różnych formach, ludziom, którzy przychodzą z zupełnie różnymi sprawami. Nic nie przechodzi, dopóki człowiek się broni. Trzeba dojść do miejsca, w którym się mówi: dobrze, niech to będzie. Nie z rezygnacji. Ze zgody. Dopiero za tym miejscem coś jest.

I wtedy to, czego bałam się tyle lat, co tyle lat regulowałam, z czym bałam się zetknąć — wypchnęło mnie. Wyszłam z ciała. Nie „wydawało mi się". Wyszłam, i nade mną, i dookoła, było pole. Przepiękne pole, które jest ze mną i łączy się ze mną od tylu lat, i które teraz bierze mnie w objęcia. Zrozumiałam w jednej sekundzie całe swoje życie: to nie była choroba, to było pukanie. Ktoś pukał do mnie od piętnastu lat, a ja brałam krople na uspokojenie. Ekstaza, która przyszła potem, nie ma dobrego słowa w naszym języku. Paroksyzm to jest cały orgazm duszy. Tak to zapisałam wtedy i tak zostawiam.

O tym polu chcę powiedzieć jeszcze dwie rzeczy, bo one przez trzydzieści lat nic nie straciły na dokładności.

Pierwsza: ono nie było obce. To jest w tym najbardziej wstrząsające. Człowiek spodziewałby się po czymś takim grozy albo przynajmniej zdumienia wobec nieznanego. A ja miałam natychmiastowe, całkowite rozpoznanie — jakbym po długiej nieobecności weszła do domu, w którym się wychowałam, i poczuła jego zapach. To pole było ze mną od zawsze. Ono do mnie pukało od osiemnastego roku życia, a jeszcze wcześniej brało mnie na krześle babci przy oknie z widokiem na kwiaty, kiedy miałam dwanaście lat i nie umiałam tego nazwać.

Druga: ono mnie objęło. Nie wchłonęło, nie porwało, nie zabrało. Objęło — dokładnie tak jak się obejmuje kogoś, kto wrócił.

I w tej sekundzie przewróciło się we mnie piętnaście lat. Wszystko, co lekarze nazwali chorobą, wszystko, co ja z takim uporem tłumiłam, wszystkie ataki w autobusach, wszystkie krople, wszystkie wyjścia z sali wykładowej — okazało się jednym i tym samym zjawiskiem, które od kilkunastu lat próbowało się dokonać i za każdym razem było zatrzymywane w połowie.

Nie byłam chora. Byłam blokowana. Przez świat, który nie miał na to nazwy, i przeze mnie samą, która słuchała świata.

Nie mam o to żalu do nikogo i chcę to powiedzieć wyraźnie, bo takie historie łatwo obracają się w oskarżenie medycyny. Lekarze nie mogli wiedzieć. Pracowali narzędziami, jakie mieli, i szukali w miejscach, w których się szuka. Rzecz w tym, że pewnych zjawisk nie ma w żadnym podręczniku, a to nie znaczy, że ich nie ma w ludziach.

To, co stało się za chwilę potem, zdecydowało o reszcie mojego życia. Leżałam z zamkniętymi oczami i zobaczyłam Norberta. Nie jego ciało — jego światło. Zobaczyłam aurę, po raz pierwszy, całkiem zwyczajnie, jak się widzi kolor ściany. I zobaczyłam wokół jego głowy ciemną plamę. I moja ręka, bez mojego udziału, uniosła się i weszła w jego pole, i zaczęła w tym miejscu pracować. Rozjaśniać. Nikt mnie tego nie uczył. Nikt mi nie powiedział, że tak się robi. Ręka wiedziała. Tam rodziły się moje możliwości uzdrawiania i ja im się tylko przyglądałam z boku, zdumiona jak dziecko.

Na tej zwyczajności zależy mi najbardziej. Nie było w tym niczego uroczystego. Nie usłyszałam głosu, nie zobaczyłam postaci, nikt mi nie powierzył misji. Zobaczyłam światło wokół człowieka tak, jak się widzi, że ktoś ma na sobie zielony sweter — bez wysiłku, bez wątpliwości i bez wrażenia, że dzieje się coś nadzwyczajnego. Nadzwyczajność przyszła dopiero potem, kiedy usiadłam i zaczęłam myśleć.

I ręka. To jest szczegół, którego ludzie nie rozumieją, dopóki im się to samo nie przydarzy. Ona nie „poruszyła się sama" w sensie jakiegoś opętania. Ona po prostu wiedziała, co robić, wcześniej niż ja zdążyłam zapytać. Tak jak dłoń, która łapie spadającą szklankę, zanim głowa zobaczy, że szklanka spada.

Wszystko, czego przez trzydzieści lat się nauczyłam — techniki, metody, cała ta wiedza, którą teraz przekazuję innym — jest nadbudową nad czymś, co tamtego dnia było już gotowe i tylko czekało, aż mu się otworzy drzwi.

Wokół, przez te dwa dni, działy się rzeczy, których nigdy nie zobaczyłabym w żadnym innym miejscu na ziemi. Ludzie mówili językami — płynnie, długo, nie wiedząc potem, co powiedzieli. Ludzie cofali się do dzieciństwa i mówili głosem sześciolatka. Ludzie wchodzili w poprzednie wcielenia i mówili nie swoim głosem, w nie swoim rytmie. Niektórzy wpadali w tężyczkę, zastygali z wykręconymi dłońmi i powoli, powoli z tego wychodzili. Sala oddychała jak jedno wielkie zwierzę. Ktoś zawsze płakał. Ktoś zawsze się śmiał. To było jak port, do którego naraz wpływa dwadzieścia statków z bardzo daleka.

Najbardziej poruszało mnie to, jak bardzo te głosy były różne. Kiedy człowiek udaje, słychać jedno: że to on. Ton się nie zmienia, rytm zostaje ten sam, oddech idzie tak jak zwykle. A tam kobieta pod pięćdziesiątkę mówiła głosem dziecka i to nie było naśladowanie dziecka — to było dziecko, z całą jego składnią, z jego krótkim oddechem, z jego sposobem robienia pauzy w środku zdania. Mężczyzna leżący dwa materace dalej mówił w rytmie, którego w polszczyźnie nie ma.

Nie próbuję niczego udowodnić. Opowiadam, co widziałam, i mówię wprost, że nie potrafię tego wytłumaczyć w kategoriach, w których wtedy myślałam. Umiałam wtedy tylko jedno: patrzeć. I to patrzenie z tamtych dwóch dni okazało się początkiem mojego zawodu, bo terapeuta jest przede wszystkim kimś, kto potrafi być świadkiem rzeczy, których nie rozumie, i nie uciec.

Drugiego dnia przyszła moja kolej na to najtrudniejsze. Weszłam głęboko, w coś, co nie należało do tego życia, i zaczęłam płakać. Nie płakać — wyć. Zdradziłam Jezusa. To zdanie wychodziło ze mnie samo, znowu i znowu, z jakiegoś miejsca, którego moja świadoma głowa nie umiała nawet zlokalizować. Ja, ateistka od jedenastego roku życia. Ja, która wyśmiałabym każdego, kto by mi to powiedział. Leżałam i zalewałam się łzami z powodu winy, której nie potrafiłam umiejscowić w żadnym roku, w żadnym kraju.

Wstyd, który przy tym miałam, był ogromniejszy niż sam płacz. Bo ja przez dwadzieścia lat budowałam siebie jako osobę trzeźwą. Wyszłam z religii jako jedenastolatka, z pełnym przekonaniem i bez oglądania się za siebie, i uważałam to za jeden z pierwszych własnych, dorosłych aktów w życiu. Czytałam filozofię. Prowadziłam firmę. Rozliczałam faktury.

A leżałam na materacu w świetlicy i wyłam o zdradzie Jezusa.

Do dziś nie mam na to żadnego wyjaśnienia, którego byłabym pewna, i nie zamierzam żadnego dorabiać. Mogę tylko powiedzieć, co wiem na pewno: to nie było moje w sensie biograficznym, a było moje w sensie zupełnie dosłownym — leżało we mnie, miało swój ciężar i swoje miejsce, i wychodziło stamtąd z siłą, której nie dałoby się zagrać.

Człowiek jest większy, niż mu się wydaje. Nosi w sobie rzeczy, których nie zaciągnął. Cała moja późniejsza praca z rodami, ze zmarłymi, z tym, co się w ludziach zacięło pokolenia wcześniej, zaczęła się na tamtym materacu — od doświadczenia, że we mnie samej leży coś, czego moja własna biografia nie tłumaczy.

Ludzie pytają mnie potem zawsze o to samo: czy ja w to wierzę. W poprzednie życia, w to, że się wraca, w to, że można pamiętać coś sprzed dwóch tysięcy lat.

Odpowiadam zawsze tak samo i wiem, że to jest odpowiedź, która nikogo nie zadowala: nie muszę wierzyć, żeby pracować. Ja się tym po prostu posługuję. Kiedy w człowieku leży rzecz, której nie da się umieścić w jego życiorysie, a ona ma ciężar, ma temperaturę i wychodzi z niego z siłą, jakiej nie da się udać — to jest fakt, z którym trzeba coś zrobić, niezależnie od tego, jak się go wytłumaczy.

Można to nazwać poprzednim wcieleniem. Można nazwać pamięcią rodu. Można powiedzieć, że to jest obraz, który podświadomość zbudowała, żeby zmieścić w nim coś nienazywalnego. Widziałam ludzi przekonanych do każdej z tych wersji i widziałam, że wszystkim trzem można pomóc dokładnie tą samą metodą.

Bo leczy nie wyjaśnienie. Leczy przeżycie tego do końca i puszczenie.

Przez trzydzieści lat spotkałam bardzo wielu ludzi, którzy utknęli na etapie wyjaśniania. Chcą najpierw zrozumieć, kim byli, w którym stuleciu, i co dokładnie się stało — i im dłużej to badają, tym mocniej się z tym zrastają. Wina, którą się przez pół roku bada, staje się częścią tożsamości. Ja tamtego dnia nie zrozumiałam absolutnie niczego i wyszłam z tego wolna, bo ktoś w porę uniemożliwił mi robienie z tego historii.

Podszedł asystent. Kucnął przy mnie i powiedział trzy słowa. Zostaw tę bzdurę. Powtórzył je jeszcze raz i jeszcze raz, spokojnie, bez czułości, prawie szorstko. I to puściło. Tak jak masz butelkę i masz korek — ten korek wtedy puścił. Cała ta konstrukcja z winy, świętości i lęku rozsypała się w sekundę, bo ktoś nazwał ją bzdurą w momencie, w którym byłam całkowicie otwarta. Właściwe słowo we właściwej chwili. To była największa nauka zawodowa mojego życia i dostałam ją leżąc na podłodze, zasmarkana. Potem przez lata robiłam dokładnie to samo z moimi pacjentami — szukaliśmy razem tego jednego słowa, które wyzwala. Każdy ma inne. Trzeba je znaleźć.

Zastanawiałam się nad tym potem setki razy, bo z zewnątrz to wygląda na brutalność. Kobieta leży, wyje z żalu nad czymś ogromnym, a ktoś kuca obok i mówi jej, że to bzdura. Gdyby powiedział to samo pół godziny wcześniej albo pół godziny później, byłoby to chamstwo i nic więcej. Prawdopodobnie bym wstała i wyszła.

Ale powiedział to wtedy, kiedy konstrukcja była otwarta.

Rzeczy trzymają się w człowieku, bo mają podparcie. Wina trzyma się na przekonaniu, że jest o co. Lęk trzyma się na przekonaniu, że jest czego. Kiedy człowiek jest szczelnie zamknięty, można mu udowadniać przez rok, że nie ma o co i nie ma czego — nie ruszy się nic, bo argument nie dociera do miejsca, w którym stoi podpora. A kiedy przez chwilę wszystko jest odsłonięte, wystarczy jedno zdanie wypowiedziane bez emocji i konstrukcja siada.

I dlatego to musiało być powiedziane szorstko. Gdyby mnie wtedy pogłaskał i powiedział ciepło, że rozumie, jak mi ciężko — potwierdziłby wagę tego, co mnie trzymało. Czułość w tamtej sekundzie umocniłaby konstrukcję. On zrobił coś odwrotnego: potraktował ją jak nieistotną. I ona przestała istnieć.

To jest cała moja metoda, sprowadzona do jednego zdarzenia. Nie chodzi o to, żeby powiedzieć ładnie. Nie chodzi nawet o to, żeby powiedzieć mądrze. Chodzi o to, żeby powiedzieć to, co trzeba, w tej jednej sekundzie, w której człowiek jest otwarty — a ta sekunda przychodzi rzadko, trwa krótko i nie wraca tego samego dnia.

Przez trzydzieści lat uczyłam się głównie dwóch rzeczy: rozpoznawać tę sekundę i mieć na nią gotowe słowo. Reszta jest techniką, a techniki można się nauczyć w rok.

Tego samego dnia, jeszcze przed przerwą, nauczyciel i jego asystenci podeszli do mnie i powiedzieli, że mam niezwykłe zdolności. I od popołudnia chodziłam po sali już jako ich asystentka, od pary do pary, pochylałam się nad ludźmi, którzy leżeli i drżeli, i kładłam im rękę tam, gdzie ręka sama chciała. W ciągu jednej doby przeszłam z pozycji najbardziej przestraszonej osoby w tym pomieszczeniu na pozycję kogoś, kto trzyma innych. Nie awansowałam. Po prostu wróciłam na swoje miejsce.

Nie umiałam wtedy nic. Nie znałam ani jednego pojęcia, nie przeczytałam ani jednej książki na ten temat, nie odbyłam ani jednej godziny szkolenia. Miałam za sobą dwadzieścia kilka godzin w tej sali i piętnaście lat objawów, które właśnie się skończyły.

I szłam między materacami, i wiedziałam, gdzie położyć rękę.

Pamiętam ciepło pod dłonią i to, że pod jednymi ludźmi było gęściej, a pod innymi rzadziej, i że nie musiałam się nad tym zastanawiać, bo to było po prostu wyczuwalne, tak jak wyczuwalne jest, że jeden pokój jest wilgotny, a drugi suchy. Pamiętam też własne zdumienie, chodzące gdzieś obok mnie jak drugi człowiek: kobieta, która rano bała się usiąść w sali z dwudziestoma osobami, pochyla się teraz po kolei nad każdą z nich.

Nie było w tym dumy. Duma przychodzi tam, gdzie coś się osiągnęło, a ja niczego nie osiągnęłam — mnie odblokowano. Było coś zupełnie innego, dla czego długo nie miałam słowa, a które dziś nazwałabym ulgą powrotu. Jakby przez piętnaście lat pełniło się obcą funkcję i wreszcie ktoś powiedział: dobrze, teraz idź robić swoje.

Kiedy dziś liczę tamte lata, wychodzi mi równy odcinek: od osiemnastego roku życia do trzydziestego trzeciego, czwartego. Piętnaście lat jednej sprawy. Piętnaście lat, w których wsiadałam do autobusu po dużej dawce kropli, w których lekarze rozkładali ręce, w których mówiono mi, że symuluję, żeby dostać zwolnienie. Piętnaście lat, w których nauczyłam się nie mówić o tym nikomu, bo nie było języka. A potem dwa dni na materacu w świetlicy i cały ten odcinek się domknął. Nie mam do nikogo żalu — ani do lekarzy, ani do matki, ani do siebie. Ale mam w sobie trwałe przekonanie, że ludzie chorują latami na rzeczy, które są tylko źle nazwane, i że nazwanie bywa całą kuracją.

To zdanie chcę zostawić w książce jak zapisaną receptę, bo jest najbardziej praktyczną rzeczą, jaką mam do przekazania.

Zła nazwa nie jest tylko pomyłką. Zła nazwa jest instrukcją postępowania. Jeśli mi powiedziano, że to nerwica, to znaczy, że mam to opanować — więc opanowywałam, czyli robiłam dokładnie tę jedną rzecz, która przedłużała sprawę o piętnaście lat. Nazwa uruchamia leczenie i leczenie idzie w kierunku wyznaczonym przez nazwę. Człowiek może przez dekady sumiennie robić coś, co jest starannie skierowane w przeciwną stronę niż jego uzdrowienie.

Dlatego przy każdym człowieku, który do mnie przychodzi, pierwsza godzina idzie na jedno pytanie: czy to na pewno jest to, co ci powiedziano. Nie podważam diagnoz i nie odradzam nikomu lekarzy — moi pacjenci mają się leczyć tam, gdzie należy, a to, co ja robię, jest wspomagające i mówię im to na pierwszym spotkaniu. Ale pytanie o nazwę zadaję zawsze.

Wyszłam stamtąd po dwóch dniach i pamiętam powietrze na ulicy, ostre i czyste jak po gorączce. Wyszłam nie tylko uwolniona. Wyszłam z pokazanym mi zawodem. Piętnaście lat objawów skończyło się w dwa dni, nie dlatego, że ktoś je usunął, tylko dlatego, że ktoś mi wreszcie pozwolił je do końca przeżyć. Umawiałam się potem z przyjaciółmi z sanghi i prowadziłam im regresingi w małej grupie, u siebie, na podłodze, z kocami. Nie miałam pojęcia, że właśnie zaczyna się trzydzieści lat pracy.

To były bardzo skromne początki. Kilka osób, koce, podłoga, herbata w kuchni po wszystkim. Nikt nikomu nie płacił. Robiłam to, bo umiałam i bo oni chcieli, i przez pierwsze miesiące w ogóle nie przyszło mi do głowy, że z tego może być życie.

Miałam wtedy jeszcze wszystko: męża, dom, pieniądze, o które się nie musiałam martwić. Tamta kobieta, która kładła koleżankom ręce na plecach na podłodze w salonie, nie wiedziała, że za rok nie będzie miała nic z tych rzeczy i że zostanie jej dokładnie to jedno, co robiła wtedy dla przyjemności.

Życie robi to zawsze w tej kolejności. Najpierw daje narzędzie. Potem zabiera wszystko inne.

I to jest właśnie to „i potem" z ankiety, którą podpisałam pierwszego dnia długopisem pożyczonym od kogoś obcego.

Bo w sali skończyło się po dwóch dniach, a naprawdę nie skończyło się wcale. Wyszłam stamtąd w to samo miasto, do tego samego mieszkania, do tego samego życia, w którym wszystko było na swoim miejscu — i nic już do siebie nie pasowało. Człowiek, który zobaczył, że przez piętnaście lat leczono go z jego własnych możliwości, nie wraca do poprzedniego układu. Może w nim jeszcze przez jakiś czas mieszkać. Nie może w nim już mieszkać naprawdę.

Nikt mnie nie ostrzegł, że to jest jednokierunkowe. Ostrzeżenie było w tamtym zdaniu na kartce i przeczytałam je uważnie, i podpisałam, i nie zrozumiałam ani słowa. Rozumie się to dopiero, kiedy zaczyna się rozpadać wszystko, co się zbudowało przez piętnaście lat, i kiedy widać, że to nie jest kara ani nieszczęście, tylko po prostu skutek — dokładnie taki, o jakim uprzedzano na piśmie.

Gdybym wtedy wiedziała, ile to będzie kosztowało, i tak bym podpisała. Ale nie umiem powiedzieć, że bym się nie zawahała.

Cynober.

Najczystsza czerwień, jaką ludzie znaleźli w ziemi. Ruda rtęci — kryształ o barwie tak intensywnej, że wygląda na sztuczną, i tak trwałej, że malowano nią jeszcze przed naszą erą. Nic w naturze nie jest tak czerwone bez powodu.

I nic nie jest tak niebezpieczne. Bo cynober to trucizna. Kiedy się go rozetrze i podgrzeje, wypuszcza rtęć — a rtęć wchodzi w człowieka i nie wychodzi. Ludzie, którzy przez wieki robili ten pigment, chorowali i umierali od koloru, który dawali innym.

Alchemicy uważali go za jedną z substancji pierwszych i mieli po temu powody, których nie sposób odmówić im do dziś: ten sam kamień jest zarazem najpiękniejszą barwą i śmiercią, i ta sama operacja — ogrzewanie — wydobywa z niego jedno albo drugie, zależnie od tego, co się z tym potem zrobi.

Ja przez piętnaście lat trzymałam w sobie coś, co uważałam wyłącznie za truciznę. Ciało pulsowało, świadomość napierała, świat się przechylał, a ja brałam krople i pilnowałam korka, i miałam pełne prawo tak uważać, bo tak mi powiedziano i bo tak to wyglądało.

I przez dwa dni w świetlicy okazało się, że to jest ta sama substancja co mój zawód.

Nie coś podobnego. Nie coś, co z tego wyrosło. Ta sama rzecz. Dokładnie to, co mnie od osiemnastego roku życia rozsadzało w autobusach, dziś kładę na ludziach jako rękę. Nie musiałam tego zamieniać na nic innego. Musiałam tylko przestać trzymać.

Największe rzeczy nie przychodzą do człowieka od zewnątrz. Przychodzą z tego jednego miejsca w nim, którego przez pół życia najbardziej się boi — i dlatego tak wielu ludzi umiera z pełną kieszenią cynobru, przekonanych, że noszą w sobie chorobę.

Wiersz

To, przed czym uciekałam pół życia,
było moją bramą — tylko stało tyłem.
Czerwień pod skórą wiedziała o tym najwcześniej:
pukała i pukała, a ja brałam krople.
Kiedy wreszcie przestałam zatrzymywać,
przeszło przeze mnie jak ogień przez suchą trawę
i zostawiło czarną ziemię, która jest żyzna.
Ktoś powiedział mi wtedy trzy zwykłe słowa.
Nie były mądre.
Były w porę.
I tyle wystarczyło, żeby puścił korek
i żeby całe morze weszło do środka.
Od tamtej pory mam w sobie morze.

Nie teraz

zwrotka
Trzydzieści lat trzymałam jeden wdech,
żeby w domu było spokojnie.
Oddychałam tak płytko,
że kwiaty na oknie miały więcej powietrza niż ja.
Mówili mi: ależ ty jesteś spokojna.
Nie tłumaczyłam, że spokój trzyma się obiema rękami.
refren
Miałam pod żebrem zwierzę i mówiłam mu: nie teraz.
Nie tutaj, nie przy ludziach, jeszcze chwilę.
A ono uczyło się czekać tak grzecznie,
że można było nie słyszeć.
zwrotka
Dawałam mu coś słodkiego, żeby spało do wiosny.
Wiosna nie przychodziła i bardzo mi to pasowało.
Kiedy szło do gardła — piłam wodę.
Kiedy szło do oczu — wychodziłam po coś do drugiego pokoju.
Tak da się przeżyć bardzo długo.
Przeżyłam pół życia i nikt nie miał do mnie żalu.
refren
Miałam pod żebrem zwierzę i mówiłam mu: nie teraz.
Nie tutaj, nie przy ludziach, jeszcze chwilę.
A ono uczyło się czekać tak grzecznie,
że można było nie słyszeć.
most
Potem ktoś powiedział przy mnie coś zwyczajnego,
nie do mnie, w przelocie, między jednym a drugim.
I puściło. Nie zdecydowałam. Puściło samo.
zwrotka
Wydech szedł ze mnie gorący, aż zaparowały okna.
Przez chwilę było we mnie tak jasno,
że zobaczyłam własne kości.
Trwało krócej, niż się tego bałam przez trzydzieści lat.
Nikomu nic się nie stało.
Zwierzę wyszło przodem i nie obejrzało się.
Przez cały czas znało drogę.
refren
Nie mam już czego trzymać.
Zwierzę śpi przy mnie i nie musi być cicho.
Oddycham całą klatką, aż podnosi mnie z krzesła.
Tyle było do zrobienia.
Kontakt do Anny i do autora · szukamy wydawcy