O jedynym miejscu, w którym czas płynął spokojnie, i o nauce, której nikt nie nazywał nauką: że rzeczy robi się ścieg po ściegu i że jeden ścieg sam w sobie nie znaczy nic.
Do babci jechało się pod górę. To jest pierwsza rzecz, którą pamiętam z tamtej drogi — że na końcu jest wzniesienie i że trzeba się wspiąć. Wzgórze Mickiewicza w Gdańsku. Dom stał wysoko, a pod nim rozkładało się miasto, i już samo dojście tam miało w sobie coś z odchodzenia od świata.
Pamiętam to nogami. Ostatni odcinek szło się pieszo i szło się pod górę na tyle stromo, że dziecko zaczynało oddychać inaczej — głębiej, z większym udziałem brzucha, z tą charakterystyczną chwilą, kiedy trzeba się na moment zatrzymać, choć nikt nie każe. Zmieniało się w ciele coś przed zmianą w głowie. Do dziś, kiedy myślę o tamtym miejscu, pierwsze, co przychodzi, to nie obraz, tylko ciężar w udach i lekki niedobór powietrza.
Wznoszenie się coś z człowiekiem robi i nie ma znaczenia, czy człowiek jest o tym uprzedzony. Kiedy się idzie w górę, świat zostaje pod spodem — dosłownie, fizycznie, widać to za każdym zakrętem. Miasto się obniża. Dachy schodzą na poziom oczu, a potem niżej. Hałas cichnie nie dlatego, że ktoś go wyłączył, tylko dlatego, że rozprasza się w powietrzu, zanim dojdzie na górę. Nie umiem sobie wyobrazić lepszego przygotowania do wizyty niż dwadzieścia minut marszu, na którym oddech się pogłębia, a świat opada.
Cała moja późniejsza praca ma tę samą strukturę i nie zauważyłam tego przez dziesięciolecia. Wchodzenie na górę i schodzenie do podziemi, wchodzenie i schodzenie, w kółko, cyklami. Zawsze najpierw wznoszenie. Zawsze najpierw oddech, który się pogłębia, i świat, który zostaje niżej. Uczono mnie tego w kilku miejscach i pod kilkoma nazwami, i za każdym razem miałam wrażenie, że już to gdzieś robiłam. Robiłam. Miałam pięć lat i szłam pod górę do babci.
Ten dom był poniemiecki. Wtedy nie zastanawiałam się nad tym ani przez chwilę — dom był domem babci i tyle. Dopiero później zaczęłam rozumieć, co to znaczy: że przed nami mieszkali tam inni, że wyszli albo ich wyprowadzono, że zostawili ściany, schody, sposób, w jaki układa się okno względem ogrodu. Że dom miał już swoją pamięć, kiedy się w nim pojawiliśmy.
Zostawili też przedmioty i to jest ta część, o której najtrudniej mówić bez fałszywej nuty. W tamtych pokojach stały ciemne, ciężkie meble gdańskie — rzeźbione, z wysokimi oparciami, zrobione dla ludzi, których tam już nie było i o których się nie mówiło. Nikt tego nie ukrywał. Nikt też tego nie nazywał. Meble po prostu stały, a rodzina siadała na nich i przy nich, i jadła z nich, i to było normalne.
Dziecko przyjmuje taki układ całkowicie bez zgrzytu. Ja nawet lubiłam te sprzęty — miały wypolerowane, gładkie miejsca tam, gdzie przez lata kładły się cudze dłonie, i to było wyczuwalne palcem. Dopiero jako dorosła kobieta, i to bardzo późno, zaczęłam widzieć w tym coś, przy czym trzeba się zatrzymać: że mieszkaliśmy w cudzej formie. Że ktoś to wszystko zbudował dla siebie, ustawił okno tak, żeby patrzeć na własny ogród, i że potem przyszli inni ludzie, którzy zaczęli patrzeć przez to samo okno na ten sam ogród, i nazwali go swoim.
Nie stawiam tu żadnej tezy o historii, bo nie jest to moja sprawa i nie mam do niej kompetencji. Mówię o czymś węższym i pewniejszym: że pierwsze miejsce, które w moim życiu było naprawdę ciepłe, było zbudowane przez kogoś obcego, kto musiał je opuścić. Że czułość, którą dostawałam, dostawałam w cudzym domu. Nie umiem tego zamknąć żadnym wnioskiem i przestałam próbować. Zostawiam to tak, jak stoi.
Bo moi przyjechali tam po wojnie z daleka. Z Wołynia. Z tamtej ziemi, o której w domu nie mówiło się dużo, a jeśli mówiło, to jakoś inaczej — ciszej, z pauzami. Przywieźli ze sobą to, co przywozi się w takich sytuacjach: kilka przedmiotów, sposób gotowania, akcent, który się z czasem zaciera, i coś, czego nie widać, a co jest najcięższe z całego bagażu.
Ludzie, którzy zostali przeniesieni, mają w sobie szczególny rodzaj sposobu bycia i rozpoznaję go dziś natychmiast, choćby minęły trzy pokolenia. Oni nie osiadają do końca. Coś w nich zostaje spakowane. Można mieszkać w jednym domu pięćdziesiąt lat, urodzić w nim dzieci, wykarmić wnuki i nadal mieć w sobie tę jedną, cichą gotowość, że gdyby trzeba było ruszyć — to się ruszy. To nie jest lęk. To jest ustawienie ciała.
Widziałam je w tamtym domu, choć wtedy nie miałam pojęcia, że coś widzę. Widziałam je w sposobie, w jaki się tam trzymało rzeczy — porządnie, w komplecie, w wiadomych miejscach. Widziałam je w oszczędności, która nie brała się z biedy, bo biedy tam nie było, tylko z pamięci o tym, że rzeczy mogą zniknąć. Widziałam je nawet w gościnności, w tym natychmiastowym stawianiu jedzenia przed każdym, kto wszedł, jakby trzeba było zdążyć.
Dostali dom po kimś. I zaczęli w nim żyć.
Zdanie krótkie i całkiem beznamiętne, i tak właśnie było to opowiadane w rodzinie, o ile w ogóle było opowiadane. Bez skargi, bez triumfu, bez komentarza. Ludzie, którzy przeszli przez rzeczy naprawdę ciężkie, opowiadają o nich bardzo krótkimi zdaniami — to jest jedna z najpewniejszych obserwacji, jakie zebrałam przez lata pracy. Rozwlekle opowiada się o krzywdach średnich. Te największe mieszczą się w zdaniu podrzędnym.
Babcia Maria. Marysia. Nosiła to imię tak, jakby ono było dla niej trochę za duże i trochę za ciepłe naraz. Była schorowana — przez cały czas, odkąd ją pamiętam, coś jej dolegało, coś ją bolało, coś jej nie pozwalało. I była zawsze uśmiechnięta. Te dwie rzeczy stały obok siebie w jednej osobie bez żadnej sprzeczności i to jest jedna z najważniejszych rzeczy, jakich nauczyłam się w życiu, chociaż nikt mi jej nie wykładał. Że pogoda człowieka nie jest funkcją tego, co go spotyka.
Muszę to powiedzieć precyzyjniej, bo inaczej wyjdzie z tego pocztówka, a to nie była pocztówka. Ona nie była uśmiechnięta w sensie towarzyskim. Nie opowiadała dowcipów, nie rozweselała nikogo, nie udawała, że jest dobrze. Ona po prostu miała twarz, na której spoczywało światło, i miała je również wtedy, kiedy ledwo mogła się poruszyć. To nie było przykrywanie bólu. To było coś, co istniało obok bólu, na tej samej powierzchni, w tym samym czasie.
Widziałam potem w życiu wielu ludzi cierpiących i bardzo niewielu takich. Zdecydowana większość cierpiących zwęża się — to jest naturalne i nie ma w tym niczego nagannego. Ból zabiera przestrzeń, człowiek kurczy się wokół niego, świat robi się mniejszy, aż w końcu mieści się w jednym punkcie. Ona się nie zwęziła. Bolało ją i jednocześnie było w niej miejsce na wszystko inne: na przyjaciółkę w kuchni, na wnuczkę przy nodze, na to, żeby zauważyć, że ktoś jest zmęczony.
Przez lata próbowałam zrozumieć, jak to jest zrobione, bo bardzo chciałam to umieć. Dziś wiem tyle: to nie jest cecha charakteru i nie jest to wybór podejmowany rano. To jest sposób, w jaki człowiek jest ustawiony wobec własnego ciała. Ona nie walczyła ze swoim ciałem. Nie miała do niego pretensji. Nie traktowała choroby jako niesprawiedliwości, którą trzeba zwalczyć albo przynajmniej skomentować. Ciało robiło, co robiło, ona robiła swoje, i między jednym a drugim nie było wojny. Cała energia, którą inni zużywają na ten spór, zostawała u niej wolna — i to jest, jak sądzę, całe wyjaśnienie tego uśmiechu.
Poruszała się wolno i to spowolnienie zmieniało dom. W pomieszczeniu, w którym jest jedna osoba poruszająca się bardzo powoli, wszyscy inni po pewnym czasie zwalniają. Nie z uprzejmości — po prostu tak działa wspólna przestrzeń. Kiedy przyjeżdżałam do niej z naszego mieszkania, w którym powietrze przyspieszało od progu, wchodziłam w coś, co miało zupełnie inne tempo. Pierwsze minuty były prawie fizycznie trudne, jak wyjście z rozpędzonego pojazdu. Potem organizm się przestawiał i zaczynałam oddychać wolniej.
Siadała przy oknie. To był stały punkt i chyba nie widziałam, żeby siadała gdzie indziej. Pokoje w tamtym domu były ciemne — ciężkie meble, ciemne drewno, niewielkie okna, światło wchodzące wąskim pasem — i w tej ciemności było jedno miejsce jasne, i w tym jednym miejscu siedziała ona. Ręce miała w świetle. Zawsze pamiętam jej ręce w świetle, a resztę pokoju w półmroku.
Dziecko zapamiętuje takie rozkłady jasności na całe życie i potem szuka ich odruchowo. Ja szukałam. Zbudowałam sobie po latach miejsce pracy, w którym jest dokładnie to samo: przygaszone wnętrze i jeden punkt, w którym pracują ręce. Nie zaplanowałam tego. Kiedy zdałam sobie sprawę, skąd to jest, siedziałam u siebie przy stole i długo nie mogłam nic powiedzieć.
Robiła na drutach. Swetry — ciężkie, prawdziwe, na całe zimy. Siedziała i druty stukały, i to stukanie było najspokojniejszym dźwiękiem, jaki znałam. Rytmicznym, ale nie mechanicznym. Robiła też coś, co uwielbiałam najbardziej: wyszywała. Poduszki i obrazki z nici. Godzinami przeciągała nitkę przez płótno, oczko po oczku, i z tego bezsensownego, mikroskopijnego wysiłku wychodził w końcu obraz.
To stukanie miało nieregularność, która była w nim najważniejsza. Maszyna stuka równo. Ona stukała seriami: kilka szybkich, przerwa, znowu kilka, dłuższa przerwa, w której coś sprawdzała albo poprawiała, i dalej. Dziecko, które siedzi w takim pokoju, wchodzi w ten rytm bez żadnego wysiłku. To był pierwszy metronom, jaki znałam, i pierwszy dowód, że można coś robić godzinami i nie spieszyć się ani przez chwilę.
Wełna pachniała. Kłębek trzymany w rękach jest ciepły, bo wełna trzyma ciepło ręki, i to jest zabawka lepsza od wszystkich, jakie mi kiedykolwiek kupiono. Nawlekała się na palce, plątała, dawała rozwijać. Nie mam pewności, czy komukolwiek to pomagało, ale mnie pozwalano się tym bawić, i to też coś znaczy: w tamtym domu dziecko mogło dotykać narzędzi pracy.
Te swetry się potem nosiło i to jest osobna rzecz, o której chcę powiedzieć, bo dotyczy ciała, a ciało w tej książce jest wszędzie. Sweter zrobiony ręcznie jest inny w dotyku niż kupiony. Cięższy. Nierówny w miejscach, w których rękę zmęczyło albo w których ktoś przerwał i wrócił po godzinie. Trochę drapie. Nie leży idealnie, bo nie był robiony według wykroju, tylko według dziecka, na które go mierzono.
Chodziło się więc przez całe zimy owiniętym w kilkadziesiąt godzin cudzego siedzenia przy oknie. Nikt tak o tym nie mówił i nikomu nie przyszłoby to do głowy — to był po prostu sweter, było w nim ciepło, koniec. Ale ciało wie takie rzeczy niezależnie od tego, czy je ktoś nazwie. Do dziś, kiedy pracuję z ludźmi nad tym, co ich trzyma przy życiu, pytam czasem, czy mieli w dzieciństwie coś zrobionego dla nich ręcznie. Bardzo często okazuje się, że tak, i bardzo często człowiek nie łączył tego dotąd z niczym.
Wtedy myślałam, że to ładne. Dziś wiem, że patrzyłam na model wszechświata.
Bo wyszywanie jest bezlitosne w swojej logice. Każde oczko z osobna nic nie znaczy. Nie da się z jednego ściegu odczytać, co powstaje. Trzeba wykonać ich tysiące, w porządku, cierpliwie, nie widząc jeszcze całości, ufając, że wzór jest — bo wzór jest w tobie, nie na płótnie. A potem, w którymś momencie, obraz nagle wychodzi. Nie stopniowo. Nagle. Jest taki moment, kiedy oko przeskakuje z pojedynczych ściegów na kształt i już nie umie wrócić.
I jest jeszcze druga strona, o której nikt nie mówi, a która nauczyła mnie więcej niż pierwsza. Odwrotna strona wyszywanego obrazka to jest bałagan. Splątane nitki, węzełki, końcówki poprzeciągane byle jak, przejścia, których na wierzchu nie widać. Nie da się z tej strony rozpoznać niczego. Kto by ją zobaczył pierwszą, powiedziałby, że ktoś tu zniszczył kawałek płótna.
Odwracałam te obrazki i patrzyłam na spód, i pamiętam, że mnie to zdumiewało: że to jest ta sama rzecz. Że nie ma dwóch płócien, jest jedno, i że po tej stronie jest ład, a po tamtej chaos, i że jedno bez drugiego nie istnieje. Węzełki nie są błędem. Węzełki są miejscami, w których nitka została zamocowana, żeby wzór się trzymał.
Przez trzydzieści lat pracy nie znalazłam lepszego obrazu na to, czym jest ludzkie życie oglądane od środka. Człowiek widzi swoją stronę — plątaninę, poprzeciągane końce, miejsca, które wyglądają na zmarnowane. Nikt nie ogląda własnego życia od strony wzoru. To jest technicznie niemożliwe, bo się siedzi po tej stronie, po której się szyje. Wszystko, co mogę ludziom powiedzieć w tej sprawie, to jedno zdanie i mówię je często: to, co pan uważa za bałagan, jest spodem, a nie całością.
Całe moje życie tak wyglądało. Trzydzieści lat tworzenia jednego miejsca. Warstwa po warstwie wchodzenie w świat, którego się jeszcze nie rozumie. Notatka po notatce, sesja po sesji, przekład po przekładzie. Nauczyłam się tego u kobiety, która nigdy nie przeczytała ani jednej książki o duchowości i która po prostu siedziała przy oknie z igłą.
Chcę to podkreślić, bo w moim środowisku łatwo o odwrotne wrażenie. Ludzie szukają metody. Jeżdżą, płacą, zapisują się, kolekcjonują nauczycieli. A najważniejszą metodę, jaką znam — tę jedną, bez której żadna inna nie zadziała — dostałam od schorowanej kobiety na wzgórzu, która nie wiedziała, że czegokolwiek uczy. Metoda brzmi: rób dalej, nie widząc rezultatu. To wszystko. Cała reszta jest techniką.
Dom był pełen kobiet. Przyjaciółki babci przychodziły stale, siadały, mówiły, śmiały się, przynosiły coś, wynosiły coś, opowiadały o swoich. To był dom otwarty w sposób, którego nie znałam z naszego mieszkania — u nas była dyscyplina i porządek, a tam był ruch ludzi. Kobiety w kuchni, kobiety w pokoju, kobiety na schodach. Powietrze zrobione z rozmowy.
To były stare kobiety, w każdym razie tak je widziałam, i to były kobiety, które przeszły przez to samo co ona — przeniesienie, wojna, cudze domy, dzieci wychowane w miejscach, w których się nie urodziły. Siadały i mówiły o rzeczach zupełnie zwyczajnych: co drogie, kto chory, co komu wyrosło. Nikt tam nikomu nie opowiadał swojego cierpienia. Ale ono było w pokoju, całe, i wszyscy o nim wiedzieli, i dlatego można było mówić o kurach.
Siedziałam pod stołem albo z boku i słuchałam, i to był pierwszy krąg, w jakim w życiu siedziałam. Dziś prowadzę takie kręgi zawodowo i wiem o nich rzeczy, których wtedy nie mogłam wiedzieć — na przykład tę, że w grupie kobiet, która mówi wystarczająco długo, w pewnym momencie zmienia się dźwięk. Głosy schodzą niżej, pauzy się wydłużają, ludzie przestają sobie przerywać. To jest moment, w którym zbiór osób staje się polem. Trwa to kilkadziesiąt minut i nie da się tego przyspieszyć.
W tamtej kuchni to się działo samo, co tydzień, bez żadnego prowadzącego. Nie miały na to nazwy, nie brały za to pieniędzy, nie wiedziały, że robią cokolwiek poza siedzeniem. A ja mam do dziś to ucho: kiedy w moim pokoju grupa wchodzi we właściwy stan, słyszę to natychmiast, bo słyszałam to jako pięciolatka pod stołem.
Z przodu domu był ogród. Kwiaty. Cały wielki ogród kwiatowy, o który się dbało, przycinało, doglądało, i który nie miał żadnej funkcji poza tą jedną — żeby był. Z tyłu była potężna ziemia, poważna: kurki, świnki, sad. Tam się pracowało, tam się jadło, tam była gospodarka. Z przodu piękno, z tyłu utrzymanie. Kiedy dziś myślę o tym, jak zorganizowałam własną przestrzeń — jeden pokój do pracy z materią, drugi do połączeń, granice, kadrowanie — widzę tamten dom.
Ta tylna ziemia była naprawdę potężna i pamiętam ją głównie zapachem, bo dziecko pamięta zapachami. Ciepły, kwaśny zapach zwierząt. Zapach ziemi rozgrzebanej i ziemi mokrej, które są całkiem różne. Zapach spadłych owoców w sadzie, ten słodki, przechodzący w fermentację, przy którym chodzą osy. Tam się chodziło w gorszych butach i wiedziało, że nikt nie będzie zwracał uwagi na ubranie.
A z przodu było odwrotnie. Tam się nie pracowało w tym sensie. Tam się doglądało. Ogród kwiatowy jest, obiektywnie rzecz biorąc, ogromnym marnotrawstwem: zajmuje ziemię, wymaga wody, pracy, uwagi, i nie daje ani jednej kalorii. Ludzie, którzy przeszli przez wojnę i głód, a którzy mimo to sadzą z przodu domu kwiaty, mówią tym coś bardzo konkretnego. Mówią: przetrwaliśmy i teraz stać nas na rzecz niepotrzebną.
Rozumiem to lepiej z każdym rokiem. Wszystko, co robię, jest z punktu widzenia gospodarki dokładnie takim przednim ogrodem. Nie produkuje niczego, co dałoby się zważyć. Kosztuje czas, uwagę i prąd. I jest niezbędne, dokładnie w tym samym sensie, w jakim niezbędne były tamte kwiaty — bo dom, który ma wyłącznie tył, przestaje być domem i staje się gospodarstwem.
Był tam też dziadek. Mniej go pamiętam — pamiętam go raczej jako obecność w tle, jako kogoś, kto zajmuje się tamtą tylną, poważną częścią ziemi, podczas gdy przednia, kwiatowa, należała do niej. W takich domach zawsze jest ten podział i nikt go nie ustala na głos.
Nie wiem, czy oni kiedykolwiek o tym rozmawiali. Podejrzewam, że nie i że nie było potrzeby. Ludzie z tamtego pokolenia dzielili świat bez negocjacji — nie dlatego, że byli zgodni, tylko dlatego, że podział był wcześniejszy niż oni. Dziś takie układy uważa się za krzywdzące i często słusznie. Ja widziałam jeden, który działał, i chcę być wobec niego uczciwa: nikt tam nikogo nie ograniczał. Ona miała pełną władzę nad tym, co z przodu, i nikt jej się do tego nie wtrącał. To też jest rodzaj wolności, choć wąski.
Stało tam jeszcze jedno krzesło, o którym powiem w tej książce osobno, bo należy do zupełnie innego rozdziału mojego życia. Wysokie, rzeźbione, z takim oparciem, że kręgosłup nie miał wyboru i musiał się wyprostować. Jej krzesło. Wtedy było dla mnie po prostu jednym z tych ciężkich sprzętów, na które dziecko wdrapuje się z pewnym wysiłkiem, i nie miałam pojęcia, że jest ono na mnie przygotowane i czeka.
Zapisuję to tutaj tylko po to, żeby zostało powiedziane, że stało w tym samym pokoju, w tym samym półmroku, przy tym samym oknie, przez które widać było ogród. Wszystko, co miało mi się wydarzyć kilka lat później, było już wtedy w tym domu rozłożone i gotowe. Nikt tego nie ustawił specjalnie. Po prostu tak stało.
O Wołyniu nie mówiło się prawie wcale. Nie było zakazu, nie było dramatycznych scen, po prostu ten temat nie wchodził do rozmowy — a jeśli już wszedł, to zdania robiły się krótsze i między nimi pojawiały się przerwy. Dziecko wie o takich przerwach wszystko. Dziecko nie zna faktów, ale bezbłędnie wyczuwa miejsce, w którym w rodzinie jest coś, czego się nie otwiera.
Te przerwy mają swoją fizykę i chcę ją opisać, bo to jest jedna z rzeczy, które umiem naprawdę dobrze. Kiedy w rozmowie dorosłych pojawia się temat zamknięty, zmienia się najpierw oddech — ktoś nabiera powietrza i wypuszcza je bez słowa. Potem zmienia się kierunek wzroku: ludzie przestają patrzeć na siebie i zaczynają patrzeć na przedmioty. Potem ktoś zmienia temat i robi to zawsze o pół sekundy za szybko. Dziecko nie rozumie ani jednego słowa z tego, o czym była mowa, ale rejestruje całą sekwencję i zapamiętuje ją jako miejsce: tu jest dziura.
Wiele lat później, kiedy zaczęłam pracować w polach rodzinnych, przekonałam się, jak drogo kosztuje takie zamykanie. Że to, co się z rodu wyłącza, nie znika, tylko schodzi niżej i tam pracuje przeciwko żywym. Ale wtedy była tylko cisza po pewnych zdaniach i nikt tego nie nazywał.
I był rytuał.
Po każdej wizycie, zanim wyjechaliśmy, babcia brała mnie za rękę i szłyśmy razem do ogrodu. Bez pośpiechu. Ona ledwo chodziła, więc szło się wolno, i to spowolnienie było częścią rzeczy. Stawałyśmy między grządkami, a ona mówiła: wybieraj.
I ja wskazywałam palcem.
Ten. I ten. I ten z tyłu, ten wysoki.
Ona ścinała dokładnie te, które pokazałam. Nie poprawiała mnie. Nie mówiła, że ten jest już przekwitły albo że ten się nie nadaje, albo że lepiej wziąć trzy jednakowe. Ścinała to, co wybrało dziecko, i składała z tego bukiet, i ten bukiet jechał z nami do domu.
Chcę tę scenę rozłożyć na części, bo przez pół wieku wracam do niej częściej niż do jakiejkolwiek innej i wiem już, gdzie w niej jest ciężar.
Po pierwsze: wychodziłyśmy z domu. Z tego ciemnego wnętrza, z ciężkich mebli, z półmroku pokoi — na zewnątrz, gdzie było jasno. To przejście samo w sobie coś robiło. Oczy musiały się przestawić, przez pierwsze sekundy widziało się za dużo światła i za mało kształtów, a potem ogród się wywoływał, tak jak wywołuje się zdjęcie.
Po drugie: szłyśmy wolno, bo inaczej nie było można. Jej chodzenie było pracą i trzeba było się do niego dostroić. Trzymała mnie za rękę i przez tę rękę szło całe tempo — dziecko przy takiej osobie nie może biec i po kilku krokach przestaje chcieć biec. Byłam więc, całkiem bez własnej zasługi, ustawiana w rytm człowieka chorego, i to jest doświadczenie, którego nie da się przecenić. Wiem od środka, czym jest cudze ciało dyktujące tempo. Do dziś prowadzę ludzi w tempie ich ciała, nie swojego.
Po trzecie: ona nie decydowała. To jest sedno i przez lata mi umykało. Ona miała ten ogród, ona go zasadziła, ona wiedziała o nim wszystko — i oddawała wybór dziecku, które nie wiedziało o nim nic. Nie „pomóż mi wybrać". Nie „chcesz ten?". Wybieraj.
Po czwarte: cięcie. Był dźwięk. Nożyce w kwiatowej łodydze robią krótki, wilgotny chrzęst, zupełnie inny niż w czymkolwiek innym. Potem był zapach — bo przecięta łodyga pachnie natychmiast i pachnie zielenią, ostro, przez sekundę, po czym gaśnie. To był pierwszy raz, kiedy zetknęłam się z tym, że przerwanie czegoś żywego ma swój zapach.
Po piąte: bukiet rósł w jej rękach. Ona go składała, obracała, poprawiała, i pod jej palcami z kilku przypadkowych rzeczy wskazanych przez pięciolatkę robiła się całość. Nie zmieniała mojego wyboru — układała go. Dziś nazwałabym to najuczciwszą formą pomocy, jaką znam: nie poprawiać cudzego wyboru, tylko nadać mu formę, w której da się go unieść.
I po szóste, najważniejsze: ten bukiet wyjeżdżał z nami. Wychodziłyśmy z jasnego ogrodu, przechodziłyśmy przez ciemny dom i wynosiłam z tego domu naręcze kolorów. Wracałam do naszego mieszkania z czymś, co jeszcze godzinę wcześniej rosło na wzgórzu. Przez kilka następnych dni w naszym pokoju stało coś, co ja wybrałam.
Nie umiem opisać, co to ze mną robiło. Byłam małą dziewczynką, której w innych miejscach mówiono, co ma robić, jak ma pisać, jak ma siedzieć, kiedy ma wziąć lek. A tam, na tym wzgórzu, dorosły człowiek szedł za moim palcem. Uznawał mój wybór za wystarczający powód, żeby coś ściąć i wnieść do domu. To jest, jak dziś rozumiem, definicja szacunku — i pierwszy raz, kiedy zetknęłam się z tym, że moje widzenie ma wagę.
Pracuję dziś dokładnie tak i wiem, skąd to mam. Kiedy człowiek leży u mnie na stole i mówi, że coś czuje w konkretnym miejscu, ja tam idę. Nie tłumaczę mu, że anatomicznie to niemożliwe. Nie poprawiam go wiedzą. On wskazuje palcem, ja tam idę. Dziewięć razy na dziesięć okazuje się, że wiedział lepiej niż wszystko, co można było o tym wyczytać.
Nauczyciele, których w życiu miałam, dawali mi bardzo różne rzeczy. Ale tego jednego nie dał mi żaden z nich, bo tego się nie wykłada. Tego się doświadcza raz, w wieku pięciu lat, kiedy ktoś dorosły i mądrzejszy ścina bez słowa dokładnie ten przekwitły, krzywy kwiat, który wskazałeś.
Jest jeszcze jedna rzecz, którą tamten ogród we mnie zainstalował i której skutki widzę codziennie. Nauczyłam się tam wybierać palcem, zanim nauczyłam się wybierać rozumem — i tak mi już zostało. Nie układam sobie strategii. Nie wypisuję argumentów za i przeciw. Patrzę na to, co jest, i coś we mnie wskazuje, i idę za tym wskazaniem, i przez sześćdziesiąt lat ten sposób ani razu mnie poważnie nie zawiódł.
Wiem, jak to brzmi w świecie, w którym decyzje mają być uzasadnione. Byłam w tym świecie zawodowo i umiem w nim funkcjonować. Ale kiedy sprawa jest naprawdę ważna, nie liczę. Wskazuję. I nauczyłam się nie poprawiać potem tego wskazania rozumowaniem, bo rozumowanie zawsze znajdzie powód, żeby wybrać ten równiejszy, ten ładniejszy, ten trzeci od lewej, który lepiej wygląda w komplecie.
Tamta kobieta nauczyła mnie tego jednym ruchem nożyc, powtarzanym cierpliwie przez kilka lat: że to, co dziecko wskaże, jest wystarczające. Że nie trzeba tego uzasadniać. Że wybór ma wagę sam przez się, z racji tego, kto go dokonał, a nie z racji tego, jak wypada w porównaniu.
Do dziś kocham kwiaty. Do dziś. Nie jako ozdobę. Jako coś, co się wybiera palcem i co potem stoi w pokoju i pracuje.
Mam je u siebie wszędzie i mam je także tam, gdzie nikt się ich nie spodziewa: na granicach. Tam, gdzie potrzebuję zaznaczyć, dokąd sięga przestrzeń przygotowana do pracy, stawiam kwiat albo jego znak. Ludzie uważają, że to dekoracja. To nie jest dekoracja. Kwiat postawiony na granicy robi dokładnie to, co robiła tamta brama w Gdyni: mówi, że tu się coś kończy, a tam zaczyna. Tylko że brama mówiła to metalem, a ja wolę powiedzieć to czymś żywym.
Moja mama zresztą też je kocha i dziś, na starość, ma wreszcie swój ogród i w nim siedzi. Może to jest jedyna rzecz, którą wszystkie trzy mamy wspólną i której nikt nam nie musiał tłumaczyć: że roślinie trzeba dać miejsce, wodę i cierpliwość, a ona odpłaca czymś, czego nie da się kupić ani przyspieszyć.
I jest w tym jeszcze jedna symetria, którą zauważyłam późno i która za każdym razem, kiedy o niej myślę, robi mi ciepło w mostku. Rodzice wybudowali się w końcu w tamtym ogrodzie, na wzgórzu, na ziemi babci — już wtedy, kiedy byłam dorosła. Dziś stoi tam nasz dom rodzinny. Mieszka w nim moja mama i mieszka moja siostra z rodziną. Kobieta, która całe życie oddawała swój prąd obcym po drugiej stronie ulicy, siedzi teraz w ogrodzie swojej matki i uprawia kwiaty.
Nie umiem tego skomentować lepiej, niż komentuje to samo życie. Wróciła na górę.
Potem się jechało w dół i to była zawsze najgorsza część dnia. Zejście z góry idzie szybko, o wiele szybciej niż wejście, i to jest w nim najbardziej okrutne — dwadzieścia minut wspinania się odrabia się w kilka. Miasto podchodziło z powrotem do oczu. Hałas wracał na swoje miejsce. Bukiet leżał na kolanach i pachniał, i był jedynym dowodem, że tam w ogóle byłam.
Nie płakałam przy pożegnaniach, bo nikt w naszej rodzinie nie płakał przy pożegnaniach. Robiło mi się natomiast coś w gardle, takie zwężenie, którego wtedy nie umiałam nazwać i którego nikt nie zauważał, bo dziecko z zaciśniętym gardłem po prostu milczy, a milczące dziecko uchodzi za spokojne. Znam dziś to zwężenie bardzo dokładnie. Spotykam je w cudzych ciałach kilka razy w tygodniu, zawsze w tym samym miejscu, zawsze u ludzi, którzy w dzieciństwie musieli wychodzić z miejsc, w których było im dobrze, i nie wolno im było przy tym robić sceny.
Od babci dostawałam tę czułość, której od mamy już nie mogłam. To zdanie ułożyło mi się w głowie dopiero po dziesiątkach lat i kiedy je pierwszy raz wypowiedziałam, poczułam, jak coś we mnie siada na miejsce. Nie „której mama mi nie dawała" — bo dawała, tyle że obcym. „Której już nie mogłam." Nie było jej po prostu więcej. Zasób był rozdysponowany. A ja miałam babcię.
I to jest, jak dziś sądzę, jedno z najważniejszych praw, jakie znam o ludzkim życiu: że to, co ma do nas przyjść, przyjdzie — tylko prawie nigdy nie tą drogą, którą byśmy chcieli. Dziecko chce czułości od matki. To jest naturalne i to jest właściwy adres. Jeśli pod tym adresem nikogo nie ma, sprawa nie zostaje umorzona. Ona zostaje przekierowana.
Widzę to w cudzych historiach nieustannie. Prawie każdy człowiek, który przyszedł do mnie i powiedział, że nie dostał miłości, miał w swoim dzieciństwie kogoś, kto mu ją dał — sąsiadkę, ciotkę, nauczycielkę, kogoś przypadkowego. Tylko że to się nie liczyło, bo przyszło ze złej strony. Praca polega zwykle na tym, żeby człowiek wreszcie policzył to, co dostał, zamiast liczyć wyłącznie to, czego nie.
Miałam babcię na wzgórzu i miałam kobietę, która się mną opiekowała, i to wystarczyło, żeby zostać człowiekiem zdolnym do czułości. Nie wystarczyło, żeby przestać za tym tęsknić. Te dwie rzeczy są od siebie niezależne i przez długi czas myślałam, że jedna powinna wykluczać drugą.
Noszę jej imię jako drugie. Anna Maria — po mojej kochanej babci. Człowiek nosi w sobie drugie imię jak podszewkę: nie widać go na co dzień, nie używa się go, a jednak jest przyszyte od środka do wszystkiego, co się ma na sobie.
Nadawanie dziecku imienia po kimś żywym jest czynnością, której powagi ludzie na ogół nie doceniają. To nie jest gest sentymentalny. To jest wpisanie kogoś w drugiego człowieka na całe życie, w dokumenty, w podpis, w to, co się mówi, przedstawiając się urzędowo. Gdziekolwiek pójdę i cokolwiek podpiszę, jest tam ona. Nie musiałam jej nigdy przywoływać ani wspominać. Ona jest w moim nazwaniu.
Kiedy pracowałam z własnym rodem i uczyłam się patrzeć na to, kto komu co przekazuje, zobaczyłam, że imiona są jednym z najsilniejszych połączeń, jakie w rodzinach istnieją, i że działają niezależnie od tego, czy ktokolwiek w to wierzy. Dziecko, które dostaje imię po kimś, dostaje razem z nim miejsce w rysunku. Czasem jest to dar, a czasem obciążenie — bo bywa i tak, że imię jest sposobem, w jaki rodzina próbuje coś zastąpić, i wtedy dziecko przez pół życia dźwiga cudzą niedokończoną sprawę.
U mnie to był dar. Wiem o tym, bo sprawdziłam to najuczciwiej, jak umiałam, w warunkach, w których nie dałoby się tego udawać.
Była jeszcze druga babcia. Adela, mama taty.
O niej nie mam żadnego wspomnienia. Ani jednego obrazu, ani jednego dźwięku. Mieszkała z nami przez parę miesięcy pod koniec, tata się nią zajmował, umierała na raka. Opuściła planetę, kiedy miałam trzy lata. Byłam wtedy w tym samym mieszkaniu, oddychałam tym samym powietrzem co jej odchodzenie — i nie pamiętam nic.
To trzeba sobie wyobrazić dosłownie, bo dopiero wtedy widać, jak dziwna to sytuacja. Jeden duży pokój i ogromna kuchnia. W tym mieszkaniu przez ostatnie miesiące umierała kobieta. Trzyletnie dziecko chodziło po tych samych metrach kwadratowych, jadło przy tym samym stole, spało kilka kroków dalej. Nie ma sposobu, żeby tego nie doświadczyć. A jednak w mojej świadomej pamięci nie ma po tym absolutnie niczego — ani twarzy, ani łóżka, ani zapachu, ani jednego zdania.
Przez lata uważałam to za brak. Dziś uważam to za informację. Bo pamięć świadoma jest bardzo wąskim kanałem i zapisuje w nim niewielki ułamek tego, co przez człowieka przechodzi. Cała reszta nie ginie. Ona idzie inną drogą i odkłada się w miejscach, do których nie ma dostępu wspomnienie.
A jednak.
Wiele lat później, kiedy pracowałam już w polach rodzinnych, w ustawieniach, wychodziła między nami szczególna więź. Za każdym razem. Coś, czego świadomie nie miałam skąd wziąć, ustawiało się i mówiło samo. Nauczyłam się przez tamte lata jednej rzeczy fundamentalnej: że najwięcej destrukcji idzie z wykluczania. Że to, czego się nie widzi, nie znika, tylko przechodzi na spód i tam pracuje. Babcia Adela była moim pierwszym dowodem. Trzyletnie dziecko nie zapamiętało niczego. Dorosła kobieta, wiele lat później, znalazła w sobie całą, nienaruszoną nić.
Zwracam uwagę na to, że nikt jej nie wykluczył złośliwie. Nikt jej nie zabraniał wspominać, nikt się jej nie wstydził. Ona po prostu zniknęła z rozmowy, tak jak znika większość ludzi — przez zaniedbanie, przez to, że życie idzie dalej, przez to, że w domu było i tak wystarczająco dużo do zrobienia. To jest najczęstsza forma wykluczenia, jaką spotykam w pracy, i najbardziej podstępna, bo nie ma winnego.
I jest jeszcze coś, co powiem tu ostrożnie, bo to już jest wniosek z mojej pracy, a nie ze wspomnienia. Nić do niej okazała się mocniejsza niż do wielu osób, które znałam osobiście przez dziesięciolecia. Nie umiem tego wytłumaczyć w kategoriach, które by kogokolwiek zadowoliły. Umiem tylko powiedzieć, co widzę: że więź nie jest funkcją wspólnie spędzonego czasu. Że ludzie są ze sobą połączeni według rysunku, którego nie ustalają, i że rysunek ten bywa całkowicie odporny na to, co pamiętamy.
Seledyn — kolor, który jest zielenią, ale bardzo cichą, jakby przypudrowaną. Kolor młodych liści widzianych przez szybę. Kolor wełny, kolor łodygi, kolor tego, co rośnie, kiedy nikt nie patrzy. Nie krzyczy, nie stara się. Trwa.
To jest kolor, którego nie widać z daleka i który ujawnia się dopiero z bliska, przy dobrym świetle. Trzeba podejść. Trzeba mieć czas. Trzeba pozwolić, żeby oko przywykło — dokładnie tak, jak w ciemnym pokoju, w którym po kilkunastu minutach zaczyna się widzieć rzeczy, których na początku wcale tam nie było. Wszystko, co najważniejsze dostałam w życiu w tym kolorze: cicho, powoli i w takich ilościach, że przez wiele lat w ogóle tego nie zauważałam.
Kiedy dziś ktoś mnie pyta, skąd wzięło się we mnie to, że mam czułość do ludzi — a mam ją, to moja natura — nie mówię o żadnej szkole i o żadnej praktyce. Mówię: to jest z góry. Z domu na wzgórzu, do którego szło się pod górę, gdzie chora kobieta uśmiechała się przez całe życie, wyszywała obrazki z nici i ścinała dokładnie te kwiaty, które wskazało dziecko.