Rozdział XII

Szafran

O regresingu i o tym, co się dzieje, gdy ciało wychodzi z siebie i wraca całe. Przygotowanie trwało lata, choć nikt nie wiedział, do czego.

Rozdział odpowiada na pytania

Posłuchaj tego rozdziału — lektor czyta, słowo podświetla się w rytm lektury.

Muszę się cofnąć o dwa lata, bo bez tego, co było przed regresingiem, tamte dwa dni byłyby tylko wypadkiem. A one nie były wypadkiem. Ciało, które wtedy wyszło z siebie i wróciło całe, było ciałem przygotowanym. Przygotowywałam je, nie wiedząc do czego, od dawna.

To jest w ogóle rzecz, którą chcę powiedzieć raz, na początku, żeby potem już do niej nie wracać. Ludzie wyobrażają sobie, że przełom przychodzi jak grom. Że pewnego dnia człowiek siedzi przy stole, coś w niego uderza i od tej pory jest kimś innym. Nic z tych rzeczy. Grom może i przychodzi, ale uderza w miejsce przygotowane. W maszt, który ktoś wcześniej ustawił, przykręcił i uziemił, choć sam nie wiedział, po co go stawia. Ja przez dwa lata przed tamtym kursem przykręcałam maszt. Robiłam to każdego ranka, w ciszy, na macie, i nie miałam pojęcia, że to jest maszt. Myślałam, że po prostu siadam.

Droga powrotna do duchowości zaczęła się od Jarka — o tym już mówiłam. On był katolikiem, ale nie kościół mnie pociągnął. Coś się we mnie przy nim otworzyło i to nie było przekonanie ani argument. To był obszar. Do czasu, gdy go poznałam, miałam w sobie w tym miejscu równą, zamkniętą ścianę: powiedziałam sobie kiedyś jako dziecko, że to wszystko ściema, i zatrzasnęłam drzwi tak dokładnie, że przez lata nawet nie zauważałam framugi. A przy nim ściana zmiękła. Nie od słów — od milczenia na polach. Od tego, że można siedzieć obok drugiego człowieka na skraju pola i nie mieć nic do powiedzenia, i żeby to była pełnia, a nie brak.

Kiedy raz otworzył się we mnie ten obszar, poszłam go szukać najpierw tam, gdzie było najciemniej i najgłębiej: w mistycyzmie prawosławnym. Pociągało mnie w nim to, czego nie było w kościele mojego dzieciństwa — że tam się nie tłumaczy. Tam się powtarza. Modlitwa, która schodzi z ust do serca i zostaje w oddechu, aż zaczyna oddychać sama. Ikona, na którą się nie patrzy, tylko przez którą się patrzy. Złoto tła, które nie jest tłem, tylko przestrzenią bez głębi, bo tam głębia jest niepotrzebna. Siedziałam nad tymi tekstami nocami i czułam, że jestem blisko czegoś, czego jeszcze nie umiem nazwać.

Miałam wtedy dużą bibliotekę i pieniądze, żeby ją powiększać, więc kupowałam. To była jedyna rzecz, na którą wydawanie pieniędzy miało dla mnie sens. Zamawiałam, czekałam, przynosiłam do domu i kładłam na kolanach, i pamiętam ten szczególny stan, kiedy otwiera się książkę, o której się wie, że coś w niej jest, tylko jeszcze nie wiadomo co. Czytałam po nocach, kiedy dom już spał. Lampa, herbata, ciężar tomu na udach. W mieszkaniu robiło się chłodno nad ranem i to chłodne powietrze przy stopach jest jednym z najwyraźniejszych wspomnień tamtych lat — zimne stopy i gorąca głowa, i zdanie na stronie, do którego się wraca cztery razy pod rząd, bo za każdym razem odsłania o pół centymetra więcej.

Modlitwa serca zrobiła mi wtedy coś, czego nie umiałam sobie wytłumaczyć. Kilka słów, powtarzanych bez końca, bez proszenia o cokolwiek. Nie chodziło o treść. Chodziło o to, że powtarzanie zaczyna wchodzić w oddech, a potem w tętno, a potem człowiek budzi się w nocy i to idzie dalej samo, bez niego. Pierwszy raz w życiu miałam dowód, że można coś w sobie uruchomić i to potem pracuje niezależnie od woli. To była dla mnie informacja techniczna, nie religijna. Ciało można nastroić. Ciało zapamiętuje częstotliwość i utrzymuje ją bez nadzoru.

I ikony. Godzinami siedziałam nad reprodukcjami, bo oryginałów wtedy nie miałam gdzie oglądać, i próbowałam zrozumieć, dlaczego one nie działają jak obrazy. Obraz ciągnie oko w głąb, buduje przestrzeń, otwiera okno. Ikona robi coś odwrotnego — odbija. Nie wpuszcza cię do środka, tylko wypycha z powrotem, aż zostajesz sam ze sobą przed złotą płaszczyzną, która niczego nie udaje. Wtedy tego nie umiałam nazwać. Dziś powiedziałabym, że to jest lustro ustawione pod takim kątem, żeby pokazywało nie twarz, tylko stan.

Najbardziej jednak brałam z tamtych tekstów rzecz najmniej efektowną: opis. Tam ktoś opisywał stany. Nie zachwycał się nimi, nie budował z nich kazań — opisywał, tak jak opisuje się drogę komuś, kto ma nią iść po ciemku. Że w tym miejscu będzie sucho i pusto. Że tu przyjdzie fałszywa słodycz i nie wolno się na nią nabrać. Że tu człowiek uzna, że doszedł, i to będzie znak, że jeszcze nie doszedł. Ja nigdy przedtem nie widziałam czegoś takiego na piśmie. Miałam za sobą kilkanaście lat własnych stanów, o których nie umiałam powiedzieć zdania, i naraz trafiłam na ludzi, którzy je katalogowali z dokładnością geodetów. To był pierwszy raz, kiedy pomyślałam: więc to jest teren. Nie usterka. Teren, po którym się chodzi, i są mapy.

Ale prawosławie miało dla mnie jedną ścianę: Boga jako osobę, do której się mówi. Ja tego nigdy nie umiałam. Moje doświadczenia od dzieciństwa nie miały twarzy i nie miały imienia. Były bezosobowe jak przestrzeń. I wtedy trafiłam do sanghi buddyjskiej i weszłam w transcendencję buddyjską, i to było jak wejście do domu, w którym meble stoją dokładnie tam, gdzie się spodziewałam.

Bo pomyśl, co ja miałam do tamtej pory. Dwunastolatkę na krześle, w której ustał potok myśli, i nie było tam nikogo, kto by do niej mówił. Osiemnastolatkę w tramwaju, która zobaczyła światło bez źródła — i to też nie było niczyje. Nie było głosu. Nie było postaci. Nie było litości ani gniewu. Było pole, w które można wejść i które przyjmuje bez pytania o imię. Człowiek wychowany na osobowym Bogu ma z takim doświadczeniem kłopot, bo nie ma do kogo powiedzieć dziękuję. Ja miałam kłopot odwrotny: całe życie kazano mi się modlić do kogoś, a moje doświadczenie uparcie nie miało adresata. Kiedy wreszcie trafiłam na tradycję, która mówi, że nie musi go mieć, poczułam ulgę tak fizyczną, że aż mi ramiona opadły.

Był rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty czwarty. Weszłam do sanghi.

Nie umiem opisać tamtej pierwszej sali inaczej niż przez zapach: kadzidło, kurz z mat, wilgotne palta w przedsionku. Ludzie zdejmowali buty przy drzwiach i to zdejmowanie butów robiło ze mną coś, czego nie robiła żadna liturgia. Potem był dzwonek. Potem cisza — dwadzieścia osób, które oddychają w tym samym rytmie, ale nikt tego nie ustala, to się dzieje samo po kilkunastu minutach. I ta cisza, kiedy się w niej siedzi dostatecznie długo, przestaje być brakiem dźwięku i staje się materiałem. Gęstym. Nośnym. Można się o nią oprzeć.

Zdejmowanie butów. Chcę się przy tym zatrzymać, bo to jest drobiazg, w którym mieści się cała różnica. W kościele wchodzi się takim, jakim się przyszło — w płaszczu, w butach, z ulicą na podeszwach — i to ulica zostaje pod ławką przez całą mszę. A tam trzeba się schylić. Trzeba przysiąść, rozwiązać, zdjąć, ustawić równo, wyprostować się i dopiero wejść. To trwa może pół minuty, ale w tej pół minuty ciało dostaje informację, że przekracza próg, a nie że wchodzi do środka. I stopy w skarpetkach na chłodnej podłodze — to jest pierwsza rzecz, którą czuje się w takim miejscu, i ostatnia, którą się z niego wynosi.

Pamiętam też szmer za oknem. Miasto nie milknie, kiedy dwadzieścia osób siada w ciszy. Jechały samochody, ktoś trzasnął drzwiami klatki, gdzieś na podwórku dziecko coś krzyknęło do drugiego. Na początku to strasznie przeszkadza. Człowiek walczy z każdym dźwiękiem, bierze każdy jak zniewagę. A potem, po którymś tygodniu, zdarza się coś, czego nie da się zaplanować: dźwięki przestają wchodzić do środka i zaczynają przechodzić na wylot. Auto przejeżdża przez ciebie i wyjeżdża z drugiej strony, i nic nie zostaje. To był mój pierwszy namacalny dowód, że nie jestem tym, za co się uważałam. Bo to, co jest przezroczyste dla samochodu, nie jest kobietą siedzącą na macie.

Pierwsze siedzenie było zresztą klęską i chcę to zapisać, żeby nikt nie myślał, że mnie to przyszło łatwo. Po kwadransie zaczęły boleć kolana. Po dwudziestu minutach ból przeniósł się w biodra i zrobił się tępy, i zaczęłam się zastanawiać, czy da się z tego wyjść, nie robiąc hałasu. Potem zdrętwiała mi stopa. Potem zaczęłam liczyć oddechy, żeby mieć czym zająć głowę, i zgubiłam się na siódmym, i zaczęłam od nowa, i zgubiłam się na czwartym. Byłam wściekła. Kobieta, która prowadziła dwa zakłady, umiała rozmawiać z ludźmi w żałobie i przywieźć montaż na czas, nie umiała usiedzieć czterdziestu minut bez ruchu. Kiedy zabrzmiał dzwonek, miałam mokry kark i poczucie kompletnej porażki. I dokładnie dlatego wróciłam w następnym tygodniu. Rzeczy, które od razu wychodzą, nigdy mnie na dłużej nie zatrzymały.

I wtedy zrozumiałam rzecz, która mną wstrząsnęła bardziej niż cokolwiek do tamtej pory. To, co siedziało we mnie na krześle babci, kiedy miałam dwanaście lat — ta obecność bez potoku myśli, oczy półotwarte, kręgosłup prosty, bezruch trwający tak długo, że dorośli w pokoju zdążyli wypić herbatę i nalać drugą — to miało nazwę. To było zazen. Moje pierwsze, spontaniczne zazen, wiele lat przed tym, zanim ktokolwiek mi pokazał, jak się siada. Dziecko w kącie gdańskiego pokoju, przy oknie z widokiem na ogród pełen kwiatów, robiło bez niczyjej pomocy to, czego mnisi uczą się latami.

To rozpoznanie nie przyszło od razu, tylko narastało przez kilka pierwszych spotkań, aż w końcu usiadło we mnie całym ciężarem. Pamiętam, że siedziałam i nagle zobaczyłam tamten pokój: ciemne gdańskie meble po Niemcach, ciężkie, rzeźbione, wysokie oparcie krzesła, w którym plecy same się prostowały, bo inaczej się nie dało. Okrągły stół. Gwar trzech pokoleń, mama i jej rodzeństwo, kuzyni pod stołem, dźwięk łyżeczek. Ogród za oknem, kwiaty w rzędach, które babcia sadziła. I ja z boku, w tym krześle, poza czasem, patrząca na to, co się w czasie dzieje: oni mówią, myślą, ruszają się, a ja siedzę nieruchomo. Siedzę nieruchomo i nic więcej się nie dzieje, i to nic więcej jest najpełniejszą rzeczą, jaką znałam.

Dwadzieścia lat później siedziałam na macie w sali z kadzidłem i wchodziłam dokładnie w ten sam stan. Ten sam. Nie podobny — ten sam. Rozpoznałam go tak, jak się rozpoznaje własny zapach w cudzym ubraniu. I to było jednocześnie najpiękniejsze i najbardziej wstrząsające, bo znaczyło, że przez te dwadzieścia lat ja to miałam, tylko nie wiedziałam, że mam. Że nosiłam w kieszeni klucz i szukałam go po całym mieszkaniu.

To jest szczególne uczucie, dowiedzieć się w środku dorosłego życia, że nie jesteś dziwadłem. Że to, co ci się przydarzyło i o czym nikomu nie mówiłaś, bo nie było jak, ma swoją nazwę, swoją tradycję, swoją literaturę, swoich nauczycieli i swoje pomyłki. Że tysiące ludzi przed tobą siedziało dokładnie tak samo i zostawiło instrukcje. Płakałam wtedy w domu, sama, i to nie był płacz z żalu. To był płacz kogoś, kto po bardzo długiej podróży wchodzi do izby i widzi nakryte dla siebie.

Chcę być dokładna, bo to jest ważne miejsce. Nie płakałam dlatego, że coś zyskałam. Płakałam dlatego, że coś ze mnie spadło. Człowiek, który przez trzydzieści lat nosi w sobie podejrzenie, że jest uszkodzony, nie zdaje sobie sprawy, ile to waży, dopóki tego nie odłoży. A ja nosiłam to od dziecka. Lekarze mówili nerwica. Nauczyciele mówili, że dziwna. Rodzina mówiła, że nie od świata. Sama sobie mówiłam różne rzeczy, w zależności od roku. I nagle okazuje się, że to nie była usterka. To był typ. Istnieje kategoria ludzi tak zbudowanych i istnieje wiedza o tym, jak takich ludzi prowadzić, żeby się nie potłukli. Ta ulga miała fizyczne miejsce: przeponę. Rozluźniła mi się przepona i zaczęłam głębiej oddychać, i tak już zostało.

Praktyka szybko wyszła z sali i weszła w dzień. Wstawałam przed wszystkimi, kiedy w mieszkaniu było jeszcze zimno, siadałam w ciszy i siedziałam czterdzieści minut, a potem szłam robić śniadanie i zaczynać zwykły dzień. Nie mówiłam o tym w domu. To była moja własna, ukryta gospodarka: godzina rano, godzina wieczorem, a między nimi całe życie z domem, telefonami i pieniędzmi. I dziwna rzecz — im więcej siedziałam, tym lepiej mi szło we wszystkim innym. Byłam spokojniejsza z ludźmi. Mniej się kłóciłam. Widziałam wcześniej, kiedy rozmowa idzie w złą stronę. Zen nie zabrał mnie ze świata, tylko postawił mnie w nim mocniej na nogach, i to mnie wtedy najbardziej zaskoczyło, bo spodziewałam się czegoś dokładnie odwrotnego.

Te poranki mam do dziś w ciele. Budzik nastawiony tak, żeby nikogo nie obudzić. Podłoga zimna w przedpokoju, cieplejsza w pokoju. Ten szczególny kolor powietrza przed świtem, kiedy jeszcze nie ma barw, tylko stopnie szarości, i widać w nim brzegi mebli, ale nie widać ich koloru. Kaloryfery, które o tej porze stukały. Pierwszy tramwaj gdzieś daleko. Siadałam, ustawiałam kręgosłup i przez pierwsze dziesięć minut nie działo się absolutnie nic poza tym, że bolały mnie kolana i że myślałam o rzeczach do załatwienia. Trzeba to powiedzieć uczciwie, bo ludzie mają wyobrażenie, że siedzenie to jest jakiś rodzaj wypoczynku. Siedzenie jest robotą. Pierwsze dziesięć minut to jest przeprowadzka mebli w umyśle. Drugie dziesięć — targowanie się z ciałem. I dopiero gdzieś w trzecim kwadransie, jeśli w ogóle, otwiera się to, po co się przyszło.

Za ścianą spał ośmiolatek. To jest szczegół, przy którym dziś zatrzymuję się dłużej niż przy czymkolwiek innym z tamtego okresu. Wstawałam, przechodziłam przez przedpokój obok jego drzwi, słyszałam, jak oddycha, i szłam siadać. Godzina ciszy, a potem wracałam do przedpokoju, otwierałam jego drzwi i zaczynał się dzień: skarpetki, śniadanie, sprawdzanie, czy ma wszystko. Wtedy myślałam, że robię dwie osobne rzeczy — swoją i jego. Dziś wiem, że to była jedna. Że dziecko, które śpi za ścianą pokoju, w którym ktoś siedzi nieruchomo, śpi inaczej, i że to była jedyna forma opieki, jaką umiałam mu wtedy dać w nadmiarze. Wkrótce miałam mu dać o wiele za mało wszystkiego innego.

Muszę tu dopisać coś, o czym wtedy nikomu nie powiedziałam, a co dziś uważam za najważniejszy powód, dla którego to siedzenie było mi dane właśnie wtedy. Ja miałam wtedy ciało, które od osiemnastego roku życia próbowało mnie z siebie wyrzucić. To trwało już wiele lat: wibracje, drżenia, ten stan, w którym świadomość napiera od środka na granice i chce wyjść. Nauczyłam się to blokować, zdusiłam to, zapanowałam nad tym — i płaciłam za to ciągłym napięciem, którego już nawet nie zauważałam, bo trzymałam je odkąd pamiętam. A siedzenie było pierwszą rzeczą w moim życiu, która nie kazała mi tego dusić.

To jest różnica nie do przecenienia. Wszystko wcześniej — leki, lekarze, moja własna wola — mówiło jednym głosem: przestań. Zablokuj. Utrzymaj formę. A tam siadało się i nie robiło się nic, i jeżeli ciało zaczynało drżeć, to się nie interweniowało. Zostawiało się je i patrzyło. Okazało się, że fala, której się nie zatrzymuje, ma koniec. Że po pewnym czasie przechodzi, opada i zostawia po sobie spokój głębszy niż to, co było przed nią. Przez kilkanaście lat walczyłam z tym, przed czym potem miałam się otworzyć na kursie regresingu. Sala z matami była miejscem, w którym po raz pierwszy przestałam się bić z własnym systemem nerwowym i zaczęłam się z nim uczyć chodzić.

Nauczycielem tej szkoły była osoba oświecona. Piszę to prosto, bez ozdób, bo to jest po prostu fakt, który wtedy przyjęłam i którego nigdy nie musiałam rewidować. Ale nie chodziło nawet o samego nauczyciela. Chodziło o to, co za nim stało. Miałam linię przekazu mistrzów buddyjskich. To znaczy: nade mną, wstecz, przez wieki, szedł łańcuch ludzi, którzy przekazywali to sobie z rąk do rąk, bez przerwy, bez luki. I ja się do tego łańcucha przyczepiłam.

Muszę wyjaśnić, co dla mnie znaczy takie zdanie, bo brzmi ono jak wyznanie wiary, a nie jest. Ja nie mówię, że w kogoś uwierzyłam. Mówię coś o konstrukcji. Kiedy człowiek wchodzi sam w obszary, które są mocniejsze od niego, to jest jak podłączanie się do sieci bez transformatora. Napięcie jest, tylko instalacja nie jest na nie policzona. Ludzie tak się wykrzywiają. Ludzie tak wariują, albo tężeją w pysze, albo wypalają sobie coś w środku i potem przez resztę życia szukają, gdzie to podziali. A linia przekazu jest transformatorem. To jest łańcuch ludzi, którzy już to nieśli, którzy popełnili wszystkie możliwe pomyłki i zostawili po nich znaki, i którzy dzięki temu obniżają napięcie do wartości, jaką pojedyncze ciało zniesie.

I jeszcze jedno, co widzę dopiero z dzisiejszej perspektywy, po wielu latach pracy z rodami. Linia przekazu jest zbudowana dokładnie odwrotnie niż rodzina. W rodzinie dziedziczy się to, czego nikt nie chciał: wykluczenia, milczenia, długi nie do spłacenia. Człowiek dostaje to bez podpisu i nosi całe życie, nie wiedząc nawet, czyje to jest. A w linii przekazu dziedziczy się to, co ktoś świadomie podał — z ręki do ręki, z oczu w oczy, w pełnej przytomności obu stron. To jest jedyna znana mi struktura, w której dziedziczenie odbywa się za zgodą. Kiedy się do takiej struktury przyczepiasz, dostajesz drugą genealogię, równoległą do tej z krwi. I to nie unieważnia tamtej — nic nie unieważnia tamtej — ale daje ci wreszcie coś, co ciągnie w górę, a nie w dół.

A więc nie jestem już sama. Mam już nad głową połączenia.

To zdanie było przełomem większym niż jakiekolwiek doświadczenie. Bo ja od dzieciństwa byłam sama ze wszystkim. Sama z chorobami, sama z gorączką, sama z napaścią w lesie, o której nie powiedziałam matce nigdy, sama z tym, że mam misję, sama ze stanami, których lekarze nie umieli nazwać. Byłam samotną anteną wystawioną w pole. A tu nagle okazało się, że anteny nie stoją pojedynczo. Że jest sieć, że są nade mną węzły, że jeśli coś idzie w moją stronę z góry, to nie spada na mnie bezpośrednio, tylko przechodzi przez ludzi, którzy już to nieśli i wiedzieli, jak to się niesie. Poczułam nad ciemieniem coś w rodzaju dachu. Nie ograniczenia — osłony.

Ten dach był odczuwalny. Chcę to powiedzieć bez owijania, bo to jest opis fizyczny, nie przenośnia. Kiedy siedziałam, przestrzeń nad głową zmieniła gęstość. Wcześniej nade mną było otwarte niebo w najgorszym sensie tego słowa — nieskończona pustka, do której wszystko ze mnie uciekało i z której wszystko mogło spaść. Potem pojawiła się warstwa. Coś jakby strop, ale nie zamykający, tylko rozprowadzający. Ciśnienie zeszło z ciemienia na barki, a z barków w podłogę. To jest bardzo konkretne uczucie: nagle masz przez co przepuścić to, co przez ciebie idzie, i nie musisz tego trzymać sama.

I jeszcze jedno, czego wtedy nie umiałam nazwać, a co dziś nazywam wprost. Samotna antena zbiera wszystko, co jest w powietrzu. Nie ma filtra, nie ma wyboru, nie ma kierunku. Przez całe dzieciństwo i młodość wchodziło we mnie wszystko, co akurat było w pomieszczeniu: cudze rozdrażnienie, cudzy strach, cudza choroba. Dlatego tak często chorowałam. Dlatego z niektórych domów wychodziłam z gorączką. Antena podpięta do sieci przestaje być otwartym uchem, a zaczyna być punktem w strukturze. Ma miejsce. Ma numer. Wie, co do niej należy, a co nie. Od tamtego roku po raz pierwszy w życiu potrafiłam wyjść z pokoju pełnego ludzi i nie wynieść z niego cudzych rzeczy.

Dziś dodam do tego jeszcze jedno słowo, którego wtedy nie użyłam, a które w gruncie rzeczy było pod spodem od początku: służba. To słowo miałam w sobie od dzieciństwa i nigdy nie umiałam go nikomu wytłumaczyć, bo w domu wojskowym znaczyło coś zupełnie innego — mundur, delegacje, rozkaz. A ja miałam je w wersji bez munduru. Dziecko, które wie, że przyszło tu z zadaniem, i nie ma pojęcia z jakim. Kiedy zobaczyłam łańcuch ludzi cofający się w tył przez wieki, po raz pierwszy zrozumiałam, że słowo służba nie oznacza podległości. Oznacza, że stoisz w szeregu, w którym coś się przekazuje dalej — i że twoje zadanie polega przede wszystkim na tym, żeby tego nie upuścić.

Dwa lata praktykowałam w grupie. Przedtem praktykowałam sama, po swojemu, jak umiałam, ale samotna praktyka jest jak śpiewanie bez słuchu — można robić to latami i utrwalać własne przekłamania. W grupie się nie da. Grupa cię koryguje samą swoją obecnością, bez jednego słowa. Siadałam obok ludzi, którzy siedzieli od dziesięciu lat, i moje ciało uczyło się od ich ciał rzeczy, których żadna książka nie przekaże: jak trzymać kręgosłup przez czterdzieści minut, żeby to nie było napięcie, tylko oś. Jak przechodzić przez ból kolan bez uciekania i bez bohaterstwa. Jak wracać, kiedy myśl porwie, i nie robić z tego dramatu.

To uczenie się od ciał obcych ludzi jest zjawiskiem, którego do dziś nie umiem do końca wytłumaczyć, choć od trzydziestu lat na nim pracuję. Nikt tam nikogo nie poprawiał. Nikt nie podchodził i nie mówił: masz przekrzywioną miednicę. A jednak po którymś miesiącu moja miednica ustawiła się sama, i to nie dlatego, że postanowiłam. Ciała w jednym pomieszczeniu, robiące jedną rzecz przez godzinę, zaczynają się uzgadniać. Tak jak oddech dwudziestu osób uzgadnia się bez umowy. Widziałam to potem tysiące razy przy stole i w kręgu: człowiek zestrojony z polem przestraja pole, a pole przestraja człowieka, i nie da się powiedzieć, kto zaczął. Wtedy byłam po prostu wdzięczna, że mnie ktoś przestraja, bo od dawna nikt tego nie robił.

W tamtej sali poznałam ludzi, którzy zostali ze mną na dziesięciolecia. Grzegorza, który był w drodze buddyjskiej od siedemnastego roku życia — kiedy go poznałam, chodził już w tych długich szatach i miał w sobie ten szczególny rodzaj lekkości, który mają ludzie, którzy bardzo wcześnie postanowili, po co żyją. Norberta, który dwa lata później położy się obok mnie na podłodze i będzie czuwał, kiedy ja będę umierać i wracać. Nie wiedzieliśmy tego wtedy. Piliśmy herbatę po siedzeniu, rozmawialiśmy o głupstwach, wracaliśmy do domów tramwajami.

Dziś, kiedy patrzę na tamte herbaty, widzę je zupełnie inaczej. Bo to nie było towarzystwo. To była obsada. W jednej sali, w ciągu jednego roku, dostałam dwóch ludzi, z których jeden miał być powodem, dla którego rozpadnie się moje małżeństwo, a drugi miał czuwać przy mnie, kiedy wyjdę z ciała. Wtedy byli po prostu chłopakami od siedzenia, jeden w szatach, drugi w swetrze. Rozmawialiśmy o tym, gdzie kupić przyzwoitą herbatę i czy w niedzielę będzie ktoś otwierał salę. Życie ustawia obsadę zawsze wcześniej, niż potrzebuje, i zawsze w takich okolicznościach, żeby nie dało się niczego przewidzieć. Gdyby dało się przewidzieć, człowiek by uciekł.

Grupa dała mi też coś, czego samotna praktyka nie daje nigdy: przymus przyjścia. Kiedy siedzisz sama, zawsze można jutro. Zawsze jest powód, zawsze jest telefon, zawsze jest zmęczenie. A kiedy o określonej godzinie w określonym miejscu siada dwadzieścia osób, to ty albo jesteś, albo cię nie ma, i wszyscy to widzą, i nikt ci nic nie powie, i właśnie to milczenie działa najskuteczniej. Ubierałam się, wychodziłam z domu, jechałam przez miasto, wchodziłam po schodach, zdejmowałam buty. Ten cały ciąg czynności był częścią praktyki, choć wtedy myślałam, że jest tylko dojazdem. Dziś, prowadząc własne zajęcia, wiem, że połowa roboty dzieje się w drodze — że człowiek, który wyszedł z domu, żeby gdzieś dojść o określonej godzinie, jest już w innym stanie niż ten, który został.

Bo to trzeba powiedzieć: sangha nie była ucieczką od życia. Miałam wtedy męża, syna, dom, pieniądze, o które się nie martwiłam, i cały ten porządek, który z zewnątrz wyglądał na udany. Praktykowałam w szczelinach — wieczorami, świtem, w wolne soboty. Nikt w moim domu nie rozumiał, po co mi to. Uważano to za dziwactwo, w najlepszym razie za hobby. Ja sama nie umiałam wytłumaczyć. Dziś wiem, że przygotowywałam ciało. Szykowałam je pod transfery, choć takiego słowa nie znałam jeszcze przez wiele lat. Siedziałam nieruchomo tydzień po tygodniu i wypalałam w sobie kanał, żeby dwa lata później, kiedy przyjdzie fala, było którędy.

Warto zobaczyć, jak to wyglądało z zewnątrz, bo z zewnątrz wyglądało doskonale. Mieszkanie urządzone. Biblioteka rosnąca z miesiąca na miesiąc. Wieczorami czytałam mężowi na głos — najpierw literaturę, potem filozofię, potem historię sztuki — bo lubił słuchać, a ja lubiłam czytać komuś, kto słucha. Były płyty z muzyką klasyczną, które przywoził Jarek. Były pieniądze, o które nie trzeba się było martwić. Kobieta, która to wszystko miała, wstawała przed świtem i siadała w ciemnym pokoju, żeby nie robić nic. Dla ludzi z zewnątrz to nie ma sensu. Dla mnie to była jedyna rzecz w całym tym pięknym układzie, która nie była na pokaz.

I była w tym samotność szczególnego rodzaju, o której się rzadko mówi, bo brzmi jak niewdzięczność. To nie jest samotność człowieka, którego nikt nie kocha. To jest samotność człowieka, który jest kochany za coś, czym już nie jest. Wieczorem czytałam na głos i byłam żoną, która czyta na głos. Rano siadałam w ciemności i byłam kimś, kogo w tym domu nie było. Przez dwa lata te dwie osoby mieszkały pod jednym adresem i uprzejmie sobie nie przeszkadzały. Dziś wiem, że coś takiego ma swój termin ważności. Wtedy myślałam, że to potrwa zawsze, bo ludzie zawsze tak myślą o rzeczach, które ich nie bolą wystarczająco.

I jeszcze jedno o tym przygotowywaniu ciała, bo to jest rzecz, którą rozumiem dopiero teraz, po latach pracy przy stole. Człowiek nie jest zbudowany do przepuszczania przez siebie dużych ilości energii. Zwykłe ciało tego nie przenosi — wysiada mu instalacja, dokładnie tak samo jak w mieszkaniu wysiadają korki, kiedy się włączy za dużo urządzeń naraz. Trzeba wcześniej pociągnąć grubszy przewód. Trzeba wypalić kanał. A kanał wypala się jedną rzeczą: powtarzaniem tego samego, w tym samym miejscu, o tej samej porze, przez bardzo długo. Nie ma skrótu. Nie ma techniki, która by to przyspieszyła. Ja siedziałam dwa lata i uważam, że to było wyjątkowo krótko, i że dostałam to za darmo tylko dlatego, że pewne dziecko na krześle w Gdańsku zaczęło robotę wcześniej.

Najwięcej dała mi zresztą nie żadna nauka, tylko pewien rodzaj wstydu, który tam zniknął. Przez całe wcześniejsze życie miałam wrażenie, że to, co się we mnie dzieje, jest podejrzane — że gdybym powiedziała o tym głośno, ktoś by mnie zbadał albo wyśmiał. W sali z matami nikt niczego takiego nie robił. Ludzie siadali, siedzieli, wstawali i szli do domu, i nie opowiadali sobie o przeżyciach, i to była największa ulga: że nie trzeba nic relacjonować. Że doświadczenie nie musi być opowiedziane, żeby było prawdziwe. Dziś, kiedy prowadzę własne zajęcia, pilnuję tego samego. Nie pytam ludzi, co widzieli. Pytam, jak śpią.

To jest zasada, przy której będę stała do końca, i mam na nią bardzo prosty argument. Doświadczenie opowiedziane zmienia właściciela. Dopóki siedzi w ciele, pracuje w ciele. Kiedy się je wyniesie na zewnątrz i położy przed ludźmi, natychmiast zaczyna należeć do opowieści, a nie do ciebie — a opowieść ma swoje prawa, chce być coraz lepsza, chce mieć słuchaczy, chce mieć puentę. Widziałam ludzi, którzy przez dwadzieścia lat opowiadali jedno przeżycie i przez te dwadzieścia lat nie posunęli się o krok, bo cała energia szła w opowiadanie. Dlatego pytam, jak śpią. Sen nie kłamie i nie da się go wyretuszować. Jeśli człowiek zaczyna spać inaczej, to znaczy, że coś się przesunęło naprawdę.

Jest jeszcze jedna rzecz, którą wyniosłam z tamtych dwóch lat i której nikt mi nie powiedział wprost. Nauczyłam się rozróżniać, co jest moje. To brzmi banalnie, dopóki się nie zobaczy, ile ludzkiego cierpienia bierze się z tego, że człowiek nosi cudze rzeczy, myśląc, że są jego. Kiedy siedzisz codziennie i patrzysz, jak przez ciebie przechodzą myśli, po pewnym czasie zaczynasz widzieć, że część z nich w ogóle nie zaczyna się w tobie. Że przychodzą z boku. Że mają cudzy zapach. Nie umiałabym tego wtedy tak nazwać, ale ćwiczyłam wtedy dokładnie ten mięsień, którym dziś pracuję z ludźmi przy stole: mięsień rozdzielania. To moje, to nie moje. To do mnie należy, to zostawiam.

Wracały też do mnie wtedy kwiaty, i to jest osobna, cicha historia tamtych lat. Przez dwadzieścia lat prawie ich nie zauważałam — miałam interesy, cmentarze, kamień, terminy. A od kiedy zaczęłam siadać, zaczęłam je znowu widzieć: na straganie, w cudzym oknie, w wazonie u kogoś w kuchni. Kupowałam je sobie bez okazji i stawiałam w pokoju, w którym siedziałam rano. Dopiero po latach zobaczyłam, co się w tym domykało. Dziecko, które w tamtym gdańskim pokoju wchodziło w bezruch, miało za oknem ogród pełen kwiatów, a po każdej wizycie schodziło z babcią między grządki i pokazywało palcem, co ma być w bukiecie. Bezruch i kwiaty przyszły do mnie razem pierwszy raz, więc drugi raz też przyszły razem. Nic w tym nie ma z sentymentu. Tak działa pamięć ciała: przywraca komplet, nie fragment.

Szafran jest kolorem szat, ale przede wszystkim jest przyprawą, która barwi. Wystarczy szczypta i cały garnek staje się złoty, i już się tego nie da odjąć. Tak to na mnie działało. Nie było już dziedziny mojego życia, której by to nie zabarwiło. Sposób, w jaki rozmawiałam przez telefon. Sposób, w jaki siadałam na krześle w cudzej kuchni. To, jak długo umiałam czekać, zanim odpowiem. Ludzie zaczęli mnie o coś pytać, choć niczego nie ogłaszałam. Zaczęli mi mówić rzeczy, których nie mówili nikomu innemu. Wtedy nie wiedziałam, dlaczego. Dziś wiem: człowiek, który przestał się w środku szarpać, robi wokół siebie miejsce, w którym inni też przestają, i wtedy z nich wychodzi to, co siedziało pod spodem. To był początek mojego zawodu, choć do zawodu było jeszcze bardzo daleko.

Próg. To słowo wraca w tej książce częściej, niż zamierzałam, i tutaj chcę je postawić raz jeszcze, bo w tamtej sali pierwszy raz zobaczyłam, jak działa. Próg to nie jest linia na podłodze. Próg to jest miejsce, w którym musisz coś zostawić, żeby przejść dalej — i dopiero jeśli naprawdę zostawisz, przejście się otwiera. Przy tamtych drzwiach zostawiało się buty. To niewiele, ale wystarczająco, żeby ciało zrozumiało regułę. Przez następne trzydzieści lat przechodziłam przez progi, przy których trzeba było zostawić dużo więcej: nazwisko, dom, pieniądze, człowieka, dziecko. Za każdym razem zasada była ta sama i za każdym razem miałam ochotę się z niej wykłócić. Nie udało się ani razu. Progu nie da się przekroczyć z pełnymi rękami — to nie jest kara, to jest wymiar drzwi.

Bo tak to u mnie zawsze działało. Najpierw dostawałam doświadczenie, którego nie rozumiałam. Potem, po latach, dostawałam ramę, w którą można je włożyć. Dziecko na krześle babci dostało zazen po ponad dwudziestu latach. Kobieta wychodząca z ciała na kursie regresingu dostanie swoją ramę dopiero w wieku czterdziestu ośmiu lat. Zawsze w tej kolejności. Życie najpierw pokazywało mi rzecz, a potem — czasem po dwudziestu latach — przysyłało kogoś, kto mówił: to się nazywa tak, i nie jesteś pierwsza.

Długo miałam o to pretensje. Wydawało mi się to niesprawiedliwe — po co dawać komuś narzędzie bez instrukcji, skoro można od razu z instrukcją. Dziś myślę, że to jest jedyny możliwy porządek i że gdyby był odwrotny, nic by z tego nie wyszło. Bo gdyby dziecko w Gdańsku wiedziało, że robi zazen, natychmiast zaczęłoby go robić dobrze. A robiło je czysto właśnie dlatego, że nie wiedziało, że robi cokolwiek. Nazwa jest dobra dopiero potem, kiedy już nie może niczego zepsuć — kiedy przychodzi nie po to, żeby powiedzieć ci, co masz robić, tylko po to, żeby powiedzieć, że nie jesteś w tym sama. Rama nie tworzy obrazu. Rama go tylko powstrzymuje przed rozsypaniem się na boki.

Siedziałam w tamtej sali dwa lata i byłam spokojna, i myślałam, że dostałam wreszcie miejsce, w którym można zostać na resztę życia. Miałam dom, syna, męża, bibliotekę, poranki w ciemnym pokoju i dach nad ciemieniem. Wszystko było na swoim miejscu. Nie wiedziałam, że dach nad głową buduje się nie po to, żeby pod nim mieszkać, tylko po to, żeby wytrzymać to, co za chwilę zacznie przez niego przechodzić.

Wiersz

Całe życie myślałam, że stoję sama
na pustym polu, z rękami uniesionymi do góry,
i że jeśli przyjdzie burza, przyjmę ją ciałem.
Aż ktoś mi pokazał, że pole jest pełne.
Że przede mną stali tacy sami,
łańcuch ludzi cofający się w mrok,
i każdy niósł to samo, i nikt nie upuścił.
Szafran — kolor szat i kolor przypraw,
to, co barwi wszystko, czego dotknie.
Nad głową mam połączenia.
To nie znaczy, że jest lżej.
To znaczy, że jest którędy —
i że jest komu podać dalej.

Wytarty kamień

zwrotka
Myślałam, że niosę to sama i że jestem pierwsza.
Że zaczęło się we mnie i we mnie się skończy.
Szłam w górę po ciemku, licząc stopnie,
pewna, że sama je stawiam pod stopą,
że gdzie postawię nogę, tam dopiero powstaje schód.
refren
Potem ktoś zapalił światło na schodach.
Kamień był wytarty na środku.
Chodzili tędy, zanim mnie urodzono,
z tym samym po tej samej stronie.
zwrotka
Nikt mi nic nie zdjął z pleców. Ciężar został ciężarem,
co do grama, co do kroku, co do nocy.
Zmieniło się tylko tyle, że przestałam szukać wyjścia w bok
i że dom okazał się wysoki. Dużo wyższy, niż stawiałam.
Nade mną ktoś szedł. Pode mną ktoś szedł.
Te schody nie mają początku
ani z jednej, ani z drugiej strony.
refren
Potem ktoś zapalił światło na schodach.
Kamień był wytarty na środku.
Chodzili tędy, zanim mnie urodzono,
z tym samym po tej samej stronie.
most
Światło na schodach jest żółte i pali się krótko.
Zdążyłam dotknąć poręczy.
Jest ciepła w tych miejscach, gdzie się ją trzyma.
zwrotka
Teraz idę wolniej i nie liczę stopni.
Ktoś mniejszy dogania mnie od dołu i ciężko oddycha.
Nie odwracam się, żeby go nie spłoszyć.
Zwalniam tylko tyle, żeby usłyszał,
że ktoś jest wyżej.
refren
Światło znowu gaśnie. Zawsze gaśnie za wcześnie.
Kamień jest wytarty na środku.
Chodzili tędy, zanim mnie urodzono,
i wejdą tu, kiedy mnie już nie będzie —
z tym samym po tej samej stronie.
Kontakt do Anny i do autora · szukamy wydawcy