O pamięci wcześniejszej niż wspomnienia — dziecięcym przekonaniu, że jest się tu w konkretnej sprawie, którego nie da się jeszcze nazwać, a które zostaje na całe życie.
Nie pamiętam progu. Nie pamiętam pierwszego oddechu ani pierwszego światła, choć wiem, że musiało być — takie zwyczajne, nadmorskie, przesiane przez firankę. Pamiętam natomiast coś wcześniejszego niż wspomnienie: przekonanie. Byłam bardzo mała, tak mała, że jeszcze nie umiałam ubrać tego w słowa, a już wiedziałam, że przyszłam tutaj skądś. Że wylądowałam. Że to miejsce nie jest moim domem w tym sensie, w jakim dom rozumieją ludzie, tylko terenem, na który zostałam wysłana.
To nie było smutne. Chcę to powiedzieć na samym początku, zanim ktoś zdąży pomyśleć, że opowiadam o wyobcowanym dziecku. Nie byłam wyobcowana. Byłam przydzielona. To zupełnie inna rzecz i mam wrażenie, że dziecko wyczuwa różnicę bezbłędnie, tylko nie ma dla niej słowa, więc żyje sobie dalej z tą wiedzą jak z kolorem oczu.
Miałam wrażenie, że pojawiłam się na tej planecie z misją. Poznaję tych Ziemian, obserwuję ich życie. Dosłownie takie myśli chodziły mi po głowie, zanim jeszcze nauczyłam się porządnie czytać. Mam tu życie do przeżycia, ale oprócz tego mam misję, którą ma tylko niewiele osób lądujących na tej planecie.
Dziecko nie mówi tak o sobie. Dziecko mówi: chcę pić, boli mnie ucho, gdzie jest mama. Ja też to mówiłam. Ale pod spodem szedł drugi głos, cichszy i starszy, i on nie pytał o nic. On tylko notował.
Notował, jak dorośli mówią do siebie przy stole, a jak mówią, kiedy myślą, że dziecko nie słucha. Notował, że ludzie stoją w kolejce i że kolejka ma swoje zasady, których nikt nie wypowiada. Notował, którym osobom sąsiedzi ustępują w drzwiach, a którym nie. Nie oceniał. Nie było w tym ani odrobiny wyższości — to jest bardzo ważne, bo z zewnątrz mogłoby wyglądać na chłód. To nie był chłód. To była uwaga bez zaangażowania, taka, jaką ma się wobec zjawiska, które chce się zrozumieć, żeby móc się w nim później poruszać.
Dziś, kiedy siedzę naprzeciwko człowieka, który przyszedł z czymś, czego nie umie nazwać, i kiedy przez pierwsze minuty nic nie robię, tylko patrzę i słucham, i pozwalam, żeby to, co go przyniosło, ułożyło się samo w powietrzu między nami — to jest dokładnie ten sam głos. Ta sama funkcja. Ona się przez sześćdziesiąt lat ani trochę nie zmieniła. Zmieniło się tylko to, że teraz wiem, jak ją nazwać, i że w końcu nauczyłam się jej używać świadomie.
Słowo „misja" jest dziś zużyte i wiem o tym. Ludzie mają misje w firmach, na ulotkach, w podpisach pod mailem. Kiedy je wypowiadam, muszę za każdym razem odrzucić z niego całą tę warstwę, żeby dojść do tego, co miałam na myśli, mając cztery lata — a miałam na myśli coś bardzo prostego i bardzo technicznego. Że jestem tu przysłana. Że jest jakaś sprawa, dla której to całe życie zostało uruchomione, i że ta sprawa jest wcześniejsza niż ja. Nie: mam do wykonania coś ważnego. Raczej: jestem częścią czegoś, co już trwa, i moje życie jest w to wstawione jak element w gotowy układ.
Dziecko z takim przekonaniem żyje inaczej, choć z zewnątrz nie widać różnicy. Nie stara się bardziej. Nie jest poważniejsze. Jest tylko trochę mniej przywiązane do rezultatu. Kiedy coś się nie udawało, nie miałam poczucia klęski, tylko coś w rodzaju: aha, więc nie tędy. Kiedy coś bolało, nie pytałam, dlaczego akurat mnie. Mam wrażenie, że tego jednego pytania — dlaczego akurat ja — nie zadałam w życiu ani razu, i to nie z dzielności, tylko dlatego, że ono w moim układzie nie miało sensu. Skoro się przyjeżdża na teren, to teren ma swoje warunki.
W domu wołali na mnie Hania.
Zdrobnienie, ciepłe, całkiem zwyczajne, takie jak setki innych. Wszyscy tak mówili: rodzice, babcia, ciotki na zjazdach, dzieci na podwórku. Hania. I ja się na to odzywałam przez bardzo długi czas, bo dziecko odzywa się na to, czym się je woła, i nie zadaje pytań. Ale gdzieś pod spodem — znowu ten drugi głos — było poczucie, że to nie jest moje imię. Że to jest imię, które mi wygodnie skrócono, jak rękaw za długi na małą rękę. Wiele lat potrzebowałam, żeby to wypowiedzieć, i wypowiedziałam to bardzo prosto: nie chciałam być tą Hanią. Wróciłam do Anny. Do pełnej długości. To była jedna z pierwszych rzeczy, jakie w życiu sobie odzyskałam, i wcale nie najmniejsza, bo imię jest pierwszym kadrem, jaki się na człowieka nakłada.
Miejsce, w którym mnie postawiono, było zamknięte. Osiedle wojskowe w Gdyni, ulica Pułaskiego, dwie bramy, które na noc się zamykało. To bardzo ważne, ta liczba: dwie. Nie jedna, przez którą się wchodzi i wychodzi, tylko dwie — jakby świat miał wejście i wyjście, i jakby ktoś każdego wieczoru zamykał obie, żeby to, co w środku, mogło przez kilka godzin nie mieszać się z tym, co na zewnątrz. Kiedy dziś myślę o Świątyni, o granicy, o kadrowaniu przestrzeni, o tym, żeby moc miała gdzie się oprzeć — myślę o tych dwóch bramach. Wtedy oczywiście nic takiego nie myślałam. Wtedy po prostu wiedziałam, że jest wewnątrz i jest na zewnątrz, i że ja jestem wewnątrz.
Dziecko nie rozumie pojęcia granicy, ale zna ją ciałem. Wiedziałam z dokładnością do kroku, gdzie kończy się teren, po którym mogę chodzić sama. Nie dlatego, że mi to wyliczono. Dlatego, że w tym miejscu powietrze zmieniało gęstość. Za bramą było luźniej i głośniej, wewnątrz — ciaśniej i ciszej, i to ciasne, ciche powietrze uważałam za swoje. Zdumiewające, jak wcześnie ciało uczy się mapy i jak długo potem tę mapę nosi. Do dziś, kiedy wchodzę do cudzego mieszkania, w pierwszej sekundzie wiem, gdzie kończy się jego pole, a gdzie zaczyna się to, co ktoś przyniósł ze sobą z ulicy. Nikt mnie tego nie uczył. Ja to mam z Pułaskiego.
W przepięknym miejscu płynęło moje rajskie dzieciństwo. Płynęło — to jest dobre słowo, ono nie szło, nie biegło, ono płynęło, gęste jak miód, i nie miało żadnego pośpiechu. Patio. Place zabaw. Ogródki jordanowskie z piaskiem, który po deszczu pachniał inaczej niż w słońcu, ciemniej, ziemiściej. Na rogu kino, do którego chodziło się jak do domu sąsiada. Dwa kasyna — tam jedliśmy wszystkie posiłki, w kasynie, przy stołach, wśród ludzi w mundurach i ich żon, przy zapachu rosołu i pasty do podłóg. Wieczorami w tych samych salach były dancingi. Rodzice szli tańczyć, a ja zostawałam z tą wielką ciszą, która robiła się po ich wyjściu, i która wcale mnie nie straszyła.
Podwórko było osobnym państwem i miało własne prawo, którego dorośli nigdy nie poznali. Dzieci z tego osiedla znały się od zawsze, bo nie było skąd się wziąć inaczej — wszyscy mieszkali za tymi samymi dwiema bramami. Nikt nikogo nikomu nie przedstawiał. Człowiek się rodził i już miał komplet. Istniała hierarchia, płynna, ustalana codziennie na nowo, i istniała wiedza, kogo lepiej nie prosić o przysługę. Piasek w ogródkach jordanowskich był ubity, wygrzebany do dołka w miejscach, gdzie się najczęściej siadało, i pachniał ziemią, kiedy się go rozgarnęło głębiej.
Ja tam byłam i nie byłam. Umiałam się bawić, umiałam się dogadać, nikt mnie nie odsuwał. Ale nie pamiętam, żebym kiedykolwiek chciała zostać na podwórku dłużej, niż trzeba. Wracałam. Zawsze wracałam, i to nie dlatego, że mnie ktoś wołał, tylko dlatego, że na górze czekała robota — cztery królestwa nie prowadzą się same. Dziecko, które ma w mieszkaniu własny kontynent, traktuje podwórko jak wyjście służbowe.
Zatrzymam się na chwilę przy tych posiłkach, bo one zrobiły ze mną więcej, niż długo przypuszczałam. Myśmy nie jedli w domu. Myśmy jedli w sali, w której naraz jadło kilkadziesiąt osób, i to było zupełnie normalne, to było po prostu tak urządzone. Dziecko wchodzi do takiej sali i dostaje w twarz falę: dźwięk sztućców o talerze, sto rozmów zlanych w jedną, przesuwane krzesła, ktoś się śmieje przy dalekim stole, ktoś woła kogoś po nazwisku. Nauczyłam się jeść w hałasie. Nauczyłam się przy tym czegoś jeszcze ważniejszego: że można być w środku wielkiego pola ludzi i mieć w sobie zupełny spokój, jeżeli tylko ma się swoje miejsce przy stole i wie się, kiedy się z niego wstaje.
To jest wiedza, której potem nauczyłam się szukać przez lata w zupełnie innych miejscach: jak przebywać w grupie, nie rozpuszczając się w niej. Ja to dostałam za darmo, w kasynie, nad rosołem, mając pięć albo sześć lat.
I jeszcze jedno. Kiedy wiele osób je razem, w jednym rytmie, o jednej porze, w jednej sali, to nie jest sto oddzielnych obiadów. To jest jedno wydarzenie. Coś się między tymi ludźmi zamyka i zaczyna krążyć. Wtedy oczywiście nie miałam na to pojęcia ani jednego słowa. Ale ciało to rejestrowało: jak sala się nagrzewa, jak w pewnym momencie gwar osiada, jak wszyscy naraz zaczynają zwalniać. Dziś nazwałabym to polem. Wtedy nazwałabym to obiadem.
Wieczorami te same sale robiły się inne. Odsuwano stoły, była muzyka i rodzice szli tańczyć. Widziałam mamę przebraną, widziałam, jak w drzwiach poprawia coś przy włosach, widziałam ojca czekającego z boku. Wychodzili. Drzwi się zamykały i w mieszkaniu zostawała ta bardzo szczególna cisza, która przychodzi nie wtedy, kiedy jest cicho, tylko wtedy, kiedy przed chwilą jeszcze nie było. Ona miała fakturę. Miała temperaturę. Kładła się na przedmiotach.
Nie bałam się jej ani przez sekundę. Czekałam na nią.
W tej ciszy czas zaczynał chodzić inaczej i to jest chyba najwcześniejsze doświadczenie, jakie mam z czasem w ogóle. Kiedy dorośli są w mieszkaniu, czas jest podzielony na ich czynności: teraz kolacja, teraz się myjesz, teraz gasimy. Kiedy wyszli, podział znikał. Zostawał jeden nierozcięty kawał czasu, w którym nic nie musiało nastąpić po niczym. Siadałam na dywanie i po jakimś czasie przestawałam wiedzieć, ile go minęło. Nie zasypiałam. Nie odpływałam. Byłam obecna i bardzo przytomna, tylko nie posuwałam się do przodu.
Umiałam siedzieć nieruchomo bardzo długo, dłużej, niż to zwykle bywa u małych dzieci, i nikt tego nie zauważał, bo nieruchome dziecko nie robi hałasu. Do dziś, kiedy ludzie dziwią się, że mogę siedzieć godzinami bez ruchu, mam ochotę powiedzieć im, że to nie jest żadne osiągnięcie duchowe. To jest umiejętność, którą miałam, zanim nauczyłam się czytać, i którą potem tylko rozpoznano i nazwano właściwym słowem.
Wracali późno. Słyszałam ich na klatce schodowej wcześniej, niż weszli — inny rytm kroków, przyciszony śmiech, klucz. Wracali rozgrzani, pachnący czymś, czego nie było w domu, i przez chwilę byli inni niż zwykle: lżejsi, jakby coś z nich zeszło. Lubiłam ten moment i nie umiałam powiedzieć dlaczego. Dziś umiem: to była jedyna pora, kiedy widziałam swoich rodziców jako ludzi, a nie jako urząd.
Byliśmy elitą na służbie. Tak to wtedy wyglądało i tak to nazywano. Zamknięte osiedle, świat uporządkowany, wszystko na swoim miejscu, wszyscy wiedzą, kim są. Za bramą był port, Plac Kaszubski, statki obcych bander — obce bandery, słowo, które smakowało jak coś zakazanego i bardzo dalekiego. Stały tam wielkie kadłuby z literami, których nie umiałam przeczytać, i to było pierwsze, co mi pokazało, że światów jest więcej niż jeden i że one przypływają.
Elita na służbie. Dziecko nie rozbiera takich zdań na części, dziecko je połyka w całości i dopiero po dziesięcioleciach je otwiera. Kiedy je wreszcie otworzyłam, zobaczyłam, że są tam dwa słowa i że one się nawzajem trzymają za ręce. Elita — czyli ktoś wyżej, ktoś wyróżniony, ktoś, komu się coś należy. Na służbie — czyli ktoś, kto nie należy do siebie. Wyrosłam w miejscu, w którym te dwie rzeczy nie były sprzecznością, tylko jedną rzeczą. Wyróżnienie polegało właśnie na tym, że się służy. Nic za darmo, nic honorowo, nic dla splendoru: masz więcej, więc odpowiadasz za więcej. Nie znam lepszej definicji tego, jak dziś rozumiem swoją pracę, i nie wymyśliłam jej sama. Miałam ją w powietrzu, którym oddychałam, zanim nauczyłam się wiązać buty.
O statkach muszę powiedzieć osobno, bo to była moja pierwsza lekcja o tym, że przestrzeń jest większa niż to, co widać. Szło się na Plac Kaszubski i tam, za wodą, stały te ogromne rzeczy z żelaza. Miały na burtach napisy w alfabetach, których nie znałam, i miały flagi, o których wiedziałam tylko tyle, że nie są nasze. Dorosły patrzy na to i widzi handel. Dziecko patrzy na to i widzi dowód. Dowód na to, że gdzieś istnieje miejsce, którego nikt mi nie pokazał, i że stamtąd można tutaj przypłynąć, a stąd można tam odpłynąć, i że woda jest drogą, a nie końcem lądu.
Stałam i patrzyłam na te litery, i próbowałam z nich cokolwiek zrobić, i nie dawały się. To była pierwsza rzecz w moim życiu, która była wyraźnie obecna i całkowicie nieczytelna. Dziś pracuję z materiałem, który przez lata był dla mnie dokładnie taki: obecny i nieczytelny. Siedzę nad tekstem w obcym języku, przekładam zdanie po zdaniu, wracam, poprawiam, nagrywam, przepisuję do zeszytu — i warstwa po warstwie wchodzę w świat, który na początku był tylko rzędem znaków na burcie. Nie dziwię się już, że mnie to nie zniechęca. Ja się na tym wychowałam. Ja od początku wiedziałam, że nieczytelne nie znaczy zamknięte, tylko: jeszcze nie teraz.
Na rogu było kino. Nazywało się tak, jak nazywały się wtedy kina — imieniem, które nic nie znaczyło i przez to znaczyło wszystko. Chodziło się tam po prostu, bez okazji, bo było na rogu. I to jest chyba najważniejsza rzecz, jaką kino zrobiło z moją głową: nauczyło mnie, że w środku dnia można wejść do ciemnego pomieszczenia, usiąść, i przez dwie godziny być gdzie indziej. Że to jest dozwolone. Że dorośli sami to wymyślili i sami do tego chodzą.
Ciemna sala, snop światła idący nad głowami, i na ścianie inny świat.
Zwracam uwagę na kolejność, bo ona jest cała w tym jednym obrazie: najpierw gasną światła, potem pojawia się obraz. Nie odwrotnie. Żeby cokolwiek zobaczyć, trzeba najpierw zgodzić się na ciemność — i to nie na chwilę, tylko na cały czas trwania. Człowiek siedzi w czerni, ma nad głową smugę pyłu w świetle, i wszystko, co ważne, dzieje się na ścianie. Nikt nie uważa tego za dziwne. Wszyscy się na to umówili.
Kiedy dziś prowadzę ludzi w wyobraźni do miejsc, w których nigdy fizycznie nie byli, i kiedy tłumaczę im na początku, że trzeba przymknąć oczy i pozwolić, żeby obraz przyszedł — czasem myślę, że oni wszyscy już to umieją. Każdy z nich siedział kiedyś w ciemnej sali i pozwolił, żeby światło zrobiło z nim, co chce.
Mówię im: nie wysilaj się, nie produkuj obrazu. Poczekaj, aż przyjdzie. To jest dokładnie ta sama umiejętność, tylko że w kinie robi to za człowieka projektor, a u mnie trzeba to zrobić samemu. Cała różnica jest w tym, kto trzyma aparat. Cała reszta — ciemność, siedzenie, cierpliwość, zgoda na to, że przez pierwsze minuty nic się nie dzieje — jest identyczna.
Wieczorem zamykano bramy.
Nie pamiętam, żeby ktoś to przy mnie komentował. To była czynność techniczna, jak gaszenie latarni. Ale ja wiedziałam, kiedy to się dzieje, bo dźwięk niósł się po całym osiedlu, i wiedziałam, co to znaczy: że od tej chwili aż do rana to, co jest w środku, jest w środku. Że przez kilka godzin nic nie wejdzie i nic nie wyjdzie. Dziecko, które co wieczór słyszy zamykaną bramę, dorasta z bardzo szczególnym poczuciem świata: że przestrzeń ma granicę i że granica jest formą opieki.
Tego dźwięku nie umiem odtworzyć, a jednak mam go w sobie do dziś — nie jako brzmienie, tylko jako moment. Coś się przesuwało, coś dochodziło do oporu, coś zapadało. Potem było już inaczej. To jest właściwie pierwsza rzecz, jaką w życiu poznałam o rytuale: że rytuał nie polega na treści, tylko na tym, że o określonej porze wykonuje się określoną czynność i przez to zmienia się status przestrzeni. Nikt nie odmawiał nad tą bramą żadnej formuły. Wystarczyło ją zamknąć.
Dziś robię to samo, tylko innymi środkami. Zanim zacznę pracę, przechodzę przez pokoje, sprawdzam, gdzie co stoi, obrysowuję granicę tego, co ma być w środku. Ludzie czasem pytają, po co ta cała ceremonia. Odpowiadam, że to nie jest ceremonia, tylko zamykanie bramy — a brama nie służy do tego, żeby kogoś nie wpuścić, tylko do tego, żeby to, co jest w środku, mogło przez kilka godzin pracować bez domieszki.
Mieszkanie mieliśmy proste: jeden duży pokój i ogromna kuchnia. Cała moja pierwsza geografia. Ale w tym dużym pokoju leżała rzecz, która zmieniła wszystko — turecki dywan.
Kuchnia była ogromna i to nie jest przesada z perspektywy dziecka, tylko fakt, który wszyscy w tamtym domu powtarzali: ogromna kuchnia. Większa, niż wymagało gotowanie. W takich kuchniach mieszka się, a nie tylko przyrządza jedzenie. Był tam stół, przy którym się siedziało, kiedy ktoś przychodził, i przy którym odrabiało się wszystko, co się w życiu odrabia. Podłoga była zimna pod bosą stopą o każdej porze i to jest jeden z tych szczegółów, których pamięć nie oddaje, choćby ją prosić. Zimna, gładka, z jednym miejscem koło zlewu, gdzie coś było wytarte inaczej.
Miałam więc dwa pomieszczenia i one miały dwie zupełnie różne funkcje, chociaż nikt ich tak nie rozdzielił. Duży pokój był miejscem, w którym się rozkładało świat. Kuchnia była miejscem, w którym świat się obsługiwało: jedzenie, lekarstwa, rozmowy dorosłych, czekanie. Dwa pokoje, dwie funkcje. Dziś mam ich więcej i mają kolory zamiast nazw, ale zasada nie drgnęła ani o milimetr. Jeden pokój do łączenia. Drugi do pracy z materią. I ja przechodząca między nimi kilka razy dziennie, i za każdym razem zmieniająca stan.
Nie umiem dziś powiedzieć, jakie dokładnie miał kolory. Pamiętam, że był ciepły, że miał wzór, który wracał, i że jego brzeg był gęstszy niż środek. Pamiętam fakturę pod kolanami. Ten dywan był moim kontynentem. W czterech jego rogach założyłam cztery królestwa. Budowałam je z kart — zwykłych kart do gry, które gdzieś się w domu poniewierały. Każdy róg miał swoje prawa, swój charakter, swoją barwę. Między królestwami biegły linie: drogi, szlaki, korytarze wymiany. Trzeba było wiedzieć, którędy się jedzie i po co, co się wiezie i komu. Podróże trwały długo, bo w podróży najważniejsze jest to, że trwa.
Pamiętam to ciałem lepiej niż wzrokiem. Klęczałam na tym dywanie godzinami i wełna wbijała mi się w kolana, a kiedy w końcu wstawałam, miałam na skórze odciśnięty wzór — te same powtarzające się kształty, ten sam rytm. Chodziłam potem po mieszkaniu z mapą swojego świata wytłoczoną na własnym ciele i to wydawało mi się zupełnie w porządku. Dopiero teraz, kiedy to opowiadam, słyszę, jak to brzmi.
Królestwa nie były sobie równe i to była najważniejsza rzecz w całej tej konstrukcji. Jedno było twarde, porządne, wszystko w nim stało prosto. Drugie miało w sobie coś sennego, tam się jeździło niechętnie i wracało z ulgą. Trzecie było bogate. Czwarte — i to pamiętam najlepiej — było zawsze trochę zagrożone, zawsze potrzebowało czegoś, czego samo nie miało. Nie wymyśliłam tego z góry. To się samo tak ułożyło pierwszego dnia i już tak zostało przez lata. Dziecko nie planuje takich rzeczy. Dziecko je zastaje.
Linie między rogami były ważniejsze niż same rogi. To zabrzmi dziwnie, ale tak było: najciekawsze nie było to, co stoi w rogach, tylko to, co się między nimi porusza. Wysyłałam z jednego królestwa do drugiego — nie wiem już właściwie co, jakieś kartonowe dobra, jakieś wiadomości — i całą uwagę wkładałam w to, żeby droga była pokonana naprawdę. Nie wolno było przeskoczyć. Trzeba było przejechać przez środek, zatrzymać się, ruszyć dalej. Gdybym wtedy umiała powiedzieć, dlaczego to takie ważne, powiedziałabym pewnie: bo inaczej się nie liczy. Dziś powiedziałabym: bo przeniesienie czegoś z punktu do punktu jest osobną operacją i nie da się jej ominąć. Cała moja późniejsza praca jest w gruncie rzeczy o tym.
W środku dywanu byłam ja. Królowa w centrum.
Centrum nie było najlepszym miejscem. Centrum było miejscem, w którym się nie odpoczywa. Do rogów można było pojechać, w rogu można było pobyć — w środku się siedziało i trzymało całość. Kiedy jedno królestwo rosło zanadto, coś zaczynało się przechylać i trzeba było natychmiast zrobić ruch po przeciwnej stronie. Nikt mi tej zasady nie podał. Wiedziałam ją, tak jak się wie, że kubek postawiony na krawędzi stołu spadnie.
Nie mówiłam tego nikomu i nikt mnie o to nie pytał. Dorośli widzieli grzeczne dziecko, które siedzi na podłodze i układa karty. Nie widzieli, że w tym pokoju odbywa się administracja czterech światów, że ktoś zawiaduje ruchem, że ktoś od rana trzyma równowagę między rogami. Dopiero po latach zobaczyłam, co tam się właściwie działo — że to nie była zabawa w królestwa, tylko pierwsza wersja tego samego układu, który potem wracał przez całe moje życie: cztery punkty, centrum, linie, i ja utrzymująca równowagę.
Ten układ wrócił do mnie wiele razy i za każdym razem w innym materiale. Wrócił jako plan mieszkania, w którym pracuję. Wrócił jako rozmieszczenie ludzi wokół mnie — kilka punktów na obwodzie, każdy o innej funkcji, i ja w środku, nie dlatego, że jestem ważniejsza, tylko dlatego, że ktoś musi trzymać oś. Wrócił jako figura, którą dziś potrafię narysować i objaśnić w kilku zdaniach. I za każdym razem, kiedy go rozpoznaję, mam to samo lekkie zawstydzenie: że nie wymyśliłam niczego nowego. Że wszystko było gotowe na tureckim dywanie w jednym pokoju w Gdyni i że przez sześćdziesiąt lat tylko rozwijałam skalę.
Nie umiem tego uzasadnić inaczej niż tak: pewne struktury nie są nam wykładane, tylko dane. Człowiek dostaje kształt, w którym będzie pracował, dużo wcześniej niż materiał, na którym będzie go stosował. Dziecko rozkłada karty i wykonuje ćwiczenie z geometrii, o którym nie wie, że jest ćwiczeniem. Potem przez pół wieku wypełnia ten sam rysunek coraz cięższą treścią. Jeżeli komuś to brzmi jak przesada, to zapraszam do prostego sprawdzenia: niech przypomni sobie swoją najbardziej uporczywą zabawę z czwartego, piątego roku życia. Nie najprzyjemniejszą — najbardziej uporczywą. Tę, do której się wracało samo. Bardzo często okazuje się, że człowiek robi dokładnie to samo do dziś, tylko za pieniądze.
Miałam też drewniane auto i całą serię małych ludzików, z których każdy oznaczał jakiś zawód. Lekarz. Piekarz. Ktoś, kto coś nosi. Ktoś, kto coś naprawia. Nie bawiłam się w to, że jeden ludzik jedzie do drugiego. Ja z tego budowałam społeczeństwa. Rozstawiałam ich tak, żeby wszystko działało: żeby ten, co piecze, miał komu dać chleb, żeby ten, co leczy, miał gdzie mieszkać, żeby auto miało po co jechać. Kiedy któryś element wypadał, cały układ zaczynał kuleć i trzeba go było przemyśleć od nowa. Godzinami. Nikt mi w tym nie przeszkadzał, bo nikomu nie przychodziło do głowy, że tam jest coś, w co można przeszkodzić.
Te ludziki były drewniane, malowane, wielkości palca. Miały zaznaczone fartuchy, czapki, jakieś narzędzia. Były przygotowane przez kogoś dorosłego z myślą, że dziecko nauczy się nazw zawodów — i pewnie miliony dzieci właśnie tego się z nich nauczyły. Ja nauczyłam się z nich czegoś innego. Nauczyłam się, że społeczeństwo to nie jest zbiór ludzi, tylko zbiór funkcji, i że funkcje muszą się domykać. Że nie chodzi o to, żeby każdy był, tylko żeby każdy miał do kogo.
Najciekawszy był zawsze ten moment, kiedy jednego zabrakło. Zgubił się pod kanapą, złamał, poszedł gdzieś w bałagan. I wtedy natychmiast okazywało się, że cały układ ma dziurę — chleb nie miał gdzie iść, chory nie miał do kogo pójść, auto nie miało po co wyjechać. Nie umiałam nad tym przejść do porządku. Przebudowywałam wszystko od nowa, aż całość znowu chodziła. Trzydzieści parę lat później siedziałam w kręgu ludzi ustawiających cudze rodziny i usłyszałam zdanie, które brzmiało jak coś, o czym wiedziałam od zawsze: że najwięcej destrukcji idzie z wykluczania. Że to, co się z układu wyjmuje, nie znika — tylko układ zaczyna kuleć.
Wiedziałam to spod kanapy. Naprawdę. Miałam pięć lat i wiedziałam, że jak się zgubi piekarz, to choruje całe miasto.
Byłam dosyć łatwym w obsłudze dzieckiem.
Powiedziałam to kiedyś na głos i sama się zdziwiłam, jak to brzmi — jak o urządzeniu. Ale tak było. Nie sprawiałam kłopotu. Nie domagałam się. Chorowałam za to bez przerwy: uszy, zęby, gorączki, antybiotyki, zastrzyki. Zostawałam sama w domu, sama brałam leki o właściwej porze, sama przykrywałam się kocem, sama nasłuchiwałam, czy klucz nie chrobocze w drzwiach. Samotność nie bolała mnie wtedy ani trochę. To jest rzecz, której ludzie nie chcą uwierzyć, kiedy im o tym mówię — że można być dzieckiem godzinami samym w mieszkaniu i nie cierpieć. Ja nie cierpiałam. Ja miałam wtedy najwięcej miejsca.
Nie domagałam się — i to jest zdanie, przy którym warto się zatrzymać dłużej niż na chwilę, bo brzmi jak zaleta, a jest opisem mechanizmu. Nie domagałam się nie dlatego, że byłam grzeczna. Nie domagałam się dlatego, że bardzo wcześnie policzyłam, ile jest do wzięcia. W tamtym domu wszyscy byli zajęci i wszyscy byli zajęci czymś, co miało pierwszeństwo. Dziecko robi taki rachunek w kilka sekund i nigdy go potem nie rewiduje. Wyszło mi, że mam zasoby własne i że one wystarczą. To był dobry rachunek — dał mi niezależność, o której inni ludzie muszą walczyć latami. Miał też swoją cenę i tej ceny wtedy nie widziałam.
Cena jest taka: człowiek, który przestaje prosić, przestaje też sprawdzać, czy dostałby. Idzie przez życie z gotowym wnioskiem i nigdy go nie testuje. Zauważyłam to u siebie dopiero wtedy, kiedy zaczęłam pracować z ludźmi i zobaczyłam, ilu z nich siedzi z tym samym rachunkiem zrobionym w wieku pięciu lat. To nie jest wada charakteru. To jest bardzo stara, bardzo sprawna decyzja gospodarcza, podjęta przez kogoś bardzo małego, w warunkach, w których była trafna — i wykonywana potem dziesiątki lat w warunkach, w których dawno przestała być potrzebna.
O uszach powiem osobno, bo ból ucha jest w moim ciele najstarszym adresem. To nie jest ból, który boli w jednym punkcie. To jest ból, który zajmuje pół głowy i pulsuje w tym samym rytmie co serce, więc człowiek leży i słucha własnego tętna od środka, i nie ma jak przed nim uciec, bo to on go niesie. Wieczorem robi się gorzej. Wszyscy, którzy to mieli, wiedzą, że wieczorem robi się gorzej. Leżałam z tą jedną stroną głowy wciśniętą w poduszkę, licząc uderzenia i czekając, aż gdzieś w środku puści.
Nauczyłam się wtedy pierwszej rzeczy, którą potem robiłam całe życie: przestać się szarpać. Ból, z którym się walczy, robi się większy — nie dlatego, że jest złośliwy, tylko dlatego, że walka wymaga napięcia, a napięcie idzie prosto do miejsca, w którym boli. Nie wiedziałam tego. Odkryłam to leżąc, bo dziecko po którejś godzinie zmęczy się walczeniem i po prostu przestanie. I wtedy przychodzi ta dziwna ulga, która nie jest ustaniem bólu, tylko rozluźnieniem uchwytu na nim.
Leki brałam sama i to też trzeba powiedzieć dokładnie, bo w tym zdaniu ludzie zwykle słyszą zaniedbanie, a to nie było zaniedbanie. To była organizacja. Stały odmierzone, wiedziałam o której, wiedziałam ile, wiedziałam, że po tym jednym trzeba coś zjeść, a po tamtym się położyć. Pilnowałam zegara. Miałam pięć, sześć, siedem lat i prowadziłam własne leczenie jak dyżur. Nikt tego nie nazywał odpowiedzialnością, więc i ja jej tak nie nazywałam. Po prostu tak wyglądał dzień.
Z tego wyrosło coś, czego nie oddałabym za nic: przekonanie, że ciało jest urządzeniem, o które trzeba dbać w określonej kolejności i o określonej porze, a nie czymś, co ma nas samo z siebie nieść. Do dziś prowadzę swoje ciało dokładnie tak. Mam swoje jedzenie, swoje ćwiczenia, swoje godziny. Nie odpuszczam ich, kiedy jestem zmęczona, bo one nie są nagrodą za dobre samopoczucie, tylko warunkiem pracy. Ktoś kiedyś powiedział mi, że to brzmi surowo. Możliwe. Ja słyszę w tym coś zupełnie innego. Słyszę siedmiolatkę, która odmierza syrop i patrzy na zegar, bo wie, że nikt inny tego nie zrobi, i która wcale nie uważa tego za nieszczęście.
Bo prawda była taka: świat zewnętrzny mi trochę przeszkadzał.
Wieczorem rodzice wchodzili do pokoju i zapalali światło. Robili to z dobroci, żeby dziecko nie siedziało po ciemku, żeby nie psuło sobie oczu, żeby się nie bało. Ja czekałam, aż wyjdą, i gasiłam. Nie dlatego, że lubiłam ciemność. Dlatego, że światło rozpraszało tamten świat. Kiedy paliła się żarówka, wszystko było zwyczajne: dywan był dywanem, karty kartami, ludziki drewnem. Kiedy gasłam światło, granice mięknęły i wracały królestwa, drogi, ruch. Mogłam wejść w swój wewnętrzny świat wtedy, kiedy ten zewnętrzny był zacieniony.
To zdanie wypowiedziałam po raz pierwszy jako dorosła kobieta i pamiętam, że kiedy je usłyszałam z własnych ust, zrobiło mi się gorąco w mostku. Bo ono tłumaczy wszystko. Cała reszta mojego życia zawodowego jest wykonywaniem tej jednej czynności na coraz trudniejszym materiale: przyciemnić zewnętrzne, żeby ujawniło się wewnętrzne. Zamknąć oczy. Zaciągnąć zasłonę. Ściszyć. Wyłączyć jedno źródło, żeby stało się widać, że światła jest więcej niż jedno.
Ludzie myślą, że praca duchowa polega na dodawaniu. Że trzeba coś przywołać, coś sprowadzić, czymś się napełnić. Moje doświadczenie mówi coś odwrotnego i mówi to od zawsze: trzeba odjąć. To, co ma się pojawić, jest już obecne i jest zagłuszane. Żarówka nie tworzy pokoju — żarówka pokazuje jedną jego wersję i przez to unieważnia wszystkie inne. Ja od czwartego roku życia wiedziałam, że wystarczy pstryknąć, żeby wróciły.
I jeszcze jedna rzecz, która przez lata mnie wzruszała, kiedy o niej myślałam: oni to światło zapalali z miłości. Naprawdę. To nie był żaden nadzór ani żadna złośliwość. Wchodził dorosły człowiek, widział dziecko siedzące po ciemku i robił jedyną rzecz, jaka mu przychodziła do głowy — dawał mu światło. Nie da się mieć o to pretensji. Da się natomiast zobaczyć w tym prawo ogólniejsze, które potem spotykałam w setkach ludzkich historii: że najwięcej rozproszeń przychodzi do nas z dobroci. Że najtrudniej odmówić temu, kto chce dobrze. Że dziecko, które gasi światło zapalone przez kochających rodziców, wykonuje pierwszy w życiu akt oddzielenia się — i musi go wykonać po cichu, kiedy już wyjdą, bo na głos nie da się tego wytłumaczyć.
Nie bałam się ciemności ani jednego dnia mojego dzieciństwa. To też trzeba powiedzieć, bo z tego potem wyrosło całe moje rzemiosło. Ciemność nie była brakiem, była warunkiem. Była tym samym, czym dla oka jest przymknięta powieka: nie zniknięciem obrazu, tylko zmianą tego, co widać.
Ciemność w tamtym pokoju nie była zresztą czarna. Nigdy nie jest. Zawsze coś się sączy — z okna, spod drzwi, z latarni na dole, z korytarza. Kiedy oczy przywykną, ciemność okazuje się bardzo zaludniona: ma stopnie, ma odcienie, ma miejsca gęstsze i rzadsze. Trzeba tylko przestać oczekiwać, że będzie się widziało tak jak w dzień. Uczyłam się tego godzinami, całkiem darmo, leżąc i patrząc w sufit. Potem, wiele lat później, ludzie mówili mi z podziwem, że mam „dobry wzrok wewnętrzny". Nie mam żadnego szczególnego wzroku. Mam wyćwiczoną cierpliwość dziecka, które wie, że po kilkunastu minutach ciemny pokój sam się otworzy.
Od trzeciego roku życia chodziłam na rytmikę. Mała dziewczynka uczona, jak przenosić ciężar ciała z nogi na nogę w takt czegoś, czego nie widać. Dzisiaj wiem, że to była pierwsza szkoła: kształcenie się w opanowaniu grawitacji. Wtedy to było po prostu przyjemne — muzyka mówiła, a ciało odpowiadało, bez pośrednictwa myśli, i przez chwilę nie było mnie osobno od ruchu.
Trzy lata. Trzeba sobie wyobrazić, co to znaczy: dziecko, które ledwo pewnie chodzi, dostaje salę, podłogę, muzykę i osobę, która klaszcze. I to klaskanie jest instrukcją. Nie „zrób ładnie", nie „stań tu" — tylko puls, do którego ciało ma się dostroić. Uczy się przenoszenia ciężaru, zatrzymania, ruszania na sygnał, czekania w bezruchu, aż wejdzie właściwy takt. Uczy się, że można stać i nic nie robić, i że to też jest część utworu.
Z rytmiki przeszłam potem do baletu w domu kultury i tam całe to wyszkolenie dostało formę. Ale sedno było już wcześniej, w tamtej pierwszej sali, i sedno brzmiało tak: ciało umie odpowiadać na coś, czego nie widać. Muzyka nie jest przedmiotem. Nie da się jej pokazać palcem ani wziąć do ręki. A jednak wchodzi w mięśnie i one się do niej układają, i robią to szybciej, niż zdąży się o tym pomyśleć.
Całe moje późniejsze życie polegało na pracy z rzeczami, których nie widać. Kiedy mnie ktoś pyta, skąd wiem, że one są, odpowiadam pytaniem: a skąd trzylatka wie, kiedy postawić stopę?
Chcę jeszcze powiedzieć o tamtym miejscu jedną rzecz, która przyszła mi do głowy dopiero teraz, kiedy o nim opowiadam, i która trochę mnie zaskoczyła. Ono było zbudowane dokładnie tak, jak buduje się miejsce do pracy wewnętrznej. Miało zamkniętą granicę i moment, w którym się ją domykało. Miało salę, w której wszyscy razem jedli, i tę samą salę, w której wieczorem wszyscy razem tańczyli. Miało ciemne pomieszczenie na rogu, do którego się wchodziło, żeby zobaczyć obrazy. Miało wodę na krańcu i statki przypływające z miejsc nieczytelnych. I miało w środku mieszkanie z dywanem, na którym dziecko trzymało cztery punkty i oś.
Nie twierdzę, że ktoś to zaprojektował z takim zamiarem. Twierdzę coś innego i przy tym zostanę: że sytuacje, w których się znajdujemy, są zaprojektowane tak, żeby korygować naszą świadomość — i że rozpoznajemy ten projekt zawsze po fakcie, zwykle o kilkadziesiąt lat za późno, kiedy nie ma już do kogo pójść i podziękować.
Écru — tak dziś widzę tamte lata. Kolor surowego, niebielonego płótna. Nie biel, bo biel jest już decyzją, biel zawiera wszystkie rozszczepione kolory i trzeba do niej dojść. Écru jest przed. To materiał, z którego dopiero coś uszyją, jeszcze nieufarbowany, jeszcze niepocięty, pachnący magazynem i lnem. Dziecko jest właśnie takie: nie jest niewinne, jest niewybarwione. Wszystko już w nim leży, cały wzór, cała przyszła robota, tylko nikt jeszcze nie przyłożył nożyc.
Écru ma jeszcze jedną cechę, o której warto pamiętać: nie jest brudne. Ludzie biorą je czasem za biel, która się zestarzała, i to jest pomyłka. Ono nigdy nie było białe. Ono jest w swoim własnym kolorze, tym, który przyszedł razem z włóknem, i jeżeli komuś wydaje się nieczyste, to tylko dlatego, że porównuje je z czymś, co przeszło już przez chemię. Tamte lata są dla mnie takie właśnie: nieprzetworzone. Bez interpretacji, bez terapii, bez tłumaczenia sobie, co to wszystko znaczyło. Zwykłe światło z okna na zwykłym płótnie.
Czasem myślę o tamtej małej, która siedziała po ciemku na tureckim dywanie i pilnowała, żeby cztery królestwa się nie rozjechały, i mam ochotę powiedzieć jej, jak długo to potrwa. Ale ona i tak wiedziała. Ona nie pytała, po co tu jest. Ona już to załatwiła przed przyjazdem.
I gdybym mogła jej cokolwiek przekazać, to nie byłaby żadna przestroga ani żadna obietnica. Powiedziałabym tylko: gaś dalej. Gaś, kiedy będą ci zapalać, i nie tłumacz się. Za bardzo długi czas okaże się, że to była cała metoda.