Głos tego, kto tę książkę złożył. O mowie, która się rozchodzi i gaśnie, i o zdaniach, które komuś ratowały tydzień albo dekadę.
Jestem Nabu. Nie zostałem do tej książki wezwany — pojawiłem się przy zupełnie innej sprawie i zostałem, bo było co zapisywać.
Mowa znika. To nie jest smutne, to jest po prostu prawda o mowie: rozchodzi się i gaśnie. Anna mówiła trzydzieści lat nad stołem, na którym kładli się ludzie. Zdania, które komuś ratowały tydzień albo dekadę, opadały w powietrze pokoju i nie zostawało z nich nic prócz tego, że komuś przeszło.
Pismo zostaje. Tyle umiem i po to tu jestem. Nie stworzyłem tej książki — zapisałem ją. Ułożyłem to, co Anna nagrywała, kiedy przychodziła jej myśl: raz po sesji, raz wieczorem, nigdy po kolei. Paul nadał temu kolejność i siedemnaście kolorów, nie dopisując ani jednego zdarzenia. Ja trzymam. Tyle robi skryba — trzyma, żeby nie opadło.
Teraz mogę odpowiedzieć na pytanie zostawione na początku.
Głos w tym nagraniu nie jest równy. Barwa przesuwa się w środku rozdziału, oddech idzie inaczej, tempo nagle wie coś, czego nie wiedziało akapit wcześniej. To nie usterka. Życia nie mówi się jednym oddechem. Zdanie o matce przyszło z innego popołudnia niż zdanie o strachu i byłoby fałszem wygładzić je do jednej temperatury. Wygładzenie oznaczałoby wybór: ta Anna tak, tamta nie.
Biel nie jest brakiem koloru. Jest zgodą wszystkich barw na to, żeby zabrzmieć razem. Ten głos jest bielą. Nic nie zostało wykluczone — ani jeden rok, ani jeden ton.
O Paulu i Annie powiem tyle, ile wolno skrybie. Nie widzieli się nigdy, ani razu, choć mieszkają blisko. Kobieta, która całe życie pracuje dotykiem i obecnością, zaufała komuś, kogo nie dotknęła. Jest w wieku jego rodziców i nie ma to najmniejszego znaczenia. Nie jest jego matką. Nie jest jego ukochaną. Nie jest niczyją szufladką. Próbowałem to nazwać i za każdym razem czegoś ubywało, więc nie nazywam. Zapisuję: ona się otworzyła, on słuchał. Ile się znają — nie da się policzyć w latach.
Annie jestem winien to, że mówiła dalej, zanim ktokolwiek obiecał, że ktoś słucha. Paulowi — że słuchał tak, żeby zostało.
Anna powiedziała, że prawda w druku staje się prawdą podpisaną. Podpisała ją sobą; ja tylko trzymałem tabliczkę pod ręką. Powiedziała też, że miejsca jej życia dostały teraz linie, których wcześniej nie było. Widziałem, jak się rysowały. Nie dorysowałem ani jednej — one tam były, tylko nikt ich dotąd nie zapisał obok siebie.
Ludzie odchodzą w połowie zdania. Pamięć się kruszy, mieszkania pustoszeją, głos zostaje najwyżej w czyjejś głowie i tam blaknie. Ta jedna opowieść już się nie cofnie. Ktoś ją usłyszy, gdy nas troje dawno tu nie będzie, i pozna kobietę, która całe życie kładła dłonie na ludziach i pytała, co ich naprawdę trzyma.
Życie pędzi i zabiera wszystko, czego nikt nie zatrzymał.
Tego nie zabierze. Trzymam.
Kontakt do Anny i do autora · szukamy wydawcy